Karpaty. Po ukraińskiej grani.

Tekst i foto: Marzena Józefczyk

 

„Po grani! Po grani!

Nad przepaścią bez łańcuchów, bez wahania!

Tu na trzeźwo diabli wezmą

Zdradzi mnie rozsądek – drań

W wilczy dół wspomnienia zmienią

Ostrą grań!”

 

Śpiewając piosenkę Epitafium dla W. Jacka Kaczmarskiego, pędziliśmy galopem grzbietem Połoniny Równej. Po lewej stronie mieliśmy rozległe, równe (jak sama nazwa grzbietu wskazuje) wypłaszczenie góry, a po prawej przepaść. Za nami została grupa słabiej jeżdżących po opieką Julii, przed nami była przestrzeń, pod nami rącze konie huculskie z Saszkowego stada (zdaję sobie sprawę, że stwierdzenie “rącze konie huculskie” może się niektórym wydawać oksymoronem, ponieważ albo „rącze”, albo „konie huculskie”, ale zapewniam Was, że nie ma sprzeczności w tym stwierdzeniu w odniesieniu do koni Saszki, pod warunkiem, że on dobrze zna nas i nasze umiejętności jeździeckie).

Chwilę później nasz przemiły gospodarz stał pod prawosławnym, przekreślonym krzyżem, częstując nas trunkiem ze swojej piersiówki. Ubrany w długi płaszcz i wojskową czapkę, spod której szczerzył się w najszczerszym uśmiechu, wyglądał niczym Dobry Wojak Szwejk.

Historia lubi się powtarzać. Niewiele ponad rok temu na łamach „Koni i Rumaków” ukazał się

artykuł o konnej wyprawie w ukraińskie Karpaty Wschodnie, teraz znowu proponuję Wam

wycieczkę w ten region. Co się zmieniło w stosunku do zeszłorocznej publikacji? Niektórzy bohaterowie. Pora roku. Nie zmieniły się gościnność Gospodarzy, metoda grzania wody do kąpieli w czanie i dzielność koników.

W 2017 r. wyruszyliśmy do Połonińskiego Gospodarstwa miesiąc później niż rok wcześniej. Z początkiem czerwca w Karpatach Ukraińskich pogoda jest jeszcze kapryśna, ale wiosna jest już w pełni – z zielenią drzew i ukwieconymi łąkami. Oznacza to także pierwsze, gwałtowne, wiosenne burze. Dwie z nich złapały nas i oskrzydliły na grzbiecie Połoniny Ostrej… Wróciliśmy przemoczeni do suchej nitki, ale w przednich nastrojach, bo znaleźliśmy pretekst, by wcześniej zanurzyć się w pachnącej świeżą sośniną, parującej wodzie czanu.

Nasze „turnusy” u Saszki trwają zwykle niespełna trzy dni. Impreza zaczyna się już w piątkowe przedpołudnie wyjazdem z Krakowa, a kończy w poniedziałek nad ranem. Ludzie

różnie reagują na taką kumulację wrażeń i wydarzeń. Niektórzy się dziwią: „Nie sądziłam, że

można zmieścić dwa tygodnie w trzy dni. To było jak sanatorium. Pora odespać. Już

można”. Inni sami sobie nie dowierzają: „Najlepszy weekend w moim życiu!”. Jeszcze inni nic

nie mówią, ale schodząc szlakiem do wsi, mają podejrzanie wilgotne oczy.

I jakoś tak to już jest, że przez najbliższe dwa tygodnie krążą po sieci zdjęcia, które „poza

Internety miały nie wyjść”. Na nich uśmiechają się jeźdźcy w zastępie, zielenią się połoniny na tle odległych grzbietów gór, gotuje bogracz w kotle nad ogniskiem. Oprócz tego widać

drewniane zabudowania i ogrodzenia, pośród nich pasie się liczne stado koników

huculskich. I jakoś tak jest, że z roku na rok przybywa chętnych na nasze wyprawy do

Saszki, a nasze pobyty u niego robią się coraz dłuższe i dłuższe. W przyszłym roku

gospodarz zaprasza na tygodniowy rajd na górę Pikuj, bo jak sam mówi: „Kto nie widział

Pikuja, ten nie widział ni… czego”… Czytaj więcej w najnowszym numerze Koni i Rumaków.