Wielbłądem przez Pustynię Błędowską

Tekst i foto: Marzena Józefczyk

„Ten wielbłąd wyglądał, jakby przeżuwał mydło. […] odwrócił głowę na długiej szyi. Wielkie, włochate brwi wygięły się oskarżycielsko, a zmrużone żółte oczy namierzyły kapłana… […] To był wspaniały strzał. Gruda mazi osiągnęła godną podziwu prędkość i moment pędu i trafiła z dźwiękiem… z dźwiękiem pół funta przeżutej mazi trafiającej kogoś w twarz. Nic innego nie mogło brzmieć podobnie”[1]. Terry Pratchett wyjątkowo trafnie oddał ducha relacji między jeźdźcem a wielbłądem. Obrazowo opisał, że gdy dwugarbny stwór jest niezadowolony, z jego paszczy wytryskuje fontanna tego, co zwierzak ostatnio przygotował sobie do przeżuwania. Doświadczyliśmy tego na własnej skórze. Wielokrotnie.

Pomysł pokonania Pustyni Błędowskiej wielbłądem narodził się w roku 2016, w stajni Kontur w Małobądzu. Właściciel – Kazik – nabył kiedyś wielbłąda Zahira, którym czasami zajeżdżał do sklepu w sąsiedniej wiosce, a czasem posadził kogoś znajomego, ciekawego nowych doznań. Nigdy jednak na Zahirze nie jeździł samodzielnie ktoś obcy (wielbłądowi). Tak było do czasu, póki na ochotników nie zgłosiliśmy się my: autorka, T. i Tato Kazika (też Kazik). Wymyśliliśmy sobie, by pojechać rajdem z  Kontura na obrzeżu Pustyni Błędowskiej do Stajenki Biały Kamień Marcinka Ochmańskiego, położonej o dzień drogi od Kazika. A ponieważ wielbłąd był wówczas tylko jeden, a jeźdźców trzech, przemierzyliśmy Błędowską jednym wielbłądem i dwoma końmi, zmieniając się w siodle między garbami. Warto dodać, że konie nie były przyzwyczajone do wielbłąda; bały się go panicznie przez cały pierwszy dzień rajdu. Wielbłąd był nienawykły do rajdów w ogóle i do obcych jeźdźców na grzbiecie. Takie połączenie łatwo sobie wyobrazić. Do tego wszystkiego towarzyszyła nam Pchełka, czochraty chart autorki. Tworzyliśmy tak niezwykłą karawanę, że przypadkowo napotkani widzowie przystawali, przecierając oczy z niedowierzania. Padały komentarze: „Konie na Jurze – to normalne, widuje się. Wielbłąd – widowisko, ale jednak do zaakceptowania. Ale skąd oni wytrzasnęli tak dziwnego psa?!”.

Wielbłądy to przeżuwacze. Doświadczyliśmy tego na własnej skórze, w dodatku nie raz. Zirytowany czy choćby zaniepokojony działaniami człowieka wielbłąd „odwraca głowę na długiej szyi”, jak celnie zauważył Pratchett, i próbuje opluć swą ofiarę treścią żołądkową. Czujne obserwowanie ruchów głowy pozwala się nieco uchronić przed smrodliwym strumieniem, bywa jednak, że łajdak splunie prosto w górę. Takiej fontanny nie da się już całkowicie ominąć. Polubić nie można, można jednak przywyknąć… Czytaj więcej w najnowszym numerze Koni i Rumaków.

Shopping Cart
Przewiń do góry