Ile jest konia w łucznictwie konnym, czyli o jeździeckich umiejętnościach potrzebnych do strzelania z siodła

Tekst: Michał Choczaj
Foto: z arch. autora

Jedno z pierwszych pytań zadawanych przez osoby, które zainteresowały się łucznictwem konnym, brzmi: jak dobrze trzeba umieć jeździć? Precyzyjna odpowiedź na to pytanie jest taka: „to zależy”. Konne łucznictwo to nie jedna, konkretna dyscyplina, lecz raczej grupa rozmaitych aktywności, których wspólnym mianownikiem jest posługiwanie się łukiem z siodła. Może to być strzelanie na stosunkowo krótkim, prostym torze ogrodzonym szrankami, albo na długiej trasie wyznaczonej w urozmaiconej okolicy, bądź też na otwartym terenie, gdzie trzeba aktywnie manewrować między rozmaitymi obiektami. W niektórych przypadkach strzelanie z łuku połączone może być ze skokami i pokonywaniem innych przeszkód, zdarzają się też zawody o charakterze nieco bardziej historycznym, gdzie oprócz łuku zawodnik posługuje sie innymi rodzajami broni, jak szabla czy lanca. A mówimy tu tylko o sportowej stronie zagadnienia, nie wchodząc w pokazy czy inscenizacje.

W zależności od tego, co dokładnie chcemy robić i na jakim poziomie, niezbędne umiejętności będą się znacznie różnić.

Podstawy, czyli prosty tor

Od jeździeckiej strony patrząc, te dyscypliny łucznictwa konnego, w których startuje się na prostym torze, nie wymagają bardzo zaawansowanych umiejętności technicznych. Tor jest prosty, zazwyczaj niezbyt długi, czyli mający typowo 90–150 m, i ogrodzony szrankami. Wobec tego jeździec zagalopowuje, wprowadza konia w szranki, puszcza wodze i strzela, nie przejmując się za bardzo prowadzeniem konia, który biegnie po wyznaczonej trasie. Na końcu toru płynnie zbiera się wodze i kończy przejazd. W porównaniu z ujeżdżeniem czy skokami dzieje się tu doprawdy niewiele, zwłaszcza jeśli nasz wierzchowiec jest dobrze przygotowany i porusza się równym tempem, nie próbując przyspieszać na widok długiej prostej czy odsuwać głowy od łuku przy strzałach w przód (wyszkolenie konia to odrębny temat, którym tu się nie zajmujemy – piszę o umiejętnościach jeźdźca potrzebnych do samego startu, korzystając z „gotowego” wierzchowca). W zasadzie wystarczy umieć zagalopować, dobrze się czuć w siodle, nie tracić równowagi i spokojnie robić swoje. Nie potrzeba wykonywać lotnych zmian nogi, ciągów, wyliczać odskoku itd.

Banalnie proste? No nie tak do końca

Niezbędnych jest tylko kilka jeździeckich umiejętności, ale żeby dobrze radzić sobie na torze, tych kilka rzeczy trzeba mieć opanowane znakomicie. Często się zdarza, że osoby zupełnie przyzwoicie jeżdżące i nawet startujące w niższej klasy zawodach ujeżdżeniowych czy skokowych mają, jak się okazuje przy próbach strzelania z konia, pewne braki w podstawach.

Po pierwsze – równowaga

Aby cokolwiek trafić z łuku, kiedy jedziemy konno, musimy poruszać się w harmonii z wierzchowcem i w równowadze – pozostając najczęściej w półsiadzie, tak aby ruch konia jak najmniej przenosił się na górę naszego ciała. Unosimy się nad siodłem, pozwalając koniowi galopować pod nami i amortyzując wstrząsy w kolanach i stawach skokowych. Półsiad do strzelania jest nieco inny od tego, jaki stosuje się np. do skoków. Unosimy się dość wysoko i z tułowiem jak najbardziej pionowo, co bardzo pomaga przy celowaniu w przód i w tył, ale jest równocześnie nieco trudniejsze, bo mamy mniejsze możliwości balansowania tułowiem niż wtedy, gdy pochylamy sie nad przednim łękiem, a siedzenie przesuwamy w tył. W zasadzie stoimy nad przednim łękiem siodła i jeśli damy się wytrącić z równowagi, to będziemy musieli wykonać dość gwałtowny ruch, żeby ją odzyskać – o celności strzału możemy w tym momencie zapomnieć. Jak to ujmuje jeden z historycznych traktatów z XIV w., łucznik z uniesionymi rękami i napiętym łukiem powinien przypominać „orła albo innego wielkiego drapieżnika, który szybuje na prądach powietrza z rozpostartymi skrzydłami, nie zaś jakiegoś mniejszego, pośledniejszego ptaka który musi machać skrzydłami, aby utrzymać się w powietrzu”.

Czasami trzeba również strzelić z pełnego siadu, gdy np. potrzebujemy nieco przytrzymać albo przeciwnie, popędzić konia dosiadem, ale półsiad to podstawowa technika dająca najlepsze rezultaty na tarczy.

Wiele osób nie ma dostatecznej równowagi – albo nie są w stanie utrzymać półsiadu w ogóle, albo unoszą się nad siodłem, ale nadmiernie „bujają” siedzeniem w górę i w dół. A jeszcze więcej nie umie utrzymać balansu, gdy obracają się do strzału w przód i – zwłaszcza – w tył. Kiedy jeździec patrzy do tyłu, jego błędnik jest rzecz jasna również obrócony o 180 stopni względem normalnego położenia i nic dziwnego, że ktoś nieprzyzwyczajony, bez wyrobionych odpowiednich odruchów, zaczyna mieć kłopoty. W „normalnym” jeździectwie raczej nie zachodzi konieczność patrzenia za siebie w galopie, a przynajmniej nie na długo; wielu jeźdźców przyzwyczajonych jest stale patrzeć „przez uszy konia”. Oczywiście ktoś umiejący pokonywać ciasne parkury i śledzić wzrokiem kolejne przeszkody albo też instruktor prowadzący jazdy w terenie i regularnie kontrolujący, co też jego podopieczni robią z tyłu, nie będzie miał aż takich problemów, ale i tak łucznictwo stawia tu wyjątkowe wymagania. Nawet na najmniej skomplikowanych torach rozgrywanych na zawodach, celowanie w przód i w tył jest w jakimś zakresie wymagane.

Po drugie – amortyzacja

Równowaga idzie w parze z amortyzacją, czyli umiejętnością absorbowania ruchów konia przez nogi jeźdźca, tak aby góra ciała była możliwie stabilna. Wspomniałem już o tym w poprzednim punkcie, bo tak naprawdę te dwa zagadnienia wiążą się nierozerwanie. Trzeba nauczyć się wyczuwać ruch konia i może nie zawsze, jak twierdziła pewna popularna kiedyś reklama piwa, „Tatar strzela, gdy żadne z kopyt jego konia nie dotyka ziemi”, ale łucznik musi się nauczyć podświadomie unikać strzelania w momencie lądowania po kolejnym foule galopu.

Jeśli zaś przyjdzie komuś z jakiegoś powodu strzelić z pełnego siadu, amortyzującą rolę muszą przejąć dolne odcinki kręgosłupa. Dobry dosiad w galopie jest w tym przypadku równie ważny jak w ujeżdżeniu.

Więcej znajdziesz w numerze 4-6/2020 „Koni i Rumaków”