Rodzina Kaliszuków Pasja z ojca na syna

Foto: archiwum rodzinne

W Przylepie wychowaliśmy wielu uczestników mistrzostw Europy i medalistów mistrzostw Polski w WKKW i skokach przez przeszkody. Kolejne trzy trzynastolatki przygotowywane są obecnie do przyszłorocznej olimpiady w WKKW. Wszystkie te osoby (poza Piotrkiem) swoje sukcesy osiągnęły na klubowych koniach, nie płacąc za treningi i starty w zawodach ani złotówki. Pokażcie mi taki klub w Polsce – mówi Krzysztof Kaliszuk, tata Piotra. Jego syn zdobył w kategorii kuców 5 medali mistrzostw Polski, Halowego Pucharu Polski czy Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. W kolejnym wywiadzie z cyklu „Grunt to rodzina” poprosiliśmy o trochę szczerości tatę i syna, czyli pana Krzysztofa i Piotra. I choć w porównaniu z poprzednio opisywanymi rodzinami jeździeckimi, ich przodkowie nie byli tak silnie związani ze środowiskiem końskim, jak np. państwo Tomaszewscy czy Mossakowscy, ta rozmowa jest niezbitym dowodem na to, jak jeździectwo pozytywnie wpływa na rozwój karier zawodowych. Po raz pierwszy Czytelnicy „KiR” mogą przeczytać rozmowę z wiceprezydentem Zielonej Góry, który ponadto w kilku jeździeckich związkach piastuje wysokie stanowiska. Ten wywiad z pewnością skutecznie przekona niedowiarków o tym, jak dobra współpraca przygraniczna i rozsądne zarządzanie może przyczynić się do wspaniałych inwestycji i powstania ośrodków jeździeckich na miarę XXI w.

KiR: Panie prezydencie, pana syn najwyraźniej kroczy pańskim śladem… Skąd u Pana pojawiła się pasja jeździecka? – Krzysztof Kaliszuk:

W VII klasie podstawówki była możliwość uczenia się jazdy konnej w ramach w-f w Drzonkowie. I tak się zaczęło. Najpierw woltyżerka, później nauka pod siodłem, a następnie jeżdżenie w Akademickim Klubie Jeździeckim w Raculce. W tym samym, gdzie kolejnych kilka lat byłem prezesem.

Czy ktoś z pana przodków – rodzice czy dziadkowie – jeździł konno?

–Tak, dziadek. Służył w 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich.

Od kiedy Pan jeździ konno?

– Od 13. roku życia.

U kogo zdobywał Pan szlify jeździeckie?

– Kiedy jeszcze uczyłem się w podstawówce i liceum, moim trenerem był śp. Janusz Zmaczyński. W czasach studenckich jego pałeczkę przejęli Krzysztof Nowakowski i Wojciech Mickunas, a następnie trafiłem do Tomasza Kowali.

Czy brał Pan udział w zawodach i z jakimi efektami?

– Startowałem głównie w Drzonkowie i Raculce. Co do moich sukcesów sportowych, to w skokach zdobyłem drużynowo brązowy medal akademickich mistrzostw Polski w Krakowie. Wywalczyłem także złoty i srebrny medal mistrzostw województwa lubuskiego w Drzonkowie.

Jakie dyscypliny jeździeckie Pan uprawiał?

– Głównie skoki przez przeszkody, ale startowałem też w WKKW.

W wielu znanych jeździeckich rodzinach przyszłe małżeństwa poznawały się właśnie przy koniach. Czy u Państwa było podobnie?

– Nie, poznaliśmy się w liceum, ale moja żona była członkiem AKJ i jeździła rekreacyjnie w Raculce. Później jeździła także w Przylepie. Warto nadmienić, że mnóstwo naszych znajomych i przyjaciół to „koniarze” z Raculki, później Przylepu i Drzonkowa. A od dwóch lat jesteśmy w Kiełpinie sąsiadami jeździeckich rodzin Kowali i Pakulskich.

Jaki żona ma stosunek do treningów Państwa syna?

– Ostrożny, widziała sporo wypadków na treningach i zawodach, szczególnie na krosie. Nigdy na żywo nie ogląda przejazdów syna. Moja żona, Joanna, jest adiunktem na Wydziale Inżynierii Lądowej i Środowiska na Uniwersytecie Zielonogórskim.

Piastuje Pan wysokie stanowiska zarówno w Lubuskim Związku Jeździeckim, Zielonogórskim Klubie Sportowym, jak i Zielonogórskim Klubie Jeździeckim Przylep…

– Jestem wiceprezesem LZJ i ZKS w Drzonkowie, ale tak naprawdę moje korzenie są w ZKJ Przylep-Lotnisko, gdzie przeprowadziliśmy się całym klubem w 1993 r. z Raculki. Do objęcia funkcji zastępcy prezydenta Zielonej Góry w grudniu 2006 r. byłem prezesem klubu w Przylepie. Od 5 lat tę ostatnią funkcję pełnię honorowo. W Przylepie jestem także w zarządzie Aeroklubu Ziemi Lubuskiej, na terenie którego funkcjonuje Zielonogórski Klub Jeździecki i Zielonogórskie Towarzystwo Hipoterapautyczne. Ostatnio dużo czasu poświęciłem pracy w komisji statutowej Polskiego Związku Jeździeckiego i mam nadzieję, że w efekcie przyjęcia nowego statutu PZJ zdecydowanie poprawi się zarządzanie związkiem. Nowy statut przedstawiony zostanie mediom na grudniowych, międzynarodowych zawodach w Poznaniu.

Chyba ciężko jest łączyć aż tyle obowiązków z byciem wiceprezydentem Zielonej Góry. W sumie może się to sprowadzić do stwierdzenia – prezydent na koniu.

– Najczęściej jest to element żartów, tak w pracy, jak i w środowisku jeździeckim, ale trzeba przyznać, że stanowisko to pomogło mi się przebić z realizowaną koncepcją modernizacji części jeździeckiej ośrodka w Drzonkowie. Dzięki mojemu doświadczeniu w zdobywaniu funduszy unijnych mamy najlepszy parkur i rozprężalnię w Polsce, a przed nami jeszcze koncepcja budowy dużej hali z zapleczem. Natomiast Przylep to dzisiaj największe na pograniczu Centrum Spotkań Polsko-Niemieckich, gdzie od kwietnia do końca października z unijnym wsparciem odbywa się ponad 20 obozów dla dzieci i młodzieży oraz osób niepełnosprawnych, całkowicie bezpłatnych dla ich uczestników. Poza tym całoroczne jazdy klubowe i szkółkowe oraz hipoterapia – również od lat nieodpłatna.

Które konie były Pana ulubionymi?

– W czasach studenckich to był Altman xx wyhodowany w Racocie. Mierzył tylko 152 cm wzrostu, ale też i tyle udało mi się na nim kiedyś skoczyć. Później w latach 2001-2004 to była klacz nn – Lotta, której szybkość i ochota do skoków była w Drzonkowie już przysłowiowa. Do dzisiaj służy do rekreacji w Przylepie.

Czy często jest Pan sędzią na zawodach jeździeckich?

 – Na sędziowanie mam teraz coraz mniej czasu, ponieważ podczas zawodów zajmuję się najczęściej ich organizacją. Poprzednio często byłem sędzią (po uzgodnieniu z Tomkiem Kowalą) kilku przeszkód na krosie w Drzonkowie. Przez wiele lat nie miałem oficjalnie licencji sędziowskiej, ponieważ w czasach studenckich bardzo konserwatywna pani w Leszczyńskim Związku Jeździeckim odmówiła mi wydania legitymacji sędziowskiej ze względu na zbyt długie włosy (miałem je do ramion). Dopiero kilka lat temu, po wielu latach bojów z Kolegium Sędziów przy PZJ, przysłano mi tę legitymację.

Jak wygląda Pana praca jako instruktora jeździectwa?

– Od wielu lat społecznie prowadzę jazdy skokowe w Przylepie. Tam wychowaliśmy wielu uczestników mistrzostw Europy i medalistów Mistrzostw Polski w WKKW i Skokach przez Przeszkody. To m.in.: Daria Kobiernik, Maciej Hes, Maciej i Małgorzata Haręzga, Joanna Skibińska. W przypadku skoków – do tej grupy zalicza się mój syn Piotr. Cała ta szóstka trafiła później do szkoły mistrzostwa sportowego w Drzonkowie pod rękę Tomasza Kowali, którego ostatnio wspiera też Jurek Gontowiuk. Jeśli chodzi o treningi w Drzonkowie, to częściowo zastępuję Tomka w weekendy, kiedy jest on na zawodach lub zgrupowaniach.

Panie Krzysztofie, słynie Pan również z tego, że jest pomysłodawcą i organizatorem polsko-niemieckich zawodów.

– Jesteśmy regionem, w którym trudno jest znaleźć sponsorów. Jednocześnie dzięki naszemu położeniu w euroregionie „Sprewa-Nysa-Bóbr” możemy dostać dofinansowanie unijne na organizację zawodów, obozów i konsultacji. I z tego korzystamy przy pomocy pozostałych zaangażowanych członków zarządu Lubuskiego Związku Jeździeckiego (głównie Nemezjusza Kasztelana oraz Olafa Marona). Choć nie jest to łatwy pieniądz, bo jego pozyskanie wymaga przestrzegania wielu obostrzeń i reguł, a przede wszystkim rzeczywiście partnerskiej współpracy z Niemcami. Nie byłoby jednak tak dobrych efektów, gdyby nie wielkie wsparcie dyrektora, który jest najlepszy w historii ośrodka w Drzonkowie. To pan Bogusław Sułkowski, jednocześnie dyrektor Lubuskiej Federacji Sportu.

Parę miesięcy temu pisaliśmy już o wspaniałych inwestycjach dotyczących jeździectwa, które są tym większym sukcesem dla koniarzy, że zostały zrealizowane za unijne dofinansowanie. A inne lokalne przedsięwzięcia, które pomagają tutejszemu jeździectwu?

– Na lotnisku w Przylepie ze środków zewnętrznych wybudowano hotelik, pokoje gościnne i mieszkania służbowe. Ponadto fundusze te posłużyły także na: rozbudowę restauracji, wybudowanie hali jeździeckiej ze stajnią oraz mały kryty basen i boisko sportowe ze sztuczną nawierzchnią. Dodatkowo zmodernizowano infrastrukturę drogową i lotniczą. Natomiast w ośrodku w Drzonkowie unijne i krajowe dofinansowanie pozwoliło zmodernizować halę jeździecką, wybudować najnowocześniejszy w Polsce parkur z rozprężalnią i widowniami, który dostosowany jest do rozgrywania zawodów przy sztucznym świetle. Zmodernizowano także hotel i domki noclegowe, kryty basen i odnowę biologiczną oraz 2 hale sportowe. Ponadto wybudowano nowy 50-metrowy kryty basen połączony z małym, otwartym. Obecnie mamy projekt budowy nowego Domku Klubowego na ponad 100 osób (realizacja 2013-2014), a także przygotowujemy koncepcję budowy dużej hali z widownią, którą zrealizujemy w nowym rozdaniu środków unijnych, tj. w latach 2014-2015. Specjalnie mówię nie tylko o inwestycjach stricte jeździeckich, ponieważ w tego typu ośrodkach trzeba dbać o całą infrastrukturę, bo dopiero wówczas przyniesie to efekt. Przeprowadzone inwestycje już spowodowały, że w tym roku w Drzonkowie odbyły się udane Mistrzostwa Świata Juniorów w Pięcioboju Nowoczesnym, a w następnym będą Mistrzostwa Świata Juniorów. Być może w 2013 r. doczekamy się u nas Mistrzostw Europy Juniorów i Młodych Jeźdźców w Skokach przez Przeszkody. I nie jest tajemnicą, że infrastruktura towarzysząca zawodom będzie mieć w przyszłości coraz większe znaczenie. To ona spowoduje, że na zawody będą przyjeżdżać całe rodziny, a nie tylko zawodnicy z trenerami.

KiR: Piotrze, od kiedy jeździsz konno?

– Już od 3. roku życia. Wtedy tata uczył mnie jeździć. W wieku 8-12 lat trenowałem w Zielonogórskim Klubie Jeździeckim w Przylepie, gdzie opiekowali się mną zarówno tata, jak i pan Olaf Maron. Z kolei od 13. roku trenuję w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Drzonkowie pod okiem trenera Tomasza Kowali.

Czy na obecnym Twoim rozwoju sportowym tata nadal pomaga ci trenersko?

Tak, tata do dzisiaj zastępuje trenera, jak jest on z innymi jeźdźcami na zawodach i zgrupowaniach WKKW oraz pomaga mi przy pracy z młodymi końmi.

Ile czasu poświęcasz na treningi?

– Codziennie 4 godziny, a szczególnie dobrze jeździ mi się w niedziele. Wtedy po prostu jest najmniej koni na hali czy parkurze.

Iloma końmi obecnie dysponujesz?

– W sumie czterema, ale trzeba zaznaczyć, że dwa z nich są współwłasnością pana Jana Ludwiczaka, prezesa Agro-Handel Śrem. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Które ze swoich wyników sportowych traktujesz jako Twój największy sukces?

 

– Niewątpliwie udział w finale mistrzostw Europy 2008 w Szwajcarii, podczas którego na kucu Bolero zająłem 25. miejsce. Ponadto zdobyłem dwa złote medale finałów Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w 2006 i 2007 r., a także srebrny medal mistrzostw Polski w 2007 r. W ramach rywalizacji HPP rok 2007 zakończyłem zdobyciem złotego medalu, a 2008 r. – srebrnego. Z kolei na dużych koniach, a dokładnie na Pokorze, wywalczyłem dotychczas 1. miejsce w Międzynarodowych Zawodach Młodzieżowych CSI U25 w Neubeeren w 2010 r., w 2011 r. zająłem 6. miejsce w HPP w kategorii młodych jeźdźców, natomiast niedawno uplasowałem się na 4. miejscu w Grand Prix Forst S** 2011.

Twój wynik w Grand Prix Forst został odebrany jako rzeczywiście udany start. Opowiedz coś więcej o tych zmaganiach…

– To największe zawody na pograniczu polsko-niemieckim, w których od kilku lat każdorazowo startuje kilkadziesiąt polskich koni. W tym roku jako jedyny Polak zakwalifikowałem się do rozgrywki Grand Prix na wysokości 145 cm. Na tym etapie przegrałem czasem jedynie z Mynou Diederichsmeier, znaną niemiecką zawodniczką oraz Anglikiem – Roberdsonem.

W jakich zawodach planujesz wystartować w najbliższym czasie?

– Po szczęśliwym wyleczeniu kontuzji Pokory, która jej doskwiera od końca maja br., chcę wziąć udział w Grand Prix Forst – kwiecień 2012 r., następnie w Międzynarodowych Zawodach Młodych Jeźdźców w Drzonkowie, które odbędą się w maju 2012 r. W następnej kolejności przyjdzie pora na mistrzostwa Polski młodych jeźdźców w lipcu 2012 r. Moje plany startowe mają prowadzić do zrealizowania głównego celu najbliższej przyszłości, czyli startu w Mistrzostwach Europy Młodych Jeźdźców w 2013 r.

Czy w natłoku startów znajdujesz czas na wakacje z prawdziwego zdarzenia?

– Przeważnie rokrocznie spędzam dwa tygodnie z rodziną nad morzem, choć nie zawsze się to udaje. W pozostałym wolnym czasie trenuję w Drzonkowie, a niekiedy trochę czasu wakacyjnego przeznaczam na jeżdżenie swoich i młodych koni w Wałowicach koło Gubina, u boku mistrza Polski Mściwoja Kieconia.

Jak udaje Ci się łączyć tak intensywne uprawianie jeździectwa z nauką? Jesteś absolwentem I Liceum Ogólnokształcącego im. E. Dembowskiego.

– Dotąd udawało mi się to nie najgorzej. Teraz zacząłem studiować architekturę na Uniwersytecie Zielonogórskim i parę nocek już zarwałem przy rysunkach i geometrii wykreślnej. Co do skończonego przeze mnie ogólniaka, to jest to najlepsze w województwie liceum. Uczyłem się tam w klasie o profilu matematyczno- fizycznym. Łatwo nie było, ale maturę zdałem bez problemów.

Jakie masz plany na przyszłość? Pozostaniesz przy jeździectwie?

– Chcę skończyć studia i mieć czas na kontynuowanie kariery jeździeckiej.

I jeszcze ostatnie pytanie, czy Twoja siostra Karolina też jeździ konno?

– Tak, moja siostra, która obecnie studiuje medycynę w Poznaniu, jeździ konno. Jest to jednak dla niej wyłącznie rekreacyjną przygodą.

Rozmawiała Olga Gajda

Shopping Cart
Przewiń do góry