Rodzina państwa Mickunasów Sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem

Foto: archiwum W. Mickunasa

Dziś wiem, że konie nie rodzą się „zepsute”. Jedne są bardziej wrażliwe, inne mniej. Od nas zależy, co z nich wyrośnie – to jedno ze znamiennych stwierdzeń naszego kolejnego bohatera w cyklu wywiadów „Grunt to rodzina”. Wojciech Mickunas, bo o nim mowa, także w praktyce sprawdził, że konie wybitne to konie, z którymi trudniej się pracuje niż z przeciętnymi.

Obecnie większa część rodziny Mickunasów mieszka nieopodal Gorzowa Wielkopolskiego, w miejscowości Baczyna, w uroczym miejscu, które ze względu na swoje walory w szczególności przypadło do gustu panu Wojciechowi. Nasz rozmówca pasją końską zaraził się od ojca i niewątpliwie kontynuując rodzinne tradycje sportowe, osiągnął to, czego nie udało się ojcu. Jako zawodnik klubu LZS Racot wziął bowiem udział w XX Igrzyskach Olimpijskich w Monachium (1972 r.), reprezentując Polskę w dyscyplinie Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego. Pan Wojciech, trenowany przez wybitnego trenera, jakim był jego ojciec – Jan Mickunas, odnosił na arenie krajowej duże sukcesy sportowe. Był pierwszym w historii mistrzem Polski w WKKW juniorów. Tytuł ten wywalczył podczas rozegranych po raz pierwszy mistrzostw w tej kategorii w roku 1964. Dwukrotnie, tj. w 1969 r. i 1972 r., jadąc na Dżemili i Armatorze był mistrzem Polski seniorów w WKKW. W kolejnych latach stawał jeszcze sześciokrotnie na podium. Obecnie z przymrużeniem oka mówi o sobie, że w przydomowej stajni zawiadywanej przez córkę Bognę pracuje już tylko jako doradca i fizyczny. Nasz rozmówca, obecnie prezes Stowarzyszenia Hipologicznego „Pro Hipico Bono”, w 1964 r. ukończył słynnego Marcinka (Liceum Ogólnokształcące im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, znane z wysokiego poziomu nauczania – przyp. red.). Następnie studiował na Akademii Rolniczej w Poznaniu, na wydziale zootechnicznym. W latach 1970-72 uczęszczał na dwuletnie zaoczne studia trenerskie przy Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Po ich ukończeniu uzyskał dyplom trenera, a następnie stopień „magistra od przysiadów” (to określenie pana Wojciecha) po czteroletnich studiach magisterskich.

Jak to się stało, że zamieszkał Pan w Baczynie?

– Przez wiele lat marzyłem, by „być na swoim”. Od 1991 r. jestem człowiekiem niezależnym – sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Kupiłem kawałek ziemi, na której ja i moja rodzina zapuściliśmy korzenie. Mieszkamy w województwie lubuskim, w miejscowości Baczyna, nieopodal Gorzowa Wielkopolskiego. To pierwsza wieś za miastem w kierunku Szczecina. Mieszkamy zupełnie na uboczu, pod lasem, gdzie sarny podchodzą pod okna.

Jak Państwo sobie tam gospodarzycie?

– Mieszkamy w wyremontowanym poniemieckim domu przerobionym na polski. Obok jest stajnia, w której aktualnie jest 5 koni, a w porywach było 16. Mamy kilka wybiegów dla koni i 11 h pastwisk.

Pana córki to starsza Barbara i młodsza Bogna…

– Ich narodziny przedzieliło wydarzenie, które mocno zapisało się w mojej pamięci. To były XX Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972. Młodsza córka ma syna Pawła, który skończył 10 lat i chodzi do czwartej klasy. Mieszkamy razem w Baczynie. Star- sza natomiast jest singlem i mieszka w Warszawie. Jej pasją jest muzyka, a konkretnie śpiewanie jazzu. Młodsza córka kontynuuje pasję rodzinną związaną z końmi i usiłuje z tego żyć. Z kolei związek starszej z końmi jest taki, że jest autorką tłumaczenia dwóch książek o tematyce jeździeckiej wydanych przez wydawnictwo Galaktyka.

Pana córka Bogna, choć jest mocno związana z końmi, nie kontynuowała jednak rodzinnych tradycji sportowych. Dlaczego?

– To złożone zagadnienie. Nie każdy musi być wyczynowym sportowcem. Można robić wiele innych rzeczy związanych z końmi poza sportem. Moja córka skończyła Technikum Hodowli Zwierząt w Bobowicku koło Międzyrzecza, następnie kurs instruktorów jeździectwa i kurs instruktorów hipoterapii. Obecnie prowadzi w Baczynie stajnię, w której są głównie małe konie, na których dzieci mogą uczyć się jazdy konnej. Zajmuje się także końmi powierzonymi jej opiece, łącznie z przysposobieniem młodych, niezajeżdżonych rumaków do współpracy z człowiekiem.

Czy z żoną połączyły Pana konie?

– Moja żona Zofia bardzo lubi zwierzęta, w tym oczywiście konie. Bliżej poznała je za moją sprawą.

Czy to prawda, że wśród pańskich przodków szczególną miłość do koni zapoczątkował dziadek?

– Zainteresowanie końmi zaszczepił we mnie ojciec – Jan Mickunas. A mój ojciec zaraził się z kolei od swojego dziadka. Wszystko zapoczątkował więc mój pradziadek. Mój pradziadek nazywał się Rayski i był ojcem mamy mojego ojca. Z kolei moje nazwisko – Mickunas ma pochodzenie litewskie. Nosił je mój dziadek, który był litewskim emigrantem osiadłym w Polsce. Był synem Litwina i Polki. Sam również ożenił się z Polką, czyli z panną Rayską.

Pana dziadek hodował konie?

– Tak. W tamtych czasach większość właścicieli majątków ziemskich mniejszych i większych hodowało konie dla wojska. Mój ojciec w 1914 r., kiedy miał 7 lat uczestniczył w ratowaniu czołowego ogiera w hodowli swojego dziadka. Podczas I wojny światowej koń został ukryty w drewutni przed konfiskatą przez sowieckie wojska. Boks, w którym stał, został obłożony drewnem opałowym. Mój ojciec, siedmioletnie wówczas pacholę, przez otwór pod sufitem dostarczał temu koniowi wodę i dzięki temu ogier nie trafił na wojnę.

Wpływ ojca na Pana pasję końską był więc ogromny… Przeczytałam, że Pana ojciec miał bardzo bogaty życiorys.

– Faktycznie, wystarczyłoby na kilka scenariuszy do ciekawych filmów. Urodził się w Kazimierzy Wielkiej w 1907 r. Maturę zdawał w Sosnowcu. Postanowił życie swoje poświęcić służbie wojskowej. Skończył m.in. Szkołę Podchorążych w Warszawie i Oficerską Szkołę Artylerii w Toruniu, po ukończeniu której rozpoczął służbę w 4. Dywizjonie Artylerii Konnej w Suwałkach. Po ukończeniu kursów instruktorów w Toruniu i w Grudziądzu znalazł się w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu jako członek, a następnie instruktor Grupy Sportu Konnego (odpowiednik dzisiejszej kadry narodowej). Po wybuchu II wojny światowej, na którą wyruszył z 7. Pułkiem Artylerii Ciężkiej, 20 września 1939 r. trafił do niewoli niemieckiej. Po pobycie w kilku obozach przejściowych znalazł się w obozie jenieckim Oflag II C Woldenberg (dzisiejszy Dobiegniew), z którego po zaledwie dwumiesięcznym pobycie zdołał uciec. Po ucieczce z Oflagu pracował w konspiracji w Armii Krajowej do 1944 r., aż do wyzwolenia Lublina. Aresztowany następnie przez NKWD trafił ponownie do obozu jenieckiego, tym razem sowieckiego (SpecŁagier NKWD Diagilewo, koło Riazania). Po przeszło rocznym pobycie w nieludzkich warunkach ponownie uciekł i wrócił do kraju pod przybranym nazwiskiem Karol Bojarun. Po wojnie, od maja 1947 r. (po skorzystaniu z amnestii i powrocie do nazwiska Mickunas), znalazł zatrudnienie w resorcie oświaty. Przez jakiś czas był nauczycielem w gimnazjum w Sompolnie, a następnie nauczycielem i w końcu dyrektorem Technikum Rachunkowości Rolnej w Zieleńcu pod Gorzowem Wielkopolskim. W 1960 r. zrezygnował jednak z tego stanowiska i powrócił do pracy z końmi. W związku z tym znalazł się w Stadninie Koni Chyszów pod Tarnowem, a od 1962 r. w Zakładzie Treningowym Koni Eksportowych Poznań Wola. Działał w Polskim Związku Jeździeckim. Był sędzią międzynarodowym, a także przewodniczącym Kolegium Sędziów i Trenerem Koordynatorem.

Pana ojciec osiągał w Polsce dobre wyniki sportowe w jeździectwie. Nie startował jednak w żadnych igrzyskach olimpijskich?

– Nie startował, ale był w ekipie przygotowującej się do igrzysk w Berlinie. Mój ojciec plasował się przez dłuższy czas w czołówce polskich zawodników, czego dowodem było wywalczone przez niego na Walczyku w 1934 r. wicemistrzostwo Polski w WKKW. Dość szybko jednak został szkoleniowcem. Po wojnie zbiegiem okoliczności zajął się zupełnie czym innym. Dopiero na początku lat 60. XX w. wrócił do koni, właściwie pod moją presją.

To aż niewiarygodnie, że Pana ojciec był tak wszechstronnie uzdolniony. Był wspaniałym sportowcem, pedagogiem, władał czterema językami, tłumaczył książki…

– Warto przypomnieć, że mój ojciec był autorem podręcznika do angielskiego, a ściślej mówiąc – trzech podręczników, tj. do klas piątej, szóstej i siódmej. Nosiły tytuł: „My Englisch Book”. Doczekały się aż 18 wznowień i nadal poszukiwane są na Allegro.

Pana mama…

– Urodziła się w Poznaniu. Jej panieńskie nazwisko to Budzińska. Dziadek mój – Budziński był dyrektorem technicznym fabryki papierosów w Poznaniu. Mama jako młoda osoba trafiła do Centrum Wyszkolenia w Grudziądzu, do pracy w kancelarii. Tam poznała porucznika Jana Mickunasa.

Owocem tej znajomości, a potem miłości jest tylko Pan?

– Mam starszą siostrę Katarzynę, która urodziła się 6 września 1939 r., w pierwszym tygodniu wojny. Gdy się rodziła, Toruń płonął pod bombami. Wtedy to dwie brzemienne panie, w tym moja mama, w opuszczonej przez personel klinice, nawzajem sobie pomagając, rodziły swoje dzieci.

Znalazłam informację, że tata uczył Pana jeździć na najbardziej „zwariowanych” koniach…

– Generalnie tak można powiedzieć. Kiedy rozpocząłem regularne treningi pod okiem ojca przeważnie miałem 4 konie, z którymi codziennie pracowałem. Wśród tych 4 koni zwykle jeden był tzw. koniem trudnym. To było zamierzone działanie mojego ojca. Zdawał sobie sprawę, że takie konie stawiają zdecydowanie większe wymagania i są najlepszymi nauczycielami. Sam zresztą słynął z tego, że zajmował się końmi, z którymi nikt już sobie nie radził. Przez wiele lat nie bardzo byłem z tego powodu szczęśliwy. Teraz wiem, że te konie nauczyły mnie takich rzeczy, których inne nie byłyby w stanie.

Chyba częściej lądował Pan na ziemi, w porównaniu z kolegami, którzy jeździli na bardziej zrównoważonych koniach?

– Nie było tak źle. Przez wiele lat czynnego uprawiania jazdy konnej nigdy nie byłem połamany. Pierwszy raz trafiłem do szpitala kilka lat temu po upadku z dachu budowanej wiaty.

To wręcz nieprawdopodobne, tym bardziej, że Pana konie, takie jak Giecz czy Marsel, nie były „grzecznymi” konikami i nie było łatwo utrzymać się na ich grzbiecie…

– Dawniej nie do końca wiedziałem, dlaczego czasami zachowywały się, mówiąc delikatnie, niesfornie. Dzisiaj wiem, że wynikało to z ich złych życiowych doświadczeń. Do poznania konia najpierw potrzebna jest ogólna wiedza o tych zwierzętach, a następnie przydaje się weryfikacja życiorysu konkretnego przypadku. Podobnie dzieje się z ludźmi – jeden o drugim stara się dowiedzieć jak najwięcej. Pomaga to w komunikacji.

Pana dorobek jeździecki jako zawodnika i trenera jest bardzo bogaty – starty w igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach Polski, posada trenera w znanych ośrodkach, np. Białym Borze, Drzonkowie czy Starej Miłosnej.

 – Jeśli chodzi o olimpiady, to brałem udział w trzech, a właściwie można powiedzieć, że w czterech i to w różnym charakterze. Pierwsze były XX Igrzyska Olimpijskie w Monachium (1972), w których startowałem w WKKW na Tenorze. Z tym koniem i jego późniejszymi tragicznymi losami wiąże się zresztą początek moich poszukiwań sposobów na zrozumienie końskiej psychiki. Wsiadłem na Tenora dopiero na trzy tygodnie przed olimpiadą, niewiele o nim wiedząc. W Seulu (1988) byłem trenerem polskiej reprezentacji WKKW, która zajęła drużynowo czwarte miejsce, zaraz za takimi potęgami, jak RFN, Wielka Brytania czy Nowa Zelandia, zostawiając w tyle Francuzów i Australijczyków. Ten sukces do dzisiaj nie został zresztą powtórzony. Na kolejnej olimpiadzie – w Barcelonie (1992) – byłem członkiem międzynarodowego zespołu ekspertów, który został powołany, aby wspomóc komitet organizacyjny konkurencji WKKW. Obawiano się, skądinąd słusznie, że nie mając wcześniejszego doświadczenia, Hiszpanie nie poradzą sobie z organizacją tak dużych zawodów jak WKKW na olimpiadzie. Natomiast podczas olimpiady w Sydney w 2000 r. zostałem poproszony o komentowanie imprezy na żywo. Musiało nie być najgorzej, skoro znajomi przed telewizorami byli przekonani, że jestem w Australii, a nie w studiu TVP na Woronicza.

Wydaje mi się, że metoda Pana taty – wsadzania syna na trudne konie – w obecnych czasach nie znajduje wielu zwolenników…

– Tak się dzieje i trudno się temu dziwić. Dzisiaj ludzie nie mają czasu, żeby się takimi końmi zajmować. Z drugiej strony ludzie po prostu się ich boją. W efekcie te konie, które sprawiają trudności, szybciej wysyłane są do miejsc, gdzie przerabia się je na karmę dla psów.

Coraz powszechniej stosuje się w treningu koni metody zwane naturalnymi. Czy udowodniono już, że odpowiednie zajmowanie się z końmi od źrebaka może spowodować, że dana para w sporcie będzie osiągać lepsze wyniki sportowe?

– Niekoniecznie lepsze wyniki, bo jest to uzależnione od wielu czynników, ale na pewno ułatwi to późniejsze końsko-ludzkie relacje. Należy pamiętać, że 99,9% problemowych koni to wytwór ludzi. W pewnym momencie swojego niezależnego życia próbowałem ratować takie konie, czyli przywracać je do normalności – reedukować je. Teraz już tego nie robię, bo po pierwsze jestem starszy i fizycznie mniej sprawny, a po drugie doszedłem do wniosku, że to jest trochę syzyfowa praca. Co z tego, że ja tego konia zresocjalizuję i przywrócę do normalności, kiedy on i tak potem wróci w ręce kogoś, kto zrobi to samo, co robił do tej pory i w efekcie koń znowu powróci do poprzednich zachowań.

Czy można wyciągnąć więc wniosek, że konie łagodniejsze i spokojniejsze w prowadzeniu osiągają lepsze wyniki w sporcie, np. w skokach czy ujeżdżeniu?

– Nie, to nie tak. Konie, które sprawiają ludziom problemy przeważnie tak się zachowują, bo ludzie nieodpowiednio wobec nich postępują. A z charakterami tych zwierząt trochę podobnie jest jak z ludzkimi. Wybitne jednostki zarówno w świecie końskim, jak i ludzkim nie są łagodnymi barankami. Jeśli młody człowiek jest grzeczny, układny, przytakujący i zawsze na miejscu, to pewnie wielkiej kariery w życiu nie zrobi. Zawsze się będzie mieścił na średnim poziomie.

No właśnie na Gieczu, koniu którego również Pan zaliczał do „trudnych przypadków”, zajął Pan wysokie miejsca na mistrzostwach Polski…

– Zdobyliśmy wspólnie dwa medale mistrzostw Polski. Później Giecz, sprzedany za granicę, pod nową właścicielką z powodzeniem startował w Szwajcarii.

Od kilku lat jest Pan zaangażowany w walkę o wprowadzenie zakazu stosowania rollkuru. Czy coś się w tej kwestii zmieniło?

– Niestety, niewiele, nadal jest to akceptowana w świetle przepisów metoda. Pod petycją skierowaną do Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej o wprowadzenie zakazu stosowania rollkuru podpisało się przeszło 40 tys. osób, nie można więc było zupełnie zignorować takiego głosu. Jednak FEI ograniczyła się jedynie do wprowadzenia zapisu zakazującego stosowania metod, w których siła jeźdźca działającego na konia jest stosowana dłużej niż trzy minuty. Jak niewiele to wnosi do sprawy, chociażby ze względu na brak możliwości egzekwowania takich zapisów, pokazuje rysunek, który pojawił się niedługo później: stewart obwieszony kilkunastoma stoperami, z obłędem w oczach usiłujący zmierzyć czas wszystkim jeźdźcom na rozprężalni. Należy podkreślić, że rollkur jest okrutną metodą i jako taki powinien być całkowicie zabroniony bez wprowadzania półśrodków, które niewiele wnoszą do sytuacji traktowanych w ten sposób koni. Cieszy mnie, że coraz szersze grono przeciwników otwarcie wypowiada się w tej sprawie, zwłaszcza znane osobistości świata jeździeckiego, jak Gerd Heuschmann. W ten sposób głos sprzeciwu będzie bardziej słyszalny. Wprowadzenie zakazu stosowania rollkuru to jeden z obszarów działania Stowarzyszenia Hipologicznego „Pro Hipico Bono”, którego jestem prezesem. Doktor Gerd Heuschmann przystąpił do Stowarzyszenia jako jeden z pierwszych, dając wyraz wsparcia prowadzonym przez nas inicjatywom.

Jest Pan również twórcą portalu Hipologia.pl, wyróżniającego się na tle innych stron o tematyce jeździeckiej poziomem merytorycznym, tak porad, jak i dyskusji internautów na forum. Jaka jest historia powstania portalu?

– Zaczęło się od filmu „Konie chcą nas rozumieć”. Film z kolei powstał dzięki koniowi o imieniu Atylla, który trafił przed laty do Małgorzaty Morsztyn. Ten piękny, siwy oldenburskiej rasy ogier był w bardzo złym stanie psychicznym. Podczas jazdy sprawiał duże problemy z powodu nieakceptacji kiełzna, a w stajni miewał napady frustracji, podczas których sam się okaleczał, gryząc się lub demolując kopytami boks. Starałem się pomagać Małgorzacie w opanowaniu problemu. Kastracja okazała się sposobem na wyciszenie konia i likwidację nieobliczalnych zachowań. Pozostawał ciągle problem akceptacji kiełzna. Podczas jednej z jazd, niczym pomysłowemu Dobromirowi z bajki dla dzieci, zaświtała mi myśl. Zdjęliśmy ogłowie i zastąpiliśmy je sznurkiem na szyi konia. W ten sposób prowadzony Atylla wykonał płynnie 24 lotne zmiany nogi w galopie co jedno tempo, bez żadnego protestu. Na ogłowiu nie był w stanie spokojnie wykonać więcej niż trzech. Postanowiliśmy zarejestrować „jazdę na sznurku” kamerą i pokazać innym, że tak też można. Po filmie, który dołączony był także do „Koni i Rumaków”, miałem dużą liczbę telefonów – okazało się, że jest wielka potrzeba dyskusji na temat problemów, jakie jeźdźcy mają ze swymi końmi. Tak 6 lat temu powstało forum, które było zaczątkiem stworzonego 2 lata później portalu Hipologia.pl. O poziomie dyskusji może świadczyć fakt, że przez cały czas funkcjonowania forum tylko w dwóch przypadkach byliśmy zmuszeni do zbanowania użytkownika, czyli zablokowania możliwości wypowiadania się. Zresztą wielu internautów podpisuje się imieniem i nazwiskiem pod swoimi postami, co również jest ewenementem i to nie tylko na forach jeździeckich. (Film można nadal oglądać na portalu hipologia.pl – przyp. red.).

Dla wielu koniarzy jest Pan jeździeckim autorytetem. Jak czuje się Pan w tej odpowiedzialnej roli?

– Nie byłbym szczery, gdybym nie powiedział, że to miła świadomość. Staram się dzielić swoim doświadczeniem i wiedzą, którą zresztą ciągle uzupełniam. Śledzę wpisy na forum (a staram się czytać wszystkie posty) i obserwuję, jak zmienia się świadomość forumowiczów. Na podstawie tego, co pisali i jakie mieli problemy wcześniej, a co piszą teraz, można zauważyć zmiany. Pomaganie ludziom w zyskiwaniu „koniarskiej” wiedzy to dla mnie wielka frajda. Ja na forum wolę być trochę z boku, staram się raczej inspirować i aktywizować młodzież. Na początku grudnia przyjąłem funkcję prezesa Zarządu Stowarzyszenia „Pro Hipico Bono” (dotychczas byłem prezesem honorowym). Przed nami zaplanowanie działań na nadchodzący rok. Mamy kilka ciekawych pomysłów na szkolenia hipologiczne z zakresu komunikacji ludzko-końskiej, technik jazdy konnej czy pielęgnacji końskich kopyt.

Życzymy zatem zrealizowania wszelkich planów. Dziękuję za rozmowę. Rozmawiała Olga Gajda

Shopping Cart
Przewiń do góry