Tajemnice Syberii cz. II Z leczniczych źródeł do Polski

Tekst: Małgorzata Odyniec
Foto: archiwum Krzysztofa Derdzikowskiego

W poprzednim numerze pozostawiliśmy naszych bohaterów Magdę i Krzysztofa Derdzikowskich biwakujących na polanie przy wodospadzie. Rano przemarznięci do szpiku kości wstają bardzo wcześnie. Rosjan już nie ma, więc nie mogą skorzystać z ich sprzętu do gotowania. Rozpalają ognisko z odrąbanej z brzóz kory, gdyż mokre pnie drzew palą się słabo. Przygotowują śniadanie – herbata i szprotki w oleju. Darżo gotuje po syberyjsku, zupę z herbaty, tłuszczu i kaszy. – Sposobem gotowania byliśmy początkowo zdziwieni, ale później robiliśmy tak samo. Na ognisku gotuje się wspólną zupę dla wszystkich. Przepis jest stały. Do wrzącej wody wrzuca się kaszę, różne tłuste rzeczy, resztki z puszek i wszystko, co jest akurat pod ręką. Po zjedzeniu zawartości kociołka, bez mycia gotuje się w nim herbatę. Nigdy odwrotnie! I to jest właśnie buriacka technika! Gorąca herbata odparza tłuste resztki z kociołka i jest bardziej kaloryczna. Jakby kociołek się myło w zimnej wodzie rzecznej, tłuste resztki by nie odeszły! – Wspomina Krzysztof. – Początkowo nie akceptowaliśmy takiego gotowania. Nie podobały nam się również rzeczy wrzucane przez Darżo do zupy. Nie mieliśmy z Magdą swojego kociołka, więc do czasu zaakceptowania buriackich metod kulinarnych nasze „gorące kubki” i herbatę gotowaliśmy w puszkach po mleku skondensowanym. Pustych puszek się nie wyrzuca. To prawdziwy skarb – kontynuuje. Najedzeni zwijają obozowisko i ruszają w dalszą drogę. Ścieżki, po których jadą są niesamowite. – Pomyślałem sobie, że jak oglądałem westerny i kowboje uciekali przed pościgiem w góry, po skałach i głazach, to zawsze drwiłem, że tylko Amerykanie mogą pokazywać na filmach takie bzdury! Tutaj w Sajanach, w drodze na Szumak konie szły i wspinały się po takich właśnie zboczach i osuwiskach. A my na ich grzbietach. Niezapomniane przeżycia! Wywołane później zdjęcia nie oddawały rzeczywistości i niesamowitego stuku końskich kopyt. Nie oddawały stromizn, trudnych zboczy górskich, śliskości głazów i rumowisk. W tych najgorszych miejscach nie byliśmy w stanie robić zdjęć, trzeba było być uważnym! – relacjonuje Krzysztof. Magda przechodzi szkołę życia, ale trzyma się dzielnie i nie narzeka. W Rosji, a zwłaszcza na Syberii, czas i odległości mierzy się inaczej. Darżo pytany o cel wyprawy, odpowiada „tuż-tuż”. „Zaraz” to może być chwila, ale i kilka godzin. Jeden kilometr rozciąga się do 5-8, a „niedaleko” to kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów. Potwierdza się znaczenie terminu „ruski rok”. W carskich czasach rekrut szedł do armii na dwa lata, a wracał po dwudziestu. Na Szumak docierają po pięciu godzinach. Są na wysokości 1560 m, Darżo promienieje, a i nasi wędrowcy nie kryją zadowolenia – przed nimi jakże zasłużony wypoczynek. Rezerwat Szumacki jest objęty ścisłą ochroną, to dolina rzeki Jeche-Ger położonej w sercu Sajanów Zachodnich. Dla Buriatów święte miejsce. Na Szumak prowadzą różne szlaki, a docierają nimi turyści z odległych stron Rosji. Na piechotę zajmuje im to około tygodnia. Najczęściej dochodzą od strony miejscowości Arszan. Co ich tu ciągnie? Zdrowie. Na Szumaku znajduje się 168 źródeł i źródełek. Woda ma różną temperaturę, skład chemiczny i smak. Lecznicze właściwości zostały udowodnione. Woda z jednych źródeł pomaga na nerwy, z innych na oczy, kręgosłup czy płuca. „Kuracjusz” doskonale wie, z którego źródła ma skorzystać, bo informują go o tym drewniane tabliczki. Nieco niżej woda wypływająca ze źródeł łączy się w jeden strumień i spływając niżej, tworzy spore tarasy z osadów naniesionych minerałów. W strumieniu wygrzebane są zagłębienia. W tych wannach zażywa się zdrowotnych kąpieli, ale najpierw należy porządnie wytarzać się w błocie. Ze źródełek popija się leczniczą wodę. Po drugiej stronie rzeki wypływają źródła radanowe. Źródlana woda przechodząc przez skały, ulega napromieniowaniu gdzieś wewnątrz góry. Z tą wodą należy uważać. W radanowej wannie, wygrzebanej w ziemi i obitej deskami, można się pławić najwyżej 20 minut dziennie. Dłuższe kąpiele mogą zaszkodzić. Według miejscowych opinii, woda z Szumaku przywraca wzrok niedowidzącym, a chromi zaczynają chodzić. Pełno jest tutaj drewnianych tabliczek z dziękczynnymi napisami i kopczyków Owo-oo, usypanych w podzięce za uleczenie. Lecznicze wody przyciągają tu ludzi od bardzo dawna. Napotykamy na napisy na kamieniach w języku staromongolskim i tybetańskim. Wyjaśniają one zasady korzystania z dobrodziejstw szumackich skarbów. Jednak aby zostać uleczonym, trzeba tu być kilka razy, co najmniej dwa tygodnie. Jest to trudne, bo miejsce w plecaku ograniczone, a jeść i palić coś trzeba. Udogodnieniem są drewniane chatki rozrzucone wśród drzew. Są jednoizbowe, w różnym stanie technicznym. Zbudowane z bali sosnowych, świerkowych i modrzewiowych. Dachy pokryte darnią, jak tzw. bałagany syberyjskie. W środku drewniane stoły, ławy do spania i koza na drewno. Zwyczaj nakazuje przed odjazdem zostawić zbędne artykuły spożywcze i nadmiar papierosów. Chaty budowano w różnym czasie, nawet odległym przez Buriatów i docierających tu zimą turystów. Jeśli chata jest wolna – zajmuje się ją, jeśli nie – prosi się zamieszkujące ją osoby o nocleg. I zawsze się dostaje zgodę!

– Atmosfera jest wspaniała i jakaś taka uroczysta. Pewien doświadczony turysta powiedział mi kiedyś w Warszawie: „tam gdzie ciężko dotrzeć – zawsze spotyka się normalnych ludzi”. I na Szumaku tak właśnie jest. My z Magdą wierzymy w moc źródeł. Zapatrzeni w wyryte na tabliczkach i kamieniach podziękowania za cudowne uleczenie, zażywamy leczniczych kąpieli po kolei. Okładamy się błotem i z namaszczeniem popijamy źródlaną wodę. Właściwie nic nam nie dolega – oprócz braku czasu i pieniędzy, dlatego korzystamy ze wszystkich źródełek po kolei. Mnie osobiście najbardziej pomogły wspólne taplaniny w błocie ze studentkami z Irkucka. Studentki leczyły kontuzje nadgarstków nabyte podczas treningów siatkówki. Widomości te zdobyłem podczas wspólnych sesji fotograficznych w błocie – nadmieniam, że sam się nie pchałem – zostałem o nie poproszony. Nie wiem, czy studentki były bardzo ładne, czy tylko ładne, bo całe umazane błotem. Niestety, na wspólną kąpiel nie pozwoliła Magda, która ciągle mnie wołała i miała nagle niecierpiące zwłoki bardzo różne potrzeby. Nie pozostałem głuchy na wołania dziecka i kąpiele przerwałem. Z żalem, bo czułem, że jako mężczyzna z dalekiego Zachodu byłem tam niezwykle atrakcyjny. Nauka radziecka zna takie przypadki. Jej największym osiągnięciem był wiecznie żywy Lenin. Może po szumackich zabiegach ja też będę wiecznie młody, a moja witalność zamiast spadać, zacznie rosnąć? Kto wie?! Może trud nie był daremny? Może warto będzie tu jeszcze wrócić? – z przymrużeniem oka relacjonuje pobyt u wód Krzysztof.

Biwakowanie na Szumaku było zdecydowanie wygodniejsze. Początkowo dokwaterowali się do Buriatów w jednej z chat. Następnego dnia ich towarzysze byli już wyleczeni i po oddaniu czci miejscowym górskim bogom wracali do domu – w doliny. Konie w poszukiwaniu jedzenia, mimo spętania łańcuchami, skakały przez głazy i gałęzie po okolicznych zboczach. Gdy nadejdzie czas powrotu, jakoś się je odnajdzie i złapie. Największy problem to kończące się zapasy żywności i papierosów. Duży problem dla nałogowego palacza, jakim jest Krzysztof. Papierosy to cenny towar, od nikogo nie da się ich odkupić, bo wszyscy są uzależnieni. Głód powoli zagląda w oczy naszym wędrowcom. Jeden z kuracjuszy ma strzelbę, ale straszna z niego niezdara i nic nie może upolować. W sakwach jest jeszcze cebula i trochę chleba. – Przygotowuję z tego obiad. Kroję chleb, a Magdusia mówi: „tata, w chlebie są robaki”. Rzeczywiście okruchy się ruszają. Uspokajam córkę, że robaki wychodzą nie z chleba, ale z desek, na których go kroję. Na wszelki wypadek podpiekam go na ogniu, aby wszystko powyłaziło lub chleb był tłustszy. Nie mam litości i intruzów piekę żywym ogniem! – Darżo mądrzejszy, zabrał suchary, ale też mu się kończą. Zrobił się nieżyczliwy i nie zaproponował wspólnego posiłku. Następnego dnia jest nieco lepiej, kurujący kontuzje sportsmen Vlad z sąsiedniej chatki zaprasza ich na racuchy kukurydziane. Uczta przednia, ale Krzysztof swą porcją dzieli się z Magdą. Vlad zabiera ich później na wycieczkę w góry, do wodospadu. – Mówił, że idzie się 40 minut, więc nic ze sobą nie zabraliśmy. Naprawdę wyprawa trwała cztery i pół godziny. I to biegiem po stromych ścieżkach. W drodze powrotnej złapała nas burza, zmokliśmy i zmarzliśmy. – opisuje czterdziestominutową wycieczkę wg „rosyjskich zegarków” Krzysztof. Wieczorem młodzi Rosjanie urządzają alkoholową libację. Krzysztof musi zdecydowanie odmówić. Vlad na noc przenosi się do ich chaty. Nic nie mówi, ale rozumieją się bez słów.

Po kilku dniach nasi podróżnicy chcą wracać. Kończą się wakacje i Magda musi iść do szkoły, a przed nimi prawie 8000 kilometrów. Darżo trapiony jakimiś dolegliwościami chce jeszcze zostać. Krzysztof jednak zapowiada, że o szóstej rano ruszają w drogę powrotną. Żegnają się z Vladem. Ten jednak patrzy na to mniej optymistycznie: – Buriata nie obudzisz! A jak wstanie to do godziny 11 będzie popijał poranną herbatę – mówi ze znawstwem. Derdzikowscy są uparci. Nastawiają budzik na 4:30 i przez półtorej godziny ponaglają Darża. Udało się. Wstał bardzo opornie, złapał konie i nawet dość wcześnie udaje im się wyruszyć. Teraz są pewniejsi, wiedzą, co ich czeka, znają trasę. Koń Krzysztofa lekko kuleje. Darżo jednak zna skuteczną, choć nieakceptowalną przez nas metodę „leczenia” – każe go mocniej bić. Powrotna droga nie należy do przyjemnych. Jak byli na przełęczy, zaczęło padać. Dobrze, że tylko deszcz. Jakby spadł śnieg, zostaliby unieruchomieni i to nie wiadomo, na jak długo. Zaczyna być zimno. Kurtki, spodnie i buty niby wodoodporne, dawno przemokły. Po drodze doganiają ich Buriaci. Najwyraźniej długo leczyli się u źródeł, bo ich konie są dobrze odżywione, bez żeber na wierzchu. Nowi towarzysze podróży zmuszają ich do zwiększenia tempa marszu. W tych warunkach zakrawa to na szaleństwo. Głazy i stromizny są śliskie od deszczu. Biwaki są krótkie. Wreszcie po ciemku docierają do Chajta-Goły i chaty Darżo. Tam wszyscy są zamroczeni alkoholem. Wiadomo, że z pijanymi Buriatami różnie bywa, więc nie chcą spać w chacie. Poza wioską nie da się rozbić namiotu, bo wieczna zmarzlina nie pozwala wsiąkać wodzie. Jest błoto na pół metra i lód. Co prawda Jarosław Kapiński opowiadał, że można przespać się na stojąco, przywiązując się do drzewa. Rzeczy są przemoczone, więc próbują namówić Darżo, żeby wywiózł ich „gruzawikiem”1, oferują dodatkową zapłatę. Darżo pije herbatę i myśli przez godzinę. Magda trzęsie się z zimna. Wreszcie ruszają do wioski szukać zaginionej ciężarówki. W jakiejś norze trafiają na pijanego kierowcę i samochód bez kół. W końcu, ubłoceni. po pachy, napotykają na jadący bez jednego światła „gruzawik” Darża. W kabinie siedzi 4 pijanych mężczyzn i kobieta. Jest to jedyny sprawny środek lokomocji. – Dobijam się pięściami do sklepu. Jako obcokrajowca nawet mnie wpuszczają. Robię zakupy, zwłaszcza wódkę. Za dwie flaszki wykupujemy „gruzawika”. Nie ma benzyny. Darżo skombinował dwie butelki po wodzie mineralnej. Do tej odrobiny paliwa dolewam ostatnią butelkę wódki. Nie wiem, na jak długo to starczy. Pakujemy jednak bagaże i ruszamy. Darżo dowiózł nas 40 km do „bazy turystycznej” po okropnych wertepach. Czy zdołał wrócić do domu, nie wiem – opowiada historię jak z filmu Krzysztof. W bazie szczęśliwie odnajdują rzeczy pozostawione przed wyprawą w góry. Jest też kierowca z samochodem. Nie chce jednak jechać, twierdząc, że czegoś na tym pustkowiu pilnuje. 400 rubli pozwala dojechać im do „cywilizowanej Nilowej Pustyni”. Do Kirenia jechać nie chce, tłumacząc się swoim obowiązkiem stróżowania. Nocują w baraku wypoczynkowym. Pokój jest obskurny, ale suchy. Gdzie się tylko da, suszą rzeczy i namiot. Udaje się nawet wziąć prysznic. Rano dopada ich głód. W ośrodku śniadań nie serwowano, w sklepie puste półki. Sprzedawczyni pod ladą miała kilka jajek. Po wielu perypetiach dyrektorka ośrodka wydaje zgodę na usmażenie jajecznicy. Problemem jest też wydostanie się z Nilowej Pustyni. Autobusy i „marszrutki” nie dojechały, Buriaci już z rana podpici i nie mogą jechać dalej. Wspólnie z innymi turystami namówili Buriatów, że za 100 rubli od głowy zawiozą ich na skrzyżowanie drogi Irkuck – Mondy – Mongolia. Nawet na tej dużej drodze przez kilka godzin usiłowali złapać okazję. Na szczęście znajdują kierowcę. Właściciel sklepu ma Uaza i zgadza się podwieźć ich te 350 km do Sljudanki nad Bajkałem. Skoro już znaleźli się nad Bajkałem, nie mogli sobie odpuścić przejażdżki koleją trasą Krugobajkalską. Widoki na 84-kilometrowej trasie są niezwykłe. Znajdują się przy niej warte obejrzenia 424 budowle inżynieryjne, w tym prawie 40 tuneli, z czego najdłuższy, „Połowinny” ma 807 m długości. Tory budowano w latach 1902-04, zużywając na jeden kilometr trasy wagon materiałów wybuchowych. Pociąg zamiast 6 godzin jechał 9. W pierwszym wagonie był sklep, w którym mieszkający w pobliżu stacji ludzie zaopatrywali się w artykuły spożywcze. Późnym wieczorem pociąg dociera do Port-Bajkał przy ujściu Angary, jedynej rzeki wypływającej z Bajkału. To ogromne jezioro stanowi 20% światowych zasobów wody pitnej, wpływa do niego ok. 700 rzek i rzeczułek, ale wypływa zeń tylko jedna. Aby z przystani odszedł prom, musiało się zebrać 17 osób. W końcu przeprawiono ich na obrzeża znanej miejscowości wypoczynkowej – Listwainki. W drodze do hotelu, po 4 kilometrach marszu, złapała ich ulewa. Wynajęli więc drewniany domek z prawdziwą ruską banią2. Krzysztof niefortunnie poparzył się parą wodną. Dalsza droga prowadziła rzeka Angorą do Irkucka, udali się w nią wodolotem „Rakietą”. Następnego dnia, po zwiedzeniu miasta, kupili bilety lotnicze przez Moskwę do Kaliningradu. Zwiedzają stolicę Rosji i lecą do Kaliningradu. Tam odbierają swój samochód i jadą w kierunku Polski. Na granicy jest bardzo długa kolejka, taka na półtora dnia oczekiwania. Bez zbędnego targowania płacą najwyższą stawkę haraczu za przeskoczenie kolejki i tuż przed polskimi rogatkami czeka ich scysja z rosyjskim pogranicznikiem. Są dwa kroki od ojczyzny, a ten żąda łapówki dla sierżanta. – Odmawiam, tłumacząc, że już wszystko opłaciliśmy. Jest natrętny. Każe nam dać paszporty. Taki głupi nie jestem. Zamykamy się w samochodzie i dalsze negocjacje prowadzę przez uchyloną szybę. Znęca się nad nami pół godziny. Jesteśmy połową samochodu na terenie Rzeczypospolitej, co utwierdza naszą postawę. Pogranicznik odgraża się, że więcej do Rosji nie wjedziemy – opowiada o ostatnich już perypetiach Krzysztof. Polski celnik nie może uwierzyć, że nic nie przemycają. Jeszcze kilka godzin i przyjeżdżają do domu.

Gdy opada z nich pierwsze zmęczenie, wspominają trudy przeprawy, zamęczają znajomych setkami odbitek. Przed wyjazdem znajomi nie mogli zrozumieć, po co Krzysztof ciągnie dziecko i siebie na owianą złą legendą Syberię. A im się podobają bezkresy, brak poczucia czasu i przestrzeni. Widoki, może monotonne, ale urzekające. Upływu czasu nie wyznaczają zegarki, ale wschody i zachody słońca. Żyje się skromniej, ale w równowadze z przyrodą. Dla jej mieszkańców odległość 500 km to tak jak u nas pójście do sąsiada na kawę. Nie ma pośpiechu ani etosu pracy. Niby trzeba liczyć na siebie, ale gdy zajdzie taka potrzeba – inni z ochotą przyjdą z pomocą i podzielą się tym, co mają. Ta wzajemna solidarność wynika z ciężkich warunków życia, ale także z tego, że prawie wszyscy mieszkańcy to potomkowie zesłańców. I to zarówno tych zsyłanych karnie, jak i tych emigrujących za chlebem. Dawniej zarobki na Syberii były nawet trzykrotnie wyższe niż w europejskiej części Rosji. W Buriacji jest polska wieś Wierszyna, gdzie mieszkają potomkowie zwabionych tu dużymi zarobkami Polaków spod Olkusza. Mówią jeszcze bardzo ładnie po polsku, z charakterystycznym śląskim akcentem.

Krzysztof nie poprzestał na odkrywaniu tajemnic Syberii. Następną wyprawę zorganizował do Mongolii. Do poznania tych przygód zapraszamy Czytelników już za miesiąc.

Shopping Cart
Przewiń do góry