Grunt to rodzina! Nazwisko jak marka – czyli Kubiak

W polskim środowisku jeździeckim wiele jest osób o nazwisku  Kubiak. Ciekawostką jest również to, że nie wszyscy są ze sobą  spokrewnieni. Pan Grzegorz Kubiak – ośmiokrotny Mistrz Polski w skokach przez przeszkody i olimpijczyk z Aten obecnie rywalizuje  z jeźdźcem, który również nazywa się Grzegorz Andrzej Kubiak.  Czyżby sława tego pierwszego jak magnes przyciągała do koni  osoby o takim samym nazwisku?

Tekst: Olga Gajda
Foto: Olga Gajda, archiwum rodziny Kubiaków

Sporo Kubiaków wywodzi się lub jest związanych z dwoma klubami jeździeckimi, tj. w Bogusławicach i Kwidzyniu. W pierwszym mieście urodził się, uczył, trenował a nawet poznał swoją żonę nasz dzisiejszy bohater, czyli pan Grzegorz Kubiak. Pewne jest to, że jeszcze bardzo długo na światowej arenie jeździeckiej nie zabraknie Kubiaków wśród skoczków, ponieważ w ślady ojca, Grzegorza Kubiaka, poszli dwaj jego synowie – starszy Dawid i młodszy Michał. Jedynie żona, pani Gabriela Kubiak, jak ognia unika jazdy konnej. Zupełnie jak mama pana Grzegorza, która nigdy nie jeździła konno i choć z okna domu w Bogusławicach widzi kawałek parkuru konkursowego, dotychczas nie zdecydowała się na oglądanie tej rywalizacji z trybun. By spotkać bohaterów tego odcinka cyklu „Grunt to rodzina!”, udaliśmy się do podwarszawskiego Czarnowa, gdzie od 4 lat mieszkają państwo Kubiakowie z dwoma synami.

W książkach dotyczących hipiki znalazłam mnóstwo wzmianek o jeźdźcach noszących nazwisko Kubiak. To m.in.: Andrzej, Bogdan, Izabela, Jan i Stanisław. Jakie są Pana związki rodzinne z wymienionymi osobami? Grzegorz Kubiak:

Andrzej Kubiak niestety zginął w wypadku samochodowym. Wracał wtedy z Bogusławic do Kwidzynia na zgrupowanie sportowe przygotowujące do startu w Mistrzostwach Świata. W tym wypadku w sumie zginęło trzech zawodników. Andrzej był moim krewnym, ponieważ nasi dziadkowie byli braćmi.

Z kolei Bogdan Kubiak to pana rodzony brat?

–Tak, Bogdan to mój młodszy brat. Był bardzo utalentowanym zawodnikiem, który zdobył wiele medali w okresie juniorskim. Między innymi startując na Mistrzostwach Europy, Bogdan dwukrotnie zajął 6. miejsce. W trakcie przeobrażeń gospodarczych przeniosłem się z Bogusławic do klubu w Łodzi, a Bogdan pozostał tam dłużej. Po jakimś czasie opuścił Bogusławice i zaczął jeździć we Włoszech. Po powrocie do Polski nadal ma kontakt z końmi. Koncentruje się jednak na ich przygotowywaniu, bo już nie startuje.

Czy dzieci pańskiego brata mają coś wspólnego z końmi?

– Najmłodszy z trójki rodzeństwa, tj. 9 -letni Kuba, zaczyna jeździć. Nie wiem jednak, czy to będzie jego droga sportowa. Obecnie diametralnie zmieniły się warunki do uprawiania jeździectwa. Dawniej szkółki powstawały przy stadninach, jeździło się za darmo, a obecnie wiele stadnin zostało zlikwidowanych, generalnie jeżdżą dzieci bogatych rodziców i nie ma większych klubów prywatnych. W efekcie nie ma naboru do szkółek, bo ludzie właściwie jeżdżą na swoich koniach.

A o Izabeli Kubiak coś pan słyszał?

– Nie, nic mi się nie obiło o uszy.

Stanisław i Jan to byli jednak wspaniali skoczkowie…

– Janka ze Stanisławem łączyła rodzina. Pochodzili z Kwidzynia. Jednak nie odnaleźliśmy wspólnych korzeni tych Kubiaków z wywodzącymi się z Bogusławic.

Już Michał Kubiak, tj. pana dziadek, zajmował się w Bogusławicach powożeniem. Czy to on zaraził pana pasją jeździecką?

– Mój dziadek zmarł, jak miałem 12 lat. Liczył sobie wtedy 83 lata. Nie przypominam sobie prowadzonych z nim rozmów o koniach, a one po prostu w Bogusławicach były od zawsze. Dodatkowo, mieszkaliśmy na terenie Stada Ogierów w Bogusławicach i te zwierzęta dosłownie były na wyciągnięcie ręki. Moja przygoda z jeździectwem zaczęła się od oglądania, potem stępowania na nich, jak pozwolili starsi koledzy, a w końcu – trenowania w szkółce jeździeckiej.

Choć ogromnym plusem był fakt, że w tamtych czasach młodzi ludzie trenowali za darmo, to jako minus można uznać – zbyt małą uwagę przywiązywaną do bezpieczeństwa… W latach 70. w innych sportach było zresztą podobnie! Wystarczy przypomnieć sobie skoczków narciarskich jedynie w czapkach na głowach…

– Atmosfera podczas treningów była zdecydowanie swobodniejsza. Wszystko odbywało się bardziej na zasadach koleżeństwa i pomocy. Ponadto mieliśmy dostęp do dużej liczby koni. Jeszcze na początku mojej kariery sportowej w trakcie zawodów nie było większych nagród finansowych, ale i przy okazji – również startowych i wpisowych. Uczestnictwo w zawodach bardziej kojarzyło się z kolejnym etapem szkolenia.

W latach 70. i 80. w jeździectwie zdarzało się więcej niebezpiecznych wypadków niż obecnie?

– Wtedy to wszystko jeszcze ewoluowało. W tym czasie doszła grupa młodych jeźdźców, juniorzy zaczęli jeździć na kucach i małych koniach, a to spowodowało lepszą selekcję koni i stopniowe szkolenie młodzieży. Jeździectwo stało się więc bezpieczniejsze. Natomiast w czasach, gdy ja byłem juniorem, jak ktoś dostał konia, to już na nim jeździł. Mnie na przykład trafił się doświadczony, ale za trudny koń. Nazywał się Dalmierz. Dobrze pojechałem na nim jeden kros w ramach Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego i dlatego na następne zawody włożyliśmy mu lżejsze wędzidło. Niestety w trakcie tej rywalizacji poniósł mnie i straciłem nad nim kontrolę. Przed kolejną przeszkodą odbił się za wcześnie i tak nieszczęśliwie wylądował w środku oksera, że zabił się na miejscu. Naprawdę kilka centymetrów brakowało do tego, że i mnie nie byłoby już wśród żywych. W trakcie upadku głową zdarłem z drzewa korę i pękł mi kask. Warto to podkreślić – na całe szczęście dzisiaj udostępnia się zawodnikom lepsze konie i do kwestii bezpieczeństwa przykłada więcej uwagi.

Po tym wypadku rodzice domagali się od pana zakończenia kariery sportowej?

– Szczególnie ciężko przeżyła to moja mama i nie chciała zgodzić się na dalsze treningi. Do dzisiaj ani razu nie była na zawodach w Bogusławicach. Rodzice nie pozwalali mi chodzić na konie, ale siedziało we mnie coś, co nie pozwalało zrezygnować z jazdy. Tłumaczyłem sobie, że ten wypadek już się wydarzył i kolejne nie muszą nastąpić, gdy tylko poprawię swoje umiejętności prowadzenia koni. Tak budowałem wiarę w siebie i w swoje umiejętności.

Pana rodzice jeździli konno?

– Nie, choć dom stoi na terenie stadniny, oni wyłącznie pracowali w gospodarstwie rolnym przy stadzie.

Po wspomnianym wypadku był pan kilka dni nieprzytomny. Kiedy znowu zaczął pan jeździć?

– Po wyjściu ze szpitala trafiłem do państwa Bobików, do Nowielic. Na konia wsiadłem zaraz po opuszczeniu szpitala. To był wierzchowiec Jacka Bobika.

O panu, żonie i synach można powiedzieć, że jesteście rodziną na walizkach?

– Trzeba przyznać, że dosyć często wyjeżdżamy na zawody. W okresie, gdy przygotowywałem się do startu w Igrzyskach Olimpijskich w Atenach i tuż po nich, rzeczywiście byłem gościem w domu. Obecnie przebywam w stajni średnio po 8-10 godzin, ale w odróżnieniu od poprzedniego okresu, rzadziej przemieszczamy się na duże imprezy i w efekcie mniej czasu poświęcamy na transport i postoje.

Czy liczba pana sukcesów sportowych ułatwiła panu stabilizację finansową?

– Niekoniecznie. Kocha się to, co się robi i dlatego człowiek tak w to brnie. W jeździectwie są ogromne nakłady na sport i gdyby nie było w człowieku tej pasji – normalnie nie powinno się tego robić.

Jak wyglądają wasze treningi? Jest pan przecież trenerem nie tylko synów…

– Ponieważ synowie i inni moi podopieczni jeszcze się uczą, od rana do wczesnych godzin popołudniowych mam czas dla siebie i swoich koni. Następnie zsiadam i zamieniam się w trenera. Długo siedzę w stajni. To dosyć ciężki kawałek chleba.

Od początku wiedział pan, że synowie pójdą w pańskie ślady? To naprawdę był ich świadomy wybór?

– Oni nie byli na nic skazani. Wiadomo, jak uprawia się w domu sport na troszeczkę wyższym poziomie, to wciąga niektórych domowników. Moi synowie bardzo chcieli jeździć. Dzisiaj próbujemy coś z tym zrobić, ale samemu nie jest łatwo. Nie mamy przecież zysków z fabryki, które można byłoby przeznaczyć na sport. Próbujemy współpracować z różnymi ludźmi.

Gdy razem z synami i żoną (siedzącą na trybunach) jest pan na zawodach, to jesteście jak drużyna austriackich skoczków narciarskich, spośród których jeden dopinguje drugiego? A może dzieje się tak, że niepowodzenie jednego przechodzi na drugiego?

– Skoki przez przeszkody to dyscyplina sportowa rządząca się troszeczkę innymi prawami. Dla przykładu – gdy drużyna piłkarska straci bramkę, to ma jeszcze określony czas i możliwości na odrobienie straty. Niestety w skokach, jak zrobi się zrzutkę, już się tego czasu nie cofnie. Nasza dyscyplina wymaga niesamowitego zgrania z koniem i bardzo precyzyjnej jazdy. Aby do tego doprowadzić, potrzeba wieloletnich ćwiczeń, by bez słów rozumieć się z wierzchowcem. Ponadto ustawienie parkurów nie jest przewidywalne w odróżnieniu od tras narciarskich czy biegowych. U nas każdy parkur jest inny.

Dziękuję za rozmowę.

Shopping Cart
Przewiń do góry