Nie lubię tresury

Z aktorem Markiem Frąckowiakiem rozmawia Inka Wieczeńska.

Foto: Inka Wieczeńska

Mija 40 lat Twojej prac y aktorskiej.

– Udaje mi się utrzymać z tego zawodu. Myślę, że to duży sukces.

Żona również jest aktorką?

–Wspaniałą aktorką. Ewunia Złotowska to wielka kobieta w małej posturze. Najczęściej kojarzona z udzielaniem dubbingowego głosu Pszczółki Mai. Przyjazny stosunek do zwierząt zbliżył nas do siebie. Obydwoje zakochani jesteśmy we wszystkich zwierzętach, nie wykluczając zaskrońców czy kretów. Kiedy na działce pojawiły się krety, Ewa zabroniła używać jakikolwiek radykalnych rozwiązań. Stosowaliśmy jedynie naturalne odstraszacze i czarne stworzonka wyniosły się same. Ewunia jest autorką wzruszającej, pełnej ciepła książki o zwierzętach „Największe miłości świata”. Pisała ją, leżąc w szpitalu po ciężkim wypadku. To lektura o wzajemnej miłości różnych istot żyjących na świecie.

Pod Warszawą macie swoją Arkadię ze sforą zwierząt.

– W genach mam więcej zapachu pól i lasów niż betonu i miejskiego kurzu. Mamy ogród, sad i dużo zwierząt. Są koty, psy, zaskrońce, oswojone kaczki i sarenki.

A konie?

– W bardzo niedalekiej odległości. Konie są w sferze moich zainteresowań. W zaprzyjaźnionej stajni trzymam swojego rumaka. W każdej wolnej chwili mogę sobie wrzucić siodło i pojeździć. Jednak coraz rzadziej mi się to udaje.

Razem z żoną jeździcie konno?

– Konie dla niej są za duże. Razem jedynie jeździmy do Zakrzowa na Mistrzostwa Gwiazd. Staram się przynajmniej raz w roku uczestniczyć w zawodach. Jest to jedyne miejsce, gdzie adrenalina współzawodnictwa zawodowego i sportowego schodzi na dalszy plan. Jest możliwość porozmawiania bez puszenia się i zadęcia. Nikt się nie sili na wytworne kreacje.

Czyżby? Często widuję Cię we fraku.

– Nieskromnie przyznaję się do współudziału w tworzeniu tych Mistrzostw, a to zobowiązuje. Tam jest jak podczas gonitwy Royal Ascot w Anglii. Wszystko związane z anturażem i tradycją końską. Najważniejsza jest wspólna zabawa.

Kto Ciebie zaraził miłością do koni?

– Miałem 5 lat, kiedy tata wsadził mnie na konia. Nie chciałem z niego zejść i tak już zostało. Chody końskie były naturalne z moją ergonomiką.

W światku koniarzy jesteś znany z ujarzmiania koni.

– Ujarzmiania? Bardzo złe słowo. Nie lubię tresury.

To może zaklinacz?

– Bardziej adekwatne jest dogadywanie się. Zawsze na uwadze mam stare porzekadło: „Gdyby koń wiedział, jaki jest silny, to człowiek nigdy by na niego nie wsiadł”. Staram się zatem zawsze stwarzać taką sytuację, aby ten kontakt był przyjemnością, zarówno dla konia, jak i dla mnie. Nie można robić nic na siłę. Konie są bardzo pamiętliwe. Często niezasłużony bat czy wymuszanie posłuszeństwa powoduje opór i agresję. Nie rozumiem tych jeźdźców, którzy używają przemocy. Baty, czarne wodze, ostrogi czy pętanie kopyt jest mi obce. Z koniem trzeba znaleźć wspólny język.

Dzisiaj o naturalnych metodach mówi się coraz częściej. Chociażby zbrosławicka inicjatywa „Myśląc o koniu”.

– Na szczęście koniarzy myślących podobnie spotykam coraz częściej. Musi nastąpić porozumienie. W jednym z podwarszawskich AKJ-ów był koń, który kopał i gryzł. Nie było mowy o wejściu pojedynczo do boksu. Wchodzili we dwóch, żeby w razie potrzeby wyciągnąć ofiarę. Nie umieli sobie poradzić i chcieli się konia pozbyć. Nie zapomnę, kiedy wchodziłem pierwszy raz do niego. Rzucił się do mnie z wyszczerzonymi zębami. Lekko się cofnąłem, ale stanąłem. Zacząłem łagodnym głosem przemawiać: „O co ci chodzi?”. Nie wykonałem żadnego raptownego ruchu. Nie uderzyłem go. Zbliżył się ponownie do mnie, ale wyhamował przed samą twarzą. Kiedy pogłaskałem go po chrapach, zdębiał. Wiedziałem, że już jest mój.

Możliwe, że nikt nie próbował go obłaskawić?

– Ludzie się bali. Został odebrany właścicielowi, który go kopał, bił i okładał widłami. Koń wyczuwa podejście człowieka. Nabył odruchu bezwarunkowego. Wchodzi człowiek, będzie walka.

Każde zachowanie ma źródło w przeszłości.

– Koń wymaga uwagi. Kiedy się na niego wsiada, nie należy jej wyłączać. Trzeba być cały czas w kontakcie. Koń zarówno wysyła, jak i odbiera od nas sygnały. Ucho jest termometrem zachowań. Trzeba patrzeć na końską głowę i kierunki skrętów. Można wyraźnie wyczuć, jak przy niebezpieczeństwie koń się spina. Kiedy jest wszystko w porządku, jest rozluźniony. Nie można też przesadzać z delikatnym podejściem do konia. Trzeba być zdecydowanym. Jeździec musi wiedzieć, czego chce od konia. Zwierzę bardzo chętnie się poddaje. Nawiązuje się cudowna współpraca. Nie ma nic przyjemniejszego na wszelkie stresy, bolączki i na przeziębienia.

Na katar też?

– Oczywiście. Jeżdżę bez względu na pogodę. Ta energia, która przepływa przez jeźdźca i konia, jest tak radosna, twórcza i mobilizująca, że giną wszelkie zakatarzenia. Konie ogromnie doładowują człowieka, a to jest dobre na wszystko.

Dziękuję za rozmowę.

Shopping Cart
Przewiń do góry