W przyjaźni z koniem

Rodzina Szaszkiewiczów od pokoleń ściśle związana jest z końmi. Pan Hubert Szaszkiewicz oprócz zdobycia mistrzostwa Polski juniorów we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego oraz wicemistrzostwa seniorów w skokach przez przeszkody znany jest także jako wybitny trener i hodowca koni. Jego córka Karolina przejęła po ojcu nie tyle chęć do rywalizacji sportowej, co potrzebę harmonijnego i bezpiecznego szkolenia jeźdźców.

Tekst: Olga Gajda
Foto: Piotr Filipiuk oraz archiwum rodziny Szaszkiewicz

Kontynuując cykl tekstów „Grunt to rodzina”, tym razem spotkaliśmy się w Warszawie z reprezentacją rodziny Szaszkiewiczów, tj. panem Hubertem i jego córką Karoliną. Ich opowieść o pasji jeździeckiej, która przechodzi na kolejnych potomków, jest także dowodem na to, jak istotne dla sportowca jest jego odpowiednie wyszkolenie. Doświadczył tego sam pan Hubert, który na początku trenowany był w Krakowie przez mistrza nad mistrzami – majora Adama Królikiewicza (zdobywca brązu w kategorii skoków w 1924 r. na VIII Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu; mistrz Polski w WKKW z 1932 r.). Odebrał więc odpowiednie szlify od trenera, który przez wiele lat święcił największe triumfy w polskim jeździectwie. Hubert Szaszkiewicz, obecnie 63-letni szkoleniowiec, zasłynął w środowisku jeździeckim jako trener, np. Zygmunta Rospleszcza, jedynego wśród Polaków, który po II wojnie światowej zdobył w skokach przez przeszkody wicemistrzostwo Europy w kategorii młodych jeźdźców. Warto również dodać, że hodowane przez pana Huberta konie aż czterokrotnie wygrywały Derby.

Jakie były pana jeździeckie początki?

– Hubert Szaszkiewicz: Zacząłem jeździć w Krakowie, w miejskim klubie, gdzie płaciło się za jazdy. To było ogromne obciążenie finansowe dla mojej mamy, na której barkach spoczywało utrzymanie domu. Wszystko, co obecnie zawdzięczam koniom, zawdzięczam więc mojej mamie. To tam spotkałem majora Królikiewicza. Po roku treningów i pierwszych zawodach dostałem od niego książkę z bardzo osobistą dedykacją, która mocno zaważyła na moim przyszłym życiu – „mojemu najzdolniejszemu, najlepszemu uczniowi”. Te słowa nie wbiły mnie w dumę, ale na lata natchnęły do pracy nad moim warsztatem jeździeckim. Następnie przeszedłem do Wadowic, gdzie jako obiecujący zawodnik trenowałem już za darmo. Szkolony byłem tam przez pana Tetmajera. Stamtąd, w wieku 17 lat, w 1965 r. przyjechałem do Warszawy i zacząłem trenować na Służewcu. W tym czasie pracowałem w stajni i dostałem się na studia zootechniczne w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Doktor Falewicz, trener stajni sportowej, wysłał mnie na juniorskie mistrzostwa Polski we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego w Łobzie, które udało mi się wygrać. Potem przez kilka lat startowałem w skokach, jeżdżąc z powodzeniem na takich koniach, jak: San Siro, Sumak, Zelant czy Sorgo. Startowałem w tym czasie w konkursach CSI i CSIO. W czasie studiów wyjechałem do Austrii, gdzie pracowałem jako ujeżdżacz.

To bardzo odważne posunięcia życiowe… Jak dalej potoczyła się pana kariera?

– Po powrocie do Polski skończyłem w Warszawie studia zootechniczne i na 2 lata wylądowałem w Stadzie Ogierów w Książu. Pracowałem tam jako zootechnik do spraw sportu i eksportu oraz byłem trenerem Wojtka Dąbrowskiego i Czesia Koniecznego. W 1979 r. zostałem powołany na stanowisko kierownika Stadniny Koni Moszna, gdzie miałem na głowie 90 klaczy matek, w tym 60 pełnej krwi angielskiej i 30 klaczy do produkcji koni sportowych. Poza sukcesami wyścigowymi koni moszniańskich, z tej stadniny wyszło wiele koni sportowych, takich jak Elf czy Wagram, czyli czołowych koni polskiej reprezentacji z pierwszej dekady nowego wieku. Bardzo się bałem, żeby nie zepsuć wspaniałej pracy Władysława Byszewskiego, mojego wielkiego poprzednika. Miałem świadomość braku praktyki w dziedzinie hodowli koni. Myślę, że dzięki wspaniałej załodze tej stadniny i mojej determinacji – udało się. Poza gospodarowaniem i hodowlą powróciłem do startów zawodniczych i w 1979 r. zdobyłem na Rozmarynie srebrny medal na mistrzostwach Polski. Wszedłem do kadry narodowej, ale na zawodach w Lucernie złamałem obojczyk, co wykluczyło mnie z ekipy Igrzysk Olimpijskich w Moskwie. Do zakończenia mojej kariery sportowej przyczynił się jednak inny mój poważny wypadek. Tę okoliczność odebrałem jako znak, że najwyższa pora skoncentrować się na rodzinie – żonie i dwójce dzieci.

Razem z Rudigerem Wassibauerem, austriackim partnerem, stworzył pan stadninę koni w Okołach. W natłoku obowiązków z pewnością mało miał pan czasu na życie rodzinne. Jak w tym czasie radziła sobie pana żona?

– Życie rodzinne spoczęło na barkach mojej żony i musiała radzić sobie sama. Ja starałem się zapewnić pieniądze na życie. O 6.00 rano wychodziłem do stajni – wracałem o 8.00 na śniadanie i wychodziłem do pracy. Potem byłem w domu na obiad i krótki odpoczynek. Po krótkiej przerwie znowu wracałem do pracy, koni i prowadzenia jazd, które kończyły się około 20.00. Natomiast do Okół, gdzie budowaliśmy stadninę, musiałem dojeżdżać 100 km i nadzorować budowę stajni, domów dla ludzi i budynków gospodarskich. Stadnina w Okołach, którą zarządza pan Wassibauer, stoi do dziś. Ogiery, które do niej sprowadziliśmy, np. Colorado, Fanimo czy Elvis, odcisnęły mocne piętno na polskim sporcie. Colorado był ojcem Biscuita, na którym Rakoczy zdobył wicemistrzostwo Europy młodych jeźdźców w WKKW; Fanimo to z kolei ojciec Elfa – konia Jacka Zagora, na którym zawodnik osiągnął wiele sukcesów, a Elvis dał plejadę zwycięzców czempionatów i m.in. Ekwadora, na którym Ola Lusina w 2009 r. zdobyła mistrzostwo Polski seniorów.

W Internecie znalazłam drzewo genealogiczne rodziny Szaszkiewiczów. Jak wasza historia związana jest z końmi?

– Nasza rodzina pochodzi z Kresów Wschodnich. Tam mieliśmy majątki, które zostały skonfiskowane po powstaniu styczniowym. Antoni Gracjan Szaszkiewicz – mój prapradziedek – był tzw. królem bałagułów. Był ponadto adiutantem generała Różyckiego i za swoje wojskowe poczynania został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Z kolei mój stryj Włodzimierz Szaszkiewicz hodował konie wyścigowe, służył zresztą w 8. Pułku Ułanów. Jak to bywało w majątkach, zarówno moja mama, jak i ojciec jeździli konno. To dzięki konsekwencji i wytrwałości mamy mogłem uprawiać w tamtych trudnych czasach jeździectwo.

Dotychczas był Pan trenerem zarówno kadry narodowej, jak i olimpijskiej w skokach przez przeszkody…

– W ramach kadry narodowej najpierw trenowałem juniorów; a pod koniec lat 90. – juniorów i młodych jeźdźców. Z kolei w latach 2000-2003 prowadziłem kadrę olimpijską. W tym czasie trenowałem m.in. Grzegorza Kubiaka, Jacka Zagora, Łukasza Jończyka, Piotra Morsztyna i Krzysztofa Praska, a także Jacka Bobika, Stasia Marchwickiego czy Andrzeja Lemańskiego. Wspominam te czasy bardzo ciepło, bo udało nam się uzyskać kilka bardzo wartościowych wyników. Jak to w Polsce – nie wszystkim to pasowało i grupa się rozpadła.

Utrzymuje Pan obecnie ścisłe związki z podwarszawskim klubem Hippica Polonia w Słupnie?

– Trenuję tam konie, na których jeździ Marek Wacławik, a właścicielem i mecenasem jest bardzo zaangażowany Leszek Sasinowski. Mam taki styl pracy, że podejmuję się wieloletnich treningów z zawodnikami. Najpierw pracując w Mosznie zajmowałem się Zygmuntem Rospleszczem. W tym czasie zdobył 5 medali mistrzostw Polski w skokach przez przeszkody – 3 złote, srebrny i brązowy. Trzykrotnie brał udział w mistrzostwach Europy w kategorii młodych jeźdźców i szczególnie udały mu się dwa starty. Najpierw zajął w ogólnej klasyfikacji 6. miejsce, a potem wywalczył wicemistrzostwo Europy młodych jeźdźców, tj. sukces dotychczas nieosiągalny dla polskich jeźdźców. Od jego tragicznej śmierci przy rozładunku koni minęło już prawie 20 lat.

Jakich zawodników jeszcze Pan szkolił?

– Miałem 12-letnią więź z Krzysztofem Praskiem, w trakcie której zdobył 5 medali – 4 brązowe i jeden srebrny, a także uczestniczył w mistrzostwach Europy młodych jeźdźców oraz seniorów. Przez 10 lat jeździł ze mną Rudolf Mrugała, który w tym czasie zdobył 3 srebrne medale mistrzostw Polski. Od 8 lat trenuję także Julię Zawadę – mistrzynię Polski w kategorii młodych jeźdźców, obecnie seniorkę, która w okresie wspólnych szkoleń przejechała wspaniale Mistrzostwa Europy Młodych Jeźdźców i w 2009 r. seniorów. Na swoim koncie ma także wiele bardzo prestiżowych konkursów Grand Prix i bardzo udane starty w konkursach o Puchar Narodów.

Gdy „KiR” próbował się z Panem umówić na rozmowę, okazywało się, że jest Pan za granicą…

– Często wyjeżdżam do Austrii, gdzie cyklicznie trenuję tamtejszych jeźdźców. Ponadto z polskimi zawodnikami startujemy głównie za granicą, gdzie trafiamy na wspaniałe podłoża i bardzo wymagające parkury. Natomiast w Polsce stan większości hipodromów pozostawia wiele do życzenia. Szczęśliwie ta uwaga nie dotyczy podłoża w trakcie zawodów CSIO w Sopocie oraz kilku dużych, międzynarodowych imprez halowych, wśród których prym wiedzie ośrodek państwa Sołtysiaków w Lesznie.

Cieszy się Pan, że Karolina wróciła do jeździectwa i prowadzi własną szkołę jazdy?

– Cieszy mnie to, że Karolina robi to bardzo dobrze i ciągle się chce czegoś uczyć. Jestem dumny z jej zapału, profesjonalizmu i konsekwencji. Martwi mnie natomiast, że musi tak ciężko pracować. To godziny spędzone na ujeżdżalni, często w zimnych halach. To bardzo trudny zawód, a rodzice chcieliby, żeby dzieci miały lżej.

Karolino, czy pracujesz z tatą?

– Karolina Szaszkiewicz: Nie, nasze zawodowe obszary zainteresowań nie pokrywają się. Ojciec jest doskonałym trenerem skoków i chce ze swoimi podopiecznymi zdobywać medale na światowych hipodromach. Ja natomiast jako instruktor sportu szczególną uwagę przykładam do nauki podstaw wyszkolenia jeździeckiego, harmonijnego rozwoju jeźdźca i konia oraz ich bezpieczeństwa. Oczywiście skoki to też mój konik – prowadzę skokowo różne grupy dzieci i młodzieży na kucykach i małych koniach. Z ojcem mamy odmienne obszary działania. Natomiast naszymi sukcesami notorycznie dzielimy się w trakcie częstych spotkań rodzinnych i rozmów telefonicznych. To, co nas dodatkowo łączy, to ten sam styl pracy. Ja do koni wróciłam, ale nie powielam drogi zawodowej mojego ojca.

Co w obszarze jeździectwa szczególnie zawdzięczasz swojemu tacie?

– Mój ojciec jest dla mnie autorytetem w dziedzinie jeździectwa – po prostu. Uważam go za absolutnie najlepszego trenera w Polsce. Nie będę udawać, że nasze relacje to wieczna sielanka, bo z racji podobnych charakterów i temperamentów wielokrotnie dochodziło między nami do spięć i burzliwych wymian poglądów. Ale z perspektywy czasu i własnych doświadczeń zawodowych widzę, jak ogromnie dużo się od niego nauczyłam. Wszczepił mi potrzebę ciągłych poszukiwań, rozwoju i kwestionowania własnych umiejętności. Bardzo szanuję w nim pracowitość, olbrzymią wiedzę o koniach, bezpośredniość i konsekwencję. Zawdzięczam mu także to, co wiele osób może odebrać jako moją arogancję, że w wiele sytuacji jestem w stanie wejść bez kompleksów – nie boję się podejmować ryzykownych zawodowo decyzji. Nauczył mnie ponadto zasad i reguł bardzo ciężkiej pracy z koniem, w trakcie której nie zapomina się o tym, że konie trzeba kochać, szanować i być wobec nich sprawiedliwym. Nie zaszczepił mi jednak chęci sportowej rywalizacji. W zamian – mam wielką chęć stworzenia solidnych podstaw do rozwoju szkolenia podstawowego w Polsce. Prowadzę szkołę jazdy konnej. Robię swoje. Wiem, co chciałabym osiągnąć.

Czy mama mocno wpłynęła na twoje zainteresowanie końmi?

– Nie, to raczej robota taty. Mama zawsze dzielnie mi kibicowała i nagrywała moje starty, no i dzielnie znosiła ciągłe treningi, rozmowy o koniach, oglądanie przejazdów itp.

Twój brat Michał też jest silnie związany z końmi?

– Michał jest wielkim pasjonatem koni. Zawsze, gdy tylko jest taka możliwość, towarzyszy ojcu podczas wyjazdów na zawody. Jako wierny fan i kibic jeździectwa jest bardzo lubiany przez zawodników.

A Gucio, Twój prawie 5-letni synek, już jeździ konno?

– Gucio nie ma czasu jeździć konno, bo cały czas gra w piłkę nożną. Stajnia, jak dotąd, mało go interesuje. Jak będzie chciał, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jeździł. Na pewno na siłę nie będę go pchała „w konie”. Gucio jest wielkim fanem Dziadzia. Razem oglądają nagrane przejazdy podopiecznych mojego taty.

Jak potoczyła się Twoja droga sportowa? Brałaś udział nawet w mistrzostwach Europy juniorów w skokach przez przeszkody…

 – Kontakt z końmi miałam dosłownie od urodzenia. Urodziłam się w Książu, a gdy skończyłam rok, przeprowadziliśmy się do Mosznej. Jako dziecko trochę bałam się koni i nie było w tym nic dziwnego, ponieważ mając 7 lat, spadałam w skoku z Rozmaryna – konia, na którym triumfy odnosił mój ojciec. Po tym incydencie na kilka lat zrezygnowałam z jeździectwa. Nigdy jednak nie byłam stawiana pod murem z nakazem – musisz! W zamian za to ojciec wpoił we mnie przekonanie, że jak już coś będę robić, to mam wykonywać to porządnie. Nie miałam luzaka, więc gdy na zawodach nie wyczyściłam porządnie pasków czy nie pozwijałam owijek, wszystko musiałam skrupulatnie powtarzać. Jak przyjeżdżaliśmy na zawody, to obowiązywała następująca zasada – najpierw karmiliśmy konie, a dopiero potem sami coś jedliśmy.

Co uważasz za swój największy sukces sportowy?

 – W moim pojęciu największym moim sukcesem, a jeździłam wtedy bardzo krótko, było wygranie konkursu 130 cm w Klikowej, kiedy jechałam na mojej ukochanej klaczy Melodia. Pozostawiłam wtedy za sobą takich tuzów jeździectwa, jak Grzegorz Kubiak czy Tomek Klein.

Jesteś dyplomowanym instruktorem sportu?

– Tak! To są uprawnienia nadawane przez Polski Związek Jeździecki oraz Ministerstwo Sportu i Turystyki. Od 2000 r. czekam na zapowiadane przez PZJ studia podyplomowe, by je skończyć i potwierdzić swoje umiejętności trenera II klasy.

Trenowałaś, jeździłaś i pracowałaś w wielu klubach jeździeckich. Gdzie obecnie pracujesz?

– To szkoła jazdy konnej „Hippica Varsovia” w sercu starego Wilanowa. Razem z moim partnerem biznesowym i właścicielem stajni panem Jerzym Koroną staramy się zrealizować ambitny plan – tworzyć miłe, przyjazne i bezpieczne miejsce dla ludzi uczących się jazdy konnej.

Shopping Cart
Przewiń do góry