Palmy, palmy, czyli konno przez Saharę cz. I

Tekst i foto: Marzena Józefczyk, Tomasz Zawistowski

Kamienista dolina prowadząca z Zagory przez Antyatlas w kierunku algierskiej granicy, długie dni marszu w pełnym słońcu po usianych kamieniami bezkresnych połaciach, noclegi w oazach ocienionych przez kępy dorodnych palm, ogniska z palmowych liści, wreszcie diuny usypane z drobniuteńkiego piasku, w którym grzęzną końskie kopyta – to klimat rajdu konnego przez Saharę. „Tam ślad prędzej niż ten, kto zostawił go, znika” – śpiewał Jacek Kaczmarski o bagnach co prawda, ale i na pustyni słowa te niosą w sobie prawdę. Bezkres przestrzeni raduje i oszołamia, co najlepiej pokazują kręcone przez Brahima filmiki podczas słynnych „grande galopów”, które tym różnią się od zwykłych galopów, że dwanaście ogierów arabsko-berberyjskich ustawia się w ławę, po czym na hasło dane przez Brahima wszyscy jeźdźcy oddają im wodze. Konie doskonale wiedzą, co się święci, a że ścigłości i temperamentu nie można im odmówić, ten, kto nie pozwoli im biec, zostaje z tyłu. Sam. Cieszyliśmy się tymi galopadami rok wcześniej, na marokańskich plażach wzdłuż Atlantyku, teraz przyszło nam mielić w zębach saharyjski piasek i robić uniki przed czerwonawymi, mocno zwietrzałymi kamieniami, którymi pokryte są całe połacie największej pustyni świata.

„Szczerzyłam się przez cały czas tak, że zaczęłam dostawać zębami po kamieniach!” – stwierdziła oszołomiona M. po kolejnym galopie. Za nią Paweł kończył wyplątywać twarz z kilkumetrowej chusty w kolorze Proroka, która, stanowiąc na początku szaleńczego pędu coś na kształt berberyjskiego turbanu, obsunęła się nieco, skutecznie odcinając swego właściciela od przeżywania wrażeń wizualnych, ale i chroniąc go przed wszystkim, co spod kopyt galopujących koni wzbijało się w powietrze.  Na uspokojenie skołatanych po szaleńczym galopie nerwów przekazywaliśmy sobie z ręki do ręki, z siodła w siodło, na zmianę, a to piersiówki z zacną wielce zawartością, a to gałązki palmowe obsypane z lekka podeschniętymi daktylami. Podeschniętymi – było już bowiem po sezonie, lecz nie wszystkie owoce dotarły do ziemi, tj. w zasadzie do piachu. Te, które obeschły na gałązkach albo na kolczastych końcówkach liści, były wręcz przepyszne, o ile oczywiście nie były robaczywe. Egzemplarze zasiedlone było jednak łatwo odrzucić, a ich organoleptyczna identyfikacja była dużo mniej ryzykowna niż zbieranie daktyli leżących na piasku pod palmami. I nie chodzi tu o to, by szczególnie przeszkadzały nam zgrzytające w zębach drobiny, o nie. Rzecz w złośliwości wielbłądów, którą nie raz już poznaliśmy. Te garbate dranie wykształciły na drodze ewolucji zdolność pozostawiania po sobie czegoś, co do złudzenia przypomina daktyle, z lekka upudrowane piaskiem. Zasady gry są proste: wygrywa ten, kto nie dowie się, że przynęta w zasadzce przypomina słodkie owoce jedynie wyglądem, w smaku zaś jest do nich zupełnie niepodobna.

Nic w żałosnym porykiwaniu małego oślątka, które obserwowaliśmy, z uśmiechem dojeżdżając na popas przedostatniego dnia, nie pozwalało sądzić, że spędzimy z nim resztę podróży. Pojedliśmy, popiliśmy, nakarmiliśmy konie skórkami od mandarynek i pomarańczy (dla naszych berarabskich wierzchowców to przysmak), z chwilowego braku głupszego pomysłu na życie kupiliśmy od małoletniego hodowcy arbuzów zdezorientowanego osła i ruszyliśmy na północ, w stronę Antyatlasu i położonej za nim stajni. Tydzień wcześniej, w Atlasie Wysokim jeszcze, z rozmarzeniem obserwowaliśmy półki skalne wystające z warstwowo zerodowanych skalnych ścian. Ech, żeby po takiej półce ścieżką powędrować w góry… Ale jak się tam dostać? Okazało się, że prawidłowa odpowiedź brzmiała: przez Saharę! O ile na pustynię dotarliśmy drogą przez kamienistą dolinę, o tyle wyjść z niej przyszło nam przez wysoką przełęcz, za którą ścieżka wiodła wzdłuż urwistego zbocza po półce skalnej takiej właśnie, jaką wymarzyliśmy sobie całkiem niedawno. Szeroka na metr, czasem na więcej, z nawierzchnią z gładkiej, czarnej skały upstrzonej śladami pozostawionymi przez muły, osły i dromadery, prowadziła nas kilkaset metrów nad przepaścią ku łagodnie wijącej się w dół ścieżce wśród skalnego rumoszu. Ściana w górę po lewej ręce, ściana w dół po prawej, w perspektywie dno doliny płaskie niby stół, a przed nami karawana składająca się z koni prowadzonych z ręki, sfory psów i nieszczęsnego oślątka, które popychane końskimi nosami wdrapało się na przełęcz i na zejściu radośnie pętało się w okolicach wielkich jak na jego rozmiar, okutych kopyt… Czytaj więcej we wrześniowym numerze Koni i Rumaków.