Wzloty i upadki. Czyli nasza droga z rakiem rzekomym kopyta

Tekst i foto: Paulina Dudzik-Deko

Pomysł na napisanie tego artykułu narodził się w połowie 2017 r. Wtedy właśnie rozpoczęła się nasza długa i kręta droga ze świeżo zdiagnozowanym rakiem rzekomym kopyta. Pierwotnie miał to być tekst czysto informacyjny, opowiadający o przeprowadzonym w stajni zabiegu, późniejszej zmianie opatrunków i opiece nad końską pacjentką. Los chciał inaczej i nasza historia choroby zasadniczo się rozbudowała, a finalna forma tego artykułu jest bardziej emocjonalna, przepełniona lepszymi i gorszymi momentami, ale, miejmy nadzieję, ze szczęśliwym zakończeniem.

Diagnoza

Właścicielką Milki stałam się w 2008 r., więc niedawno obchodziłyśmy dziesięciolecie naszej bliższej znajomości. Ponad dziesięć cudownych lat, które upłynęły pod znakiem nie tylko wspaniałych terenów i niezapomnianych chwil, ale także ciągłych problemów z kopytami. Wiecznie gnijące i mocno zawężone strzałki, opuszczenia kości kopytowej, zdeformowane kopyta, ciągłe kulawizny itp. Pierwsze próby naprawienia ten sytuacji podjęli się w 2010 r. właściciele Rancha Stokrotka w Jarkowie – Gosia i Kuba Gołębiowie, za co obie będziemy zawsze bardzo wdzięczne. Koń został rozkuty i przestawiony na chów bezstajenny w systemie paddock paradise. Przez kilka lat pobytu Milki w Stokrotce moja świadomość na temat kopyt bardzo wzrosła. Gosia i Kuba wręcz stawali na głowie, żeby doprowadzić jej kopyta do lepszego stanu. Z powodu zbiegu kilku okoliczności byłam zmuszona przenieść ją dwukrotnie, pierwszy raz w 2014 r., a finalnie w 2016 r. na pastwisko trawiaste, czyli na popularnie zwane „łąki”. Miejsce wspaniałe – 14 ha urozmaiconego pastwiska na pagórkowatym terenie przypadające na 9 koni. Trzeba tu też zaznaczyć, jak ważne i priorytetowe było dla mnie, aby koń przebywał 24 h na dobę na pastwisku. I byłoby jak w raju gdyby nie zmiany pogody, które zaowocowały kolejną bardzo mokrą jesienią i zimą oraz niemożliwym do wysuszenia błotem. Dodatkowo, ze względu na sytuację rodzinną, miałam mniej czasu na opiekę nad koniem. Sytuacja tylnych kopyt (zawsze to one były bardziej problemowe) zaczęła się diametralnie pogarszać – strzałki stały się miękkie, z kalafiorowatymi naroślami.

Strugająca wtedy Milkę regularnie Ania Guzowska zasugerowała skonsultowanie się z lekarzem weterynarii, ponieważ podejrzewa raka rzekomego kopyta. Była pierwsza połowa 2017 r. Nie za bardzo wiedziałam, co z tą informacją zrobić. Ponieważ koń funkcjonował w pełni normalnie i nie zdradzał żadnych objawów dyskomfortu, jeszcze kilka miesięcy trwało podjęcie decyzji o przeniesieniu jej do stajni i podjęciu walki z chorobą. A nie była to łatwa decyzja. Rozdzielenie z naszą drugą klaczą i stadem, w którym się bardzo dobrze odnalazła, zamknięcie jej ponownie w boksie po 10 latach wolności, a także kwestie finansowe i niepewność, czy cokolwiek to pomoże… Ale trzeba było spróbować. Tym sposobem w drugiej połowie 2017 r. trafiłyśmy do stajni Sielanka w Podgaju… Czytaj więcej w lipcowo-sierpniowym numerze „Koni i Rumaków”