Współczesne łucznictwo konne – młody sport o historycznych korzeniach

Tekst: Michał Choczaj

Foto: AMM Archery, Magda Konik, Karol Rzeczycki

W tym artykule przedstawić chcę łucznictwo konne jako współczesną konkurencję sportową. Oczywiście praktyka strzelania z łuku z konia ma bardzo długą historię, liczącą nie mniej niż 2800 lat i sięgającą co najmniej wczesnej epoki żelaza – a ćwiczenia potrzebne do użycia łuku na wojnie czy podczas konnego polowania musiały od samego początku prowadzić do jakichś form rywalizacji między łucznikami. Z przełomu IV i V w. n.e. pochodzą rysunki, które możemy jednoznacznie identyfikować jako przedstawienie oficjalnych zawodów w łucznictwie konnym, z zawodnikami startującymi pod okiem sędziów notujących wyniki, zaś tureckie, perskie i arabskie manuskrypty z XIV–XVI w. n.e. przynoszą już konkretne informacje o regułach rozmaitych konkurencji. To ciekawy temat dla miłośników historii i hipiki, wart szczegółowego opisu, w tym tekście jednak chciałbym zająć się czasami o wiele nam bliższymi i obecną kondycją łucznictwa konnego.

Po wielu wiekach świetności łuk zaczął być stopniowo wypierany przez broń palną, w XVII w. wciąż dość powszechnie stosowała go nasza kawaleria, jeszcze na początku XIX w. konni Baszkirowie razili strzałami oddziały Napoleona, a w drugiej połowie tego wieku kawaleria amerykańska opisywała w swoich regulaminach sposoby walki z łucznikami indiańskimi. Ale to już były wyjątki – do polowania i walki zaczęto używać karabinów, konni łucznicy zniknęli z szeregów armii na całym świecie, zastąpieni przez dragonów i strzelców, a wraz z nimi niemal całkiem zniknęły i konne zawody sportowe (z bardzo małymi, egzotycznymi wyjątkami, jak ceremonie yabusame w Japonii). Na jakieś 100 lat. Niewątpliwie gdzieniegdzie, od czasu do czasu, ktoś wpadał na pomysł zabrania łuku na grzbiet konia, kaskaderzy pokazywali strzelanie z siodła w historycznych filmach itd. Ale cały czas były to odosobnione przypadki.

Na przełomie lat 80. i 90. XX w. coś drgnęło. Na Węgrzech niejaki Lajos Kassai wpadł na pomysł „odświeżenia” koczowniczej tradycji przodków, opracował swoją własną technikę posługiwania się łukiem i reguły ciekawej konkurencji oraz założył pierwszą współczesną szkołę łucznictwa konnego, stopniowo rozwijając filie w Niemczech, Austrii i innych krajach. Idea zaczęła się stopniowo rozpowszechniać. Łucznicy węgierscy doszli do znakomitych wyników i chociaż styl strzelania propagowany przez szkołę Kassai był dość odległy od historycznych wzorców, to zainspirował wiele osób, jeśli nie do dołączenia, to do poszukiwania własnych dróg.

Nieco ponad 9 lat później, już w pierwszych latach XXI w., spotkało się kilka takich zainspirowanych osób, które chciały spróbować rozwinąć temat łucznictwa konnego w Polsce. W naszym kraju mamy niebagatelną, ponadtrzystuletnią historię używania łuku w kawalerii (tak z grubsza od XV do XVII w.) i tak się jakoś złożyło, że wszyscy byliśmy zainteresowani popularyzacją tej sztuki, ale według wzorów bardziej tradycyjnych – zaczynając rekonstrukcję od podstaw, nie zaś dołączając po prostu do szkoły Lajosa.
Była więc chęć działania, a ja miałem pomysł na dobre miejsce – mój przyjaciel Krzysztof Kornacki hodował konie przy leśniczówce w Witówku koło Szczytna, w pięknej i dość odosobnionej osadzie na Mazurach, gdzie było odpowiednio dużo miejsca na padokach i ciekawych tras w otaczających lasach, oraz wierzchowce przyzwyczajone do rozmaitych dziwnych pomysłów jak treningi z szablą itd. W 2004 r. z pomocą grupy przyjaciół zorganizowałem tam pierwsze „Żurawiejki” – doroczne spotkanie łuczników konnych, które przez wiele lat było największą tego typu imprezą w Polsce, w najlepszym okresie gromadząc po 50–60 osób i które – w okrojonej formie i w trochę innym miejscu – odbywa się regularnie każdego roku aż do dziś.

Początki były skromne, ale stopniowo rozwijaliśmy skrzydła: w 2007 r. na kolejnych „Żurawiejkach” pojawiły się pierwsze przymiarki do stworzenia naszej własnej konkurencji. W tym samym roku w Supraślu k. Białegostoku zorganizowaliśmy pierwsze oficjalne warsztaty łucznictwa konnego otwarte dla wszystkich chętnych. Ta inicjatywa po jakimś czasie i kilkunastu kolejnych szkoleniach zaowocowała powstaniem firmy AMM Archery, zajmującej się profesjonalnie treningami i pokazami łuczniczymi.
W 2008 i 2009 r. organizowaliśmy zawody (na których zaczynali się pojawiać goście zagraniczni, z Niemiec i Mongolii), rozwijając swoje koncepcje na ciekawe konkurencje. W 2010 r. powstało Polskie Stowarzyszenie Łucznictwa Konnego, a we wrześniu 2011 byliśmy gospodarzami IV Otwartych Mistrzostw Europy, które do tej pory odbywały się dwukrotnie w Niemczech i raz w Belgii. Na tej imprezie, która odbywała się na Hipodromie Wola w Poznaniu, zadebiutowała oficjalnie nowa konkurencja – Tor Polski.
W ciągu kilku kolejnych lat nasz „produkt” stopniowo zyskiwał międzynarodowe uznanie, w czym bardzo pomogły regularnie odbywające się, duże zawody łucznictwa konnego International Mounted Archery Games na polach Bitwy Grunwaldzkiej, organizowane we współpracy z tamtejszym muzeum. Po jakimś czasie Tor Polski z konkurencji dodatkowej awansował na integralną część Mistrzostw Europy i innych imprez rozgrywanych na całym świecie, by w końcu w 2018 r. stać się jednym z etapów na pierwszych mistrzostwach świata IHAA rozegranych w Pomaz na Węgrzech. Od tej pory jedna z najbardziej powszechnych formuł, w jakich rozgrywane są duże, międzynarodowe zawody – Horseback Archery Eventing – składa się z konkurencji węgierskiej, koreańskiej i polskiej.

Aby nie mówić tylko o sprawach organizacyjnych, ale i o sportowych sukcesach indywidualnych: w międzyczasie zawodnicy z Polski dali się poznać na arenie międzynarodowej, zdobywając uznanie i medale na rozmaitych ważnych imprezach, że wymienię tu najpierw Norberta Kopczyńskiego i Michała Sanczenkę, a następnie, zwłaszcza w ostatnich latach, Annę Sokólską (przez wiele lat najlepszą kobietę w tym sporcie na świecie) i Wojtka Osieckiego czy też, z nieco młodszego pokolenia, Leszka Moniakowskiego.

Oczywiście, mimo całego rozwoju, wciąż jest to konkurencja mocno niszowa – zwłaszcza w porównaniu z „normalnym” jeździectwem, ujeżdżeniem czy skokami – ale już nie całkowicie egzotyczna. Liczba zainteresowanych osób wciąż rośnie, a na zawodach spotyka się często 40–50 uczestników z kilkunastu nawet krajów.

Więcej przeczytasz w styczniowo-lutowym wydaniu „Koni i Rumaków”