Swoją pasję przelewa na podopiecznych

Droga sportowa, jaką pokonywała Barbara Niemczewska, z wielu powodów jest tak samo kręta, jak i zaskakująca. Historia pani Barbary jest także wspaniałym dowodem na to, jak wiele przeszkód życiowych może pokonać człowiek, by móc poświęcić się swojemu zamiłowaniu.

Z Barbarą Niemczewską rozmawiała Olga Gajda

Foto: archiwum rodzinne Barbary Niemczewskiej

Dla obecnych młodzików, juniorów a nawet początkujących seniorów rozmowa z panią Basią to skarbnica wiedzy o minionych czasach i realiach jeździeckich.

Obecnie pani Barbara, żona Piotra Piaseckiego oraz mama Kasi i Janka Piaseckich, trenuje zawodników w podwarszawskim klubie „Trawers”. W tym roku Kasia trzeci raz z rzędu wygrała na klaczy o imieniu Fatima Mistrzostwa Polski Juniorów Młodszych w ujeżdżeniu i po raz pierwszy zwyciężyła rywalizację w ramach Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego podczas Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. Natomiast Janek, również WKKW-ista, już dwukrotnie brał udział w Mistrzostwach Europy. W 2008 r. zajął 16. miejsce na 54 pary, natomiast w 2009 r. uplasował się na 18. pozycji i wypadł najlepiej z polskiej ekipy.

Słynie Pani z tego, że jest do szaleństwa zakochana w kucach i w pracy z dziećmi. Z czego to wynika?

 – Kuce są wyzwaniem! Są bardzo trudne w pracy. Wbrew pozorom mają więcej wymagań i cech charakteru utrudniających szybkie nawiązywanie z nimi relacji. Moja fascynacja może wynikać także ze zwykłej ludzkiej zazdrości, ponieważ jako dziecko musiałam jeździć na dużych koniach, które przekraczały moje możliwości fizyczne i dominowały nade mną psychicznie. Ponadto z wykształcenia jestem rehabilitantem i pracowałam z ludźmi niepełnosprawnymi. Z tego powodu zawsze interesowało mnie, dlaczego konie mają taki pozytywny wpływ na ludzi. Upraszczając – małym ludziom nie szkodzimy na małych koniach. Obecne przepisy jeździeckie z powrotem zezwalają 9-latkom jeździć na dużych koniach. To nonsens z punktu widzenia bezpieczeństwa, szkolenia i rodzicielskiej oceny. Sportowa jazda na kucach rozwijała się przecież w Polsce od ok. 14 lat, a za sprawą ostatnich decyzji robimy krok wstecz. Odchodzimy od tego, o co tak długo zabiegaliśmy… Z dziećmi pracuję od zawsze, najpierw jako instruktor w harcerstwie, potem jako instruktor jeździectwa.

W poprzednim numerze „Koni i Rumaków” opowiadała Pani o majątku taty, w którym były konie do zaprzęgu i pod wierzch, w tym kuce, a także o mamie – lekarzu, która nie miała styczności z końmi. A pozostali przodkowie?

– W mojej rodzinie bardzo dba się o przekazywanie historii, tradycji i pewnych zachowań. Drzewo genealogiczne rozpoczyna się w 862 r., a więc na ponad 100 lat przed chrztem Polski, wykonano je w XIX w. Samo w sobie jest więc arcydziełem sztuki. Posiadamy zachowane dokumenty nadania tytułu szlacheckiego i herbu. Taka wiedza zobowiązuje. To, z czego jestem dumna i co starałam się zaszczepić moim dzieciom, to fakt, że jestem w prostej linii potomkiem Juliana Fałata, wybitnego polskiego malarza. Moja babcia Helena, córka Juliana Fałata, była najczęściej malowanym z trojga dzieci artysty. Bardzo lubię jej portret w hiszpańskim bolerku. Niestety, dotychczas u nikogo z nas nie odkryliśmy talentu na miarę Fałata, choć Janka czasem nachodzi potrzeba malowania i bardzo dobrze radzi sobie z ołówkiem i węglem.

Czy lubiła Pani uczestniczyć w rywalizacji sportowej?

– Moje przypadłości życiowe spowodowały, że nie mam dużej odporności psychicznej. Właśnie z tego powodu jeździectwo było dla mnie właściwym sportem, ponieważ nie wymaga stawania twarzą w twarz z przeciwnikiem. W zamian trzeba natomiast borykać się z własnymi albo końskimi słabościami. Na moje nastawienie do rywalizacji ogromny wpływ miał także fakt, że urodziłam się pod koniec grudnia i w konsekwencji, jako młodziczka czy juniorka, często rywalizowałam z zawodnikami starszymi o rok. Taki okres w młodzieżowym szkoleniu sportowym lub sportach technicznych to przepaść.

Jaką dyscyplinę jeździecką uprawiała Pani na początku?

– Jako juniorka uprawiałam WKKW. Tak samo mój brat. On jednak, w odróżnieniu ode mnie, nie utrzymał się w sekcji sportowej „Stara Miłosna”. Po prostu nie przeszedł klasyfikacyjnego sita. W efekcie egzaminów jeździeckich, które przechodziliśmy co trzy miesiące, z dziewięćdziesięciorga kandydatów do sekcji sportowej wybrano jedynie czworo dzieci, w tym mnie. W sytuacji, kiedy brat chciał dalej jeździć, nasz tata zdecydował, że nie będzie dwójki dzieci wozić na te same zajęcia w dwa różne krańce Warszawy. To spowodowało, że ze stratą dla moich osiągnięć i wyników odeszłam ze „Starej Miłosnej” do innej sekcji jeździeckiej. Tam nie było już takiej możliwości rozwoju sportowego.

Czy wiązało się to z wysokimi kosztami treningów w Starej Miłosnej?

– W czasach socjalistycznych klub Legii, w tym placówka w Starej Miłosnej, należały do najbogatszych w Polsce. Za darmo trenowaliśmy i braliśmy udział w zawodach. Osoby, które spełniały wymagania klubu rzeczywiście miały fantastyczne warunki do rozwoju. Zostałam przyjęta do szkółki sportowej w 1979 r., tj. w okresie, kiedy trenowali tam tylko chłopcy. Udało się dzięki pracy mojego ojca i po zdaniu przeze mnie egzaminów wstępnych. Na zapisanych dziewięćdziesięciu zawodników byłam więc jedyną dziewczyną. Ponieważ mieliśmy do dyspozycji tylko 6 koni, wsiadaliśmy na nie na 15 minut. Nic więc dziwnego, że selekcja była szybka i po roku wyłoniono najzdolniejszą czwórkę.

Jak potoczyła się dalej Pani kariera sportowa?

– Z Legią pożegnałam się tylko na pewien czas, ponieważ pod koniec moich startów w kategorii juniorki wróciłam do „Starej Miłosnej”. Udało mi się wtedy wystartować w Mistrzostwach Polski Juniorów, których jednak nie ukończyłam. Niedługo potem rozstałam się z sekcją WKKW, ponieważ w tamtych czasach w klubie było miejsce dla sześciu seniorów i siódmego nie potrzebowali. Tym bardziej że ten siódmy to kobieta.

To właśnie wtedy rozpoczęła Pani treningi z panią Wandą Wąsowską?

 – Tak, bo z Sopotu przeprowadziła się do Warszawy i w Starej Miłosnej otworzyła sekcję ujeżdżeniową. Rozpoczęłam u niej treningi, ponieważ prezes klubu powiedział mi wprost – albo przeniosę się do pani Wandy, albo jako WKKW-istka mam zakończyć karierę w CWKS Legia. Po pewnym okresie współpracy z panią Wandą wystartowałam w Mistrzostwach Polski Młodzieży, Seniorów, a także jeździłam konkursy Grand Prix. Dodatkowo miałam tę satysfakcję, że zostałam członkiem kadry narodowej ujeżdżeniowców. Jednak nie ma co ukrywać, jeździliśmy na miernych koniach. One były do naszej dyspozycji, ponieważ albo nie nadawały się do skoków, albo do WKKW. W takich warunkach jeździłam ramię w ramię z Kasią Milczarek i mogłam cieszyć się tylko z osobistych sukcesów typu – wyszkolenia folbluta do konkursów Grand Prix.

Czy w tym okresie wyjeżdżała Pani na zagraniczne zawody ujeżdżeniowe?

– Tak, na przykład jako młody jeździec reprezentowałam Polskę na Mistrzostwach Europy w Ujeżdżeniu. Wystartowałam na koniu Rustan, który był wtedy podstawowym koniem Kasi Milczarek. To nie były jeszcze czasy prywatnych koni i pieniędzy w sporcie.

Pani córka i syn są zafascynowani WKKW. Czy dla Pani również ta dyscyplina jest koronną?

– Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego, czyli sprawdzenie umiejętności zawodników w ujeżdżeniu, skokach i krosie wyzwala w zawodnikach tak wiele adrenaliny, że tym, którzy spróbują tej dyscypliny, trudno jest zrezygnować z tego wyzwania. WKKW jest po prostu ciekawe.

Nie da się ukryć, że oprócz pociągającej różnorodności WKKW jest jednocześnie najmniej bezpieczną dyscypliną jeździecką. Państwo jesteście jej jednak bezgranicznie wierni…

 – Myślę, że wynika to z tego, że w naszym klubie nie było ciężkich wypadków, a i upadki w krosie należą do rzadkości. Dzięki naszej wiedzy, pracy, doświadczeniu i wzajemnemu wsparciu zmniejszamy ryzyko do minimum. Przykładowo – wszystkich zawodników klubu „Trawers” zaopatrzyliśmy w atestowane, najbezpieczniejsze kaski krosowe. W tym roku staram się także, aby do próby terenowej zakupić zawodnikom kamizelki pneumatyczne.

O miejscu, w którym Pani mieszka z rodziną i razem z mężem prowadzi treningi, mówi się „Trawers” albo „Paszków”… To jeden i ten sam klub?

 – Nie, to nie jest ten sam klub. To jest to samo miejsce. Pierwotnie był to Studencki Klub Jeździecki (SKJ) „Paszków”, który został rozwiązany. Na jego miejsce powstał Sportowy Klub Jeździecki „Trawers”.

I na podsumowanie naszej rozmowy jeszcze ostatnie pytanie: co uważa Pani za swój największy sukces sportowy?

– Przede wszystkim to, że kocham konie, a sukcesem są wyniki moich uczniów. Dziękuję za rozmowę.

Shopping Cart
Przewiń do góry