Skośnoocy jeźdźcy – marzenie zrealizowane po latach

Tekst: Małgorzata Odyniec
Foto: archiwum Krzysztofa Derdzikowskiego

Było to w czasie pierwszych studenckich wakacji. Krzysztof Derdzikowski dowiedział się o naborze statystów do filmu Ewy i Czesława Petelskich „Kazimierz Wielki”. Mimo słabych jeszcze umiejętności jeździeckich, skuszony wysokim wynagrodzeniem zgłosił się i został przyjęty. Sceny batalistyczne kręcono na poligonie wojskowym w Biedrusku pod Poznaniem. Został przydzielony do hordy tatarskiej. Charakteryzatorzy z blondyna w kilka chwil zrobili Tatara z czarną bródką i wąsikami, jasne włosy zakryła futrzana czapa. Odziany w worek, z drewnianą szablą i piką dosiadł konia. W trakcie kręcenia scen szarż tatarskich w pierwszych szeregach galopowali skośnoocy studenci z Mongolii. Dzięki nim zakiełkowało w jego duszy marzenie, aby pojechać kiedyś na mongolskie stepy. Później czytał jeszcze o walkach barona Ungerna1 z bolszewikami w czasie rewolucji komunistycznej w tym kraju w latach 20. ubiegłego wieku. Czasy się zmieniły, podróże są na wyciągnięcie ręki. Programy przyrodnicze jeszcze podsyciły wyobraźnię i pewnego dnia Krzysztof postanowił osobiście sprawdzić, jak żyją obecnie sławni pogromcy Azji, Europy i Afryki. Jak to możliwe, że te maleńkie koniki w przeszłości wiozły ich na swych grzbietach ku spektakularnym zwycięstwom. Podczas poprzedniej wyprawy na Syberię Mongolia była w zasięgu wzroku. Żartem powiedział córce, że kiedyś się tam wybiorą. Magda nie pozwoliła, żeby były to słowa rzucone na wiatr. Miała już 16 lat i była zaprawiona w rajdowych bojach. A czerwony pasek na świadectwie dodatkowo zmobilizował jej ojca do zorganizowania kolejnych niezapomnianych wakacji. O Mongolii nie wiedzieli prawie nic. Od poznanego rok wcześniej na Syberii Dawida Bąka dostali fantastyczny przewodnik, który stał się nieocenionym drogowskazem. Wyprawa o mały włos nie doszłaby do skutku, bo Magda złapała anginę. Wyszli jednak z założenia, że w Mongolii panuje inny klimat i z pewnością to pomoże. Znana od lat metoda leczenia klimatem pomogła i Magda pozbyła się choroby. Nie przestraszyła ich też bariera językowa, Krzysztof zna rosyjski, Magda angielski, ale i tak okazało się, że sprawne ręce, to jedyny oprócz rysunków język, którym przyszło im się komunikować w górach, na pustyni i w stepie.

Droga do Mongolii nie obyła się bez przygód. Najpierw kierowca autobusu odjechał z bagażami, zostawiając Derdzikowskich wypełniających formularze na granicy z obwodem Kaliningradzkim. Potem okazało się, że na tanie bilety lotnicze trzeba czekać do następnego dnia, a droga do Irkucka będzie wiodła przez St. Petersburg, Barnau i Nowokuźnieck. Z Irkucka kolejką elektryczną pojechali do Sljudanki nad Bajkałem. Miały stamtąd jeździć autobusy do granicznej miejscowości Mondy. – Wiedziałem już z rozmów telefonicznych z konsulatem mongolskim w Warszawie i Irkucku, że jest to przejście graniczne tylko dla Mongołów i Rosjan. Spekulowałem, że za wręczone „podarki” jednak przekroczymy granicę tym przejściem i zaoszczędzimy ok. 2000 km. Chcieliśmy dotrzeć dwa dni szybciej nad jezioro Chubsugulskie w Mongolii – pierwszy cel naszej wyprawy – opowiada Krzysztof. – Nocowaliśmy w budynku, szumnie nazywanym hotelem. Magda już wcześniej został przeze mnie przeszkolona, że nie zagląda się w kąty i pod łóżko. Nie przewraca się zbyt gwałtownie w pościeli. Po prostu kładzie się i śpi. Inaczej zawsze coś się poruszy lub coś się znajdzie, a po co? Nie narzeka się też na jakość WC, bo to jest niepotrzebne. Trzeba być szczęśliwym, że w ogóle jest. Czasem jest nawet woda. Gazety toaletowe trzeba wyrzucać nie do muszli, a do kosza obok. Tak jest bardziej ekologicznie i rury się nie zapychają – choć mniej estetycznie. To kwestia przyzwyczajenia. My jesteśmy przyzwyczajeni – kontynuuje. Następnego dnia o świcie, z przygodnym kierowcą wyruszają ku granicy. W Mond szlaban otwarty, ale napis po rosyjsku nakazuje stać i czekać. – Nakazuję kierowcy, pod groźbą uszczerbku w zapłacie, żeby jechał dalej. W młodzieńczej przeszłości zdarzało mi się „na zielono” przekraczać kilka razy takie przejścia. Może teraz też będzie OK. Kierowca jedzie pięć kilometrów na godzinę, ciągle się rozgląda i jest mocno podenerwowany. Nie udało się. Po paru kilometrach były wieżyczki strażnicze. Wyskoczył z nich poirytowany „sałdat” z wycelowanym w nas karabinem, wykrzykując, że już nas ścigają na motocyklu! Ja nikogo nie widziałem. Próbuję go obłaskawić i częstuję papierosem. Od niechcenia pokazuję także inne drobiazgi przyszykowane na takie okoliczności. „Sałdat” honorowy – nie chce palić! Sympatyczną rozmową, powołując się często na dziedzictwo braterstwa broni i wspólną walkę Polaków i Rosjan z hitlerowcami łagodzę sytuację przejazdu bez przepustek. Okazuje się, że i tak granica w sobotę i niedzielę jest nieczynna – mówi Krzysztof. Tego dnia była sobota, więc muszą wracać. Po powrocie do Sljudanki wyjechali pociągiem do granicznych Mauszek, a następnie do Ułan Bator. Tam z trudnością zdobywają trzy mapy, z których każda pokazywała co innego i była bardzo niedokładna. Dalszą drogę do Meuren pokonują samolotem. Co prawda sami Mongołowie odradzali im ten środek lokomocji, ale ryzykują, bo w Polsce nie słyszeli o wypadkach lotniczych w tym kraju. W Mongolii praktycznie nie ma dróg. Są tylko wyjeżdżone kierunki jazdy rozchodzące się promieniście od Ułan Bator w stronę stolic ajmaków. To polne, górskie i piaszczyste lub błotniste dukty. Ich liczba zależy od intensywności opadów i głębokości błota, nieraz trudnego do przejechania. W czasie deszczów dla samochodów osobowych dukty są nie do przebycia i pokonania.

Mongolia to właściwie Ułan Bator i reszta Mongolii. To kraj pięciokrotnie większy od Polski z nieco ponad dwumilionową koczowniczą ludnością. W Ułan Bator mieszka jedna trzecia obywateli. Tutaj mieści się wszystko, co wiąże się jako tako z „cywilizacją”, a nie wypasaniem bydła, końmi, krowami, wielbłądami, jakami, kozami, no i jurtami. Choć w Ułan Bator jurty także rozstawione są między blokami. W stolicy tego ogromnego kraju mieszczą się wszystkie szkoły o średnim i wyższym nauczaniu. Ułan Bator to jedyna „metropolia” na ogromnej przestrzeni. Dalej spotyka się już tylko z rzadka miasta widma. Nawet stolice ajmaków – czyli prowincji – przypominają senne wioski z krowami, owcami i kozami snującymi się po piaszczystych, nieutwardzonych ulicach. Nikomu się nie spieszy, na zegarki się nie spogląda, a czas płynie powoli. Dzień wypełnia picie herbaty i długie rozmowy. Nikt nie podrywa się rano do pracy. Ważniejsze są kilkukrotne odwiedziny sąsiadów i poczęstunek herbatą z mlekiem lub ajragiem, czyli po rosyjsku kumysem. Mongolia położona w sercu Azji między dwoma potęgami: Chinami i Rosją – wciąż niepewna swego bytu państwowego, utrwala swą niepodległość, odwołując się do potęgi z czasów Czyngis-chana. Jego skośnoocy potomkowie hołdują mu na każdym kroku. Wierzą w przepowiednie, że: „nastaną jeszcze dni wielkiej chwały”. W czasach komunizmu jego pamięć była zakazana! Jeśli się go wspominało, to tylko negatywnie. To nie tylko Żółkiewski i Napoleon jako jedyni skutecznie zdobywali Moskwę. Wojska Czyngis-chana pięciokrotnie ją grabiły i paliły. Potem przez długi czas Rosjanie płacili Mongołom daniny za utrzymanie pokoju. Taki haracz zbierali również następcy wielkiego Chana – pana świata. Czyngis-chan jest teraz wszechobecny. Na pomnikach, banknotach, bilbordach, plakatach i wszędzie, gdzie się da. Jest prawie bogiem – wprowadza nas w klimaty mongolskie Krzysztof. – My z Magdą na plecakach mamy naszyte godła Polski. Rozdajemy pocztówki z Gdynią i plakietki z naszym orłem. To są dobre wizytówki tutaj – w Mongolii. Rosjan nie wszyscy lubią, a Polacy tu pracowali i są pozytywnie pamiętani. To miłe! „Polsza” dobrze się kojarzy.

Na lotnisku spotykają polskie małżeństwo wracające do Ułan Bator. Udzielają im oni cennych wskazówek, a co najważniejsze – odstępują swego kierowcę. Młody, skośnooki, drobny Pudże znający kilka zdań po angielsku zostaje ich przewodnikiem na następne kilkanaście dni. Po około pięciu godzinach jazdy uazem, po niesamowitych wertepach, docierają do wioski Chatgal nad brzegiem jeziora Chuburskiego. Po drodze rozganiali pasące się zwierzęta. Dzięki sprawności kierowcy i instynktowi zwierząt, żadne z nich nie znalazło się na masce samochodu. Zwierzyna jest w Mongolii wszechobecna. Oprócz niezliczonej masy dzikich, jest tu ponad 25 mln zwierząt hodowlanych. Głównie są to konie (ponad 10 mln), wielbłądy i jaki tybetańskie, stanowiące środek transportu, poza tym krowy, owce i kozy. W państwie, gdzie nie ma upraw, to właśnie zwierzęta decydują o losie mieszkańców. Trzy razy do roku Mongołowie rozbierają swe jurty, pakują dobytek na drewniane wozy i przenoszą się na lepsze pastwiska. Stada zwierząt podążają za nimi, zupełnie jak przed wiekami. To koń był i jest największym przyjacielem człowieka. Dziecko zanim nauczy się chodzić, już świetnie jeździ konno. Dorośli Mongołowie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, są niezrównanymi mistrzami w jeździe. Przywiązanie Mongołów do koni graniczy z uwielbieniem. Są one są tematem pieśni i legend. Ich wizerunki ozdabiają przedmioty codziennego użytku i instrumenty. Uprząż nabijana srebrem, ozdobna kulbaka i wierzchowiec to największy skarb koczowników. Technika jazdy znacznie różni się od naszej. Laik powiedziałby, że styl jest niechlujny i nieelegancki. Jednak przemierzają oni bardzo płynnie bezkresne stepy, siedząc prawie nieruchomo w drewnianych kulbakach. W kłusie się nie anglezuje, lecz jedzie na „elastycznym kręgosłupie”. Mongoł jadąc stępa czy kłusem, często opiera się na udzie jednej nogi, wysuwając pośladki poza kulbakę. W galopie jeźdźcy stoją na zupełnie wyprostowanych nogach i rozwijają niebywałe prędkości. Tę z pozoru niebezpieczną pozycję wymusza budowa siodła. Strzemiona są długie, a łęki wysokie. Kucie koni na stepie jest zbędne, ale jechanie w góry na bosym koniu to już zaniedbanie. Nasi wędrowcy mieli okazję oglądać popękane i poniszczone kopyta koni wracających z górskich wypraw. Mongołowie kują konie tylko w czasie zimowego Nadamu, na wyścigi po skutym lodem jeziorze Chubsugulskim. Koniki są niewielkie i niezbyt urodziwe, ale to najbardziej wytrzymała rasa na świecie. Pod jeźdźcem potrafią przebyć 140 km dziennie, zadawalając się tym, co jedzą kozy. Jedzą wszystko: mech, gałązki, najdrobniejsze ździebełka. Nie wiedzą, co to owies. Cały rok, nawet w zimowe mrozy dochodzące do -45oC pasą się na stepie. Górskie, skalne i kamieniste ostępy pokonują sprawnie niczym kozice.

Hordy Czyngis-chana były m.in. takie sprawne w odnoszeniu sukcesów militarnych, gdyż nie ciągnęły za sobą taborów. Dlatego mongolskie armie były najbardziej mobilne. Bardzo szybko przenosiły się z miejsca na miejsce. Lotem błyskawicy przenoszono wiadomości i rozkazy. Ich poczta była jedną z pierwszych i najlepszych na świecie. Posłańcy posługiwali się zegarkami, co wówczas było wyjątkowe. Kilku kolejnych jeźdźców w XIII w. roznosiło wiadomości na 600-700 km dziennie! Koń jadł byle co po drodze, a prowiant dla jeźdźców, czyli paciorki suszonego mięsa, przytroczony był do kulbaki. W skórzanych torbach przewieszone było kobyle mleko, które po „wybełtaniu się” w czasie dalekich wypraw wojennych w takt kłusa przemieniało się w ajrag – kumys. Kumys to źródło białka, witamin i śladowych ilości alkoholu. Taki prowiant musiał wystarczyć w czasie przemarszów. Dziś oferowane są kuracje kumysowe. Ponoć można wyleczyć nim wiele dolegliwości.

Mongolskie konie, brzydkie, często zaniedbane, ale niezwykle dzielne, budziły naszą zazdrość. W przeszłości wraz ze skośnookimi jeźdźcami dały się nieźle we znaki Europie, Azji i części Afryki. Mongolię najlepiej oglądać z kulbaki zawieszonej na końskim grzbiecie. Wspólnie z córką Magdą także na końskich grzbietach mamy zamiar w górach szukać plemiona Cacanów, owianych tajemnicą nawet dla Mongołów. Marzymy też o spotkaniu mongolskiego człowieka gór Ałmasa. Obawiamy się go tak samo jak Mongołowie. Ze strachem, ale chcemy go napotkać. W górach Chubsugulskich spotyka się jego ślady i przejawy niszczycielskiej działalności. Może się nam poszczęści. Może go zobaczymy, mając nadzieję, że spotkanie przeżyjemy i nie staniemy się jednymi z jego ofiar – snuje opowieść Krzysztof. Pozostawiamy naszych wędrowców pogrążonych w tych marzeniach. W następnym miesiącu przedstawimy Mongolię widzianą ich oczami, już z wysokości końskiego grzbietu.

Shopping Cart
Przewiń do góry