Z wizytą u państwa Mossakowskich. Pasja z dziada pradziada.

Tekst: Olga Gajda
Foto: archiwum prywatne

Dowodem na to, że powiedzenie „grunt to rodzina” nie jest czczym stwierdzeniem, a wartością, o której w obecnych czasach trzeba pamiętać na każdym kroku, jest kolejna jeździecka rodzina, która przyjęła zaproszenie na łamy naszego miesięcznika. Tym razem to państwo Mossakowscy: Tomasz, wiceprezes Polskiego Związku Jeździeckiego, Iwona, żona, mama i spadkobierczyni długiej tradycji jeździeckiej oraz ich dzieci: najstarsza Agnieszka, Jerzy i najmłodszy – Jan. Wszyscy – jak jeden mąż – ogarnięci są ogromną pasją jeździecką! Państwo Mossakowscy mieszkają w Poznaniu i jeździecko bardzo silnie związani są z klubem CWJ Poznań. Mają 10 koni, w tym cztery na „łąkowej” emeryturze. Najmłodszy z rodzeństwa, czyli 18-letni Jan, wyczynowo zajmuje się sportem i z powodzeniem startuje w WKKW. Jest uczniem maturalnej klasy XVI Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu, a za rok zamierza zdawać na Akademię Wychowania Fizycznego. Agnieszka jest sędzią jeździeckim i systematycznie podnosi swoje kwalifikacje, regularnie sędziuje ogólnopolskie zawody WKKW, a w planach ma powrót do startów w konkursach ujeżdżeniowych. Jerzy Mossakowski (28 lat), ich brat, założył rodzinę, urodziła mu się niedawno córeczka i nowe obowiązki na razie nie pozwalają mu na wyczynowy sport. Wspólna pasja jeździecka Mossakowskich nie byłaby oczywiście możliwa bez zaangażowania rodziców, których przodkowie, jak wyjaśniają w wywiadzie, byli bardzo silnie związani z końmi.

Panie Tomaszu, jest Pan członkiem zarządu Polskiego Związku Jeździeckiego, wiceprezesem ds. sportowych, a także sędzią międzynarodowym w 3 dyscyplinach: skokach, WKKW i powożeniu. Skąd u Pana takie zainteresowanie jeździectwem?

– Pochodzę z rodziny ziemiańskiej, która zawsze miała konie. Przez zawirowania historyczne osobiście nie miałem jednak wprost kontaktów z końmi. Pomimo jednak tego już jako 5-letnie dziecko pragnąłem jeździć konno i nawet zbierałem na swojego rumaka do skarbonki.

Czy jest Pan blisko spokrewniony ze sławnym Janem Mossakowskim, tym samym, który w latach 1932- 1933 był mistrzem Polski w ujeżdżeniu, a w 1938 r. – w konkurencji Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego?

– Ten bardzo znany polski jeździec nie jest ze mną blisko spokrewniony. Znaliśmy się i ustaliliśmy, że nasze rodziny pochodzą z tego samego regionu. Prawdopodobnie jest między nami jakieś dalekie pokrewieństwo.

 

 

Jakie były Pana początki jeździeckie?

– Na początku miałem styczność wyłącznie z końmi, na których w czasie wakacji jeździłem na oklep. Jazdą sportową zająłem się bardzo późno – w okresie studiów. Jeździłem wtedy w Studenckim Klubie Jeździeckim w Poznaniu. To był złoty okres akademickiego jeździectwa. W tym czasie powstawało dużo studenckich klubów jeździeckich w całej Polsce. Do tej pory znaczna liczba sędziów i działaczy PZJ miała tam swój pierwszy kontakt z jeździectwem. To właśnie w tym okresie zacząłem startować w zawodach.

Czy brał Pan udział w zawodach ujeżdżeniowych, skokowych, a może WKKW?

– To oczywiście były zawody w skokach przez przeszkody. Należy jednak pamiętać, że w tym czasie w Wielkopolsce wymagano, by przed pierwszym startem w zawodach skokowych zaliczyć najpierw konkurs ujeżdżeniowy z wynikiem minimum 50%. To był okres, kiedy jeszcze nie funkcjonował system odznak sportowych Polskiego Związku Jeździeckiego. Dlatego właśnie przejechanie konkursu ujeżdżeniowego na odpowiednim poziomie było dowodem na zdobycie przez zawodnika odpowiednich umiejętności i dawało przepustkę do dalszych startów.

Jakie miał Pan największe sukcesy sportowe?

– Nie miałem oszałamiających wyników – po pierwsze studenckie konie nie były tymi z najwyższej półki i oprócz tego, że startowały w zawodach, musiały odbębnić jazdę w rekreacji. Należy też pamiętać, że były to zupełnie inne czasy. Startowałem w końcu lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych. Wtedy w Polsce było bardzo mało zawodów. Dla porównania – obecnie mamy w Polsce ok. 190 ogólnopolskich zawodów w ciągu roku. Natomiast w tamtych czasach wszystkich zawodów, łącznie z regionalnymi, było kilkadziesiąt. Ponadto jeździectwo na najwyższym poziomie było skupione wokół stadnin, stad oraz klubów wojskowych. Co do moich sukcesów… To starty na moim ukochanym Jasyrze. Brałem na nim udział w rywalizacji w Wielkopolsce na poziomie regionalnym.

A ta najważniejsza wygrana…

– Kilka na tyle udanych startów na poznańskiej Woli, że napisał o nich wieloletni redaktor naczelny „Koni i Rumaków” – pan Jacek Świgoń – wówczas kierujący inną gazetą. Wycinki zachowałem do dziś.

Kto Pana trenował?

– Zacząłem jeździć w Stadzie Ogierów w Gnieźnie. Tam trenowali mnie: Zygmunt Szymoniak – koniuszy oraz Czesław Matławski – dyrektor stada i swego czasu mistrz Polski w skokach przez przeszkody. Do wielu umiejętności doszedłem samodzielnie, wykorzystując pierwsze podręczniki, jakie ukazały się w Polsce. Te podręczniki to zasługa akademickiego jeździectwa – głównie klubu w Zbrosławicach. Miałem też treningi z Janem Mossakowskim i Januszem Nowakiem.

Bycie ojcem w rodzinie, w której trójka dzieci ogarnięta jest pasją jeździecką, nie jest chyba prostym zadaniem…?

– Jeżeli wszyscy chcą i lubią to robić, to nie jest to skomplikowane. Trzeba to po prostu poukładać.

A gdzie Państwo trzymacie swoje konie?

– Obecnie mamy 10 koni, spośród których 6 używanych jest do sportu – te „stacjonują” na poznańskim hipodromie Wola, a 4 są na zasłużonej emeryturze.

I jeszcze ostatnie pytanie, tym razem bardziej osobiste. Panie Tomaszu, gdzie spotkał Pan swoją przyszłą żonę? – Poznaliśmy się w Studenckim Klubie Jeździeckim. Pani Iwono, dowiedziałam się od Pana Tomasza i Janka, że szczególnie silne tradycje jeździeckie kultywowane były w rodzinie Pani mamy i ojca…

– Mój dziadek ze strony ojca, Leon Fryc, był majorem Wojska Polskiego. Służył w Pułku Artylerii Konnej, który stacjonował we Włodawie. Po Kampanii Wrześniowej w czasie II wojny światowej trafił do niewoli. Do Polski wrócił dopiero po wojnie i pod Bydgoszczą prowadził gospodarstwo rolne. Natomiast mój drugi dziadek, ze strony mamy, Mieczysław Kifer, zajmował się na Lubelszczyźnie hodowlą koni. Tak jak wspomina moja mama, niczego się w efekcie nie dorobił, ale całkowicie oddał się swojej pasji. Miał kilkanaście koni, spośród których część zabrali partyzanci, wykorzystując je w walkach z niemieckim okupantem. Na zabrane konie wystawili pokwitowania – ale jak łatwo się domyślić – po wojnie nikt nie kwapił się do zwrotu ani koni, ani ekwiwalentu.

Słyszałam, że z kolei Pani tata był znanym w Wielkopolsce lekarzem weterynarii…

– Tak, mój tata nazywał się Jerzy Fryc. Był znanym w Wielkopolsce lekarzem weterynarii. Ojciec napisał pracę doktorską z zakresu operacyjnego leczenia niedrożności przewodu pokarmowego u koni. Pracował najpierw w lecznicy w Wągrowcu, która pod jego kierownictwem pracowała tak dobrze, że przyjeżdżali tam na praktyki studenci z krajów zachodnich. Potem pracował na Akademii Rolniczej w Poznaniu, a w końcu założył jako jeden z pierwszych w Polsce prywatny gabinet weterynaryjny. Do końca życia służył zwierzętom.

Męża poznała Pani w Studenckim Klubie Jeździeckim. Zapewne Pani również bardzo lubi jeździć konno…

– Ponieważ ojciec leczył konie, w tym te z Studenckiego Klubu, dostałam się do niego trochę po znajomości. Chętnych do jazd w SKJ było bardzo wielu, a koni mało. Nie da się ukryć, że ten klub spełniał również funkcję towarzyską, a przyjaźnie i znajomości z tamtych lat przetrwały do dziś. Studenci mieli przy koniach dyżury, karmili je i oporządzali – to wszystko bardzo nas integrowało. Ze sportem miałam mało do czynienia. Byłam wyłącznie jeźdźcem rekreacyjnym i to dodatkowo bardzo ostrożnym.

Jaś wspominał, że nie lubi Pani patrzeć na rywalizację jeździecką swoich dzieci…

– Tak, rzeczywiście. Myślę, że wiele matek młodych zawodników martwi się o bezpieczeństwo dziecka, a wyniki są mniej ważne. W zamian jednak uczestniczę w przygotowaniu stroju i sprzętu oraz przypominam o wszystkim, co mają ze sobą zabrać na zawody.

Państwa dom z pewnością jest zastawiony pucharami, zawieszony flo i innymi akcesoriami jeździeckimi, jakie zdobywała Agnieszka, Jerzy, a obecnie Janek?

– Tak, jest tego mnóstwo. Oczywiście najwięcej nazbierał Jaś – na tyle dużo, że tylko te najważniejsze mieszczą się w jego pokoju. Chciałabym jednak podkreślić, że oprócz pomocy przy koniach, jaką Agnieszka otacza Janka podczas zawodów, jest ona także młodym sędzią jeździeckim. Bardzo starannie przygotowuje się do każdych zawodów i uczestniczy w różnorodnych kursach i szkoleniach.

Często się Państwu zdarza, że wszyscy wyjeżdżacie gdzieś w plener na koniach?

– Teraz już nie. Dawniej, gdy konie stały w Racocie, owszem zdarzały się wspólne przejażdżki.

Spokojnie moglibyście Państwo organizować rodzinne Hubertusy…

– Byłoby pięknie posiadać własny ośrodek jeździecki i organizować takie imprezy. Zbudowanie własnej stajni to marzenie, którego nie udało się nam do tej pory zrealizować – to jednak duże pieniądze.

Janku, a kto Ciebie namówił na jeździectwo? Chciałeś robić to, co rodzeństwo, wzorowałeś się na tacie, a może ta pasja przeszła na Ciebie z dziadka?

– Od kiedy pamiętam, wszyscy w rodzinie jeździli konno. Kiedy jeszcze byłem mały i jeździliśmy do stajni w Racocie, tata sadzał mnie przed sobą, na przednim łęku. Bardzo mi się to wtedy podobało i chciałem mieć swojego kucyka. W szkole podstawowej trenowałem z sukcesami jednocześnie piłkę nożną i jeździectwo. Jednak w końcu wybrałem konie i jeździectwo.

Opowiedz coś o swoich ostatnich sukcesach sportowych…

– Na ostatnich Mistrzostwach Polski Juniorów WKKW rozgrywanych w Sopocie zająłem to najmniej lubiane – czwarte miejsce; na zawodach CIC1* w Baborówku zostałem wicemistrzem Wielkopolski w kategorii seniorów; wygrałem zawody CNC1* w Racocie, a na międzynarodowych zawodach CIC1* w Holzerode w Niemczech byłem siódmy.

Twoim podstawowym koniem jest Egzemus…

– Tak, jeżdżę na nim już 4. sezon. Od przyszłego sezonu będę startować w wyższej kategorii wiekowej – młodych jeźdźców, ponieważ w październiku 2011 r. kończę 18 lat.

Ile miałeś lat, gdy dostałeś swojego pierwszego konia?

– To był kucyk – Groszek. Dostałem go, gdy miałem 6 lat.

Czy twoje rodzeństwo również jeździ konno?

– Tak. Agnieszka, moja starsza siostra, pomaga mi przygotowywać konie na zawody, bo mam ich obecnie cztery. Oprócz Egzemusa startuję na Nawisie, Jolly i Armanim. Agnieszka jeździ też ze mną na zawody jako luzak. Bardzo mi tam pomaga. Gdy mam 2 konie, to czasami mi je rozpręża. Może od następnego sezonu będzie także brać udział w zawodach. Z kolei mój brat Jurek jeździł przez długi czas i startował w konkursach skokowych. Niedawno założył rodzinę, urodziła mu się córeczka i ma mniej czasu na jeździectwo.

A Twoja mama również jest zafascynowana końmi?

– Tak, choć pamiętam, że po jakimś upadku kilka lat temu trochę się zraziła do jazdy konnej. Mama jednak bardzo pomaga w naszym życiu sportowym. Na zawody nie wyjeżdża, bo za bardzo je przeżywa…

Zawsze trenowałeś pod okiem taty?

– Na początku – rzeczywiście tylko z tatą. Następnie trenowałem także z Romanem Rucińskim, a ostatnio – rozpocząłem treningi ujeżdżeniowe z Adą Menez. W ramach zgrupowań trenowałem ze znanymi trenerami i olimpijczykami, takimi jak: Krzysztof Rafalak, Rudolf Mrugała, Paweł Spisak, Artur Społowicz czy Jacek Wierzchowiecki, a przed ostatnimi mistrzostwami Polski trenowałem z Bogdanem Jareckim.

Rozmawiała Olga Gajda

Shopping Cart
Przewiń do góry