Bagielka traktowała mnie jak swoje źrebię

Z aktorem Emilianem Kamińskim rozmawia Inka Wieczeńska.

Foto: Inka Wieczeńska

Jest Pan aktorem, reżyserem teatralnym, filmowym, musicalowym, wokalistą, pisarzem. Ogromna wszechstronność artystyczna.

– Należę po prostu do ludzi, którzy pracy się nie boją. Lubię podejmować różne wyzwania. Nie należy też przesadzać, że jestem szczególnym fachowcem. Wykonuję te rzeczy, bo one pozwalają mi utrzymać rodzinę, moich pracowników i teatr. Nigdy nie miałem tak dużo propozycji jako aktor, abym mógł przebierać. Nawet było odwrotnie. Trzeba było niejednokrotnie pisać samemu scenariusze dla siebie, reżyserować, być menedżerem. Stale musiałem udowadniać, że coś umiem i że do czegoś się nadaję.

Po 35 latach aktywnej pracy twórczej otwiera Pan własny Teatr Kamienica.

– Sam tego nie zrobiłem. Wielu ludzi pomagało. Wiele funduszy było zaangażowanych, za co dozgonnie jestem wdzięczny. Faktem jest, że sam sobie wymyśliłem ten teatr i wierzyłem, że powstanie.

I udało się dzięki Pana determinacji?

– Mam taki zwyczaj – doprowadzać do końca wszystko, co zaczynam. Jestem po prostu dość uparty. Nie poddaję się. Jednak gdyby nie pomoc wielu światłych i życzliwych ludzi, to nie miałbym szans.

Te sukcesy są niewątpliwie skutkiem Pana wyjątkowej energii. Przyciąga Pan do siebie nie tylko ludzi, ale siekiery czy młotki…

(Śmiech) Rzeczywiście przyciągam nie tylko metale, także i inne przedmioty niemetalowe. Posiadam podobno takie cechy energetyczne, które powodują wytwarzanie pola magnetycznego. Wydaje mi się też, że umiem w jakiś sposób porozumiewać się ze zwierzętami i roślinami. Kiedy będę miał biedę w aktorstwie, to zaangażuję się do cyrku. (Śmiech)

 Posiada Pan rzadko spotykane zdolności.

– Nawet miałem być bioterapeutą. Nie chciałem się w to bawić, bo zbyt mocno eksploatuje człowieka. Bóle, które ludzie mieli, przyjmowałem na siebie i to wcale nie było zabawne. Stawało się kłopotliwe. Zaletą jest mój kontakt ze zwierzętami czy roślinami. Mam przykłady dziwnego zachowania najróżniejszych zwierząt wobec mnie: koni, psów, kotów czy gołębi, a nawet tych dzikich. Traktują mnie czasem jak „swojego”. To dziwne.

Z roślinami jest podobnie?

– Mam rzeczywiście tzw. zieloną rękę. Wyczuwam rośliny. Całe życie mam z nimi jakiś układ. Przyznaję, że czasem rozmawiam z drzewem, jakby było moim kolegą czy koleżanką. Ludzie się śmieją i uważają mnie za nawiedzonego. Trudno, niech się śmieją, ale ja naprawdę to czuję, bo to moi bliscy.

Tymi zagadnieniami zajmuje się biologia molekularna?

– Niedawno usłyszałem o poznańskich biologach. Udowodnili, że rośliny czują, myślą i pamiętają. Potwierdzałoby to moje odczucia.

Świetnie „czaruje” Pan też konie.

– Pracując w 1972 r. w Ochabach jako masztalerz, rzeczywiście miałem ciekawe spotkania istot zbieżnych ze mną, czyli koni. Klacz o imieniu Bagielka była wyjątkowa i traktowała mnie jak swoje źrebię. Bardzo reagowała na mnie, gdy się pojawiałem. Któregoś razu, pełniąc dyżur, zasnąłem u niej w boksie. Rozłożyłem się na wznak. Pomieszczenie było małe, więc ona nie miała gdzie stać. O świcie trykała mnie nosem, abym się obudził. Kiedy otworzyłem oczy, leżałem pod jej brzuchem, a ona wpatrywała się we mnie z troską tymi swoimi kosmicznymi oczami. Nie nadepnęła mnie. Myślę, że miałem z nią jakieś telepatyczne porozumienie. Nie znam języka konia, ale wydaje mi się, że dużo rozumiałem. To była bardzo wyjątkowa klacz.

Zgłaszając się do stadniny końskiej w Ochabach, nie jeździł Pan jeszcze konno. Skąd tyle determinacji, aby podjąć pracę masztalerza?

– Oszukałem ich. Nie miałem zielonego pojęcia, jak się jeździ, ale czułem, że potrafię. Mentalnie jeździłem. Kiedy wsiadłem na konia, nie pomyliłem się. Objechałem cały parkur. Pokazałem galop i zatrzymanie. Najśmieszniejsze było to, że i koniowi to bardzo pasowało. Wcześniej jazdę sobie tylko wyobrażałem. To są pewnie jakieś „małpie” zdolności.

I tak zdobył Pan pracę kwalifikowanego masztalerza?

– Kiedy mnie przyjęli, przyznałem się, że pierwszy raz siedziałem na koniu. Nie chcieli uwierzyć. Najpierw pracowałem w Ochabach, potem w innych stadninach. Często zastanawiałem się nad moimi kontaktami z końmi. Któregoś razu nawet zrobiłem doświadczenie. Pamiętam, przyjeżdżały do nas dzieci z porażeniem mózgowym. Wybrałem ostrego wałacha z wyścigów, który jak wyczuł, że się jeździec boi, dawał z zada. Posadziłem na nim chore dziecko, oczywiście mocno je osłaniając.

A ono się nie bało?

– Nie. To było bezbronne dziecko. Zachwycone. Ono już kochało tego konia za to, że na nim siedziało. Koń momentalnie zmienił się w „masło”. To potwierdziło moje przypuszczenia. Później zaprzyjaźniony psycholog potwierdził, że konie są psychotelepatami.

Czy Pan też posiada telepatyczne zdolności?

– Myślę, że tak, ale nie takie, jakie mają konie. Kiedyś kolega chciał mi sprzedać czystej krwi araba za psie pieniądze. Zastanowiło mnie to i poszedłem zobaczyć. Wspaniały koń, ale kiedy się przybliżyłem do niego, od razu poczułem, że z koniem jest coś nie w porządku. Był kompletnie „rozwalony”. Nie trzeba było mojej telepatii.

A co się okazało?

– Facet zwiedziony mamoną, wynajął konia na miesiąc rodzinie z Kanady. Matka, ojciec i troje dzieci zaczęli z tym koniem hulać. Musieli go krzywdzić, ostro traktować i bić. Koń zmienił się całkowicie.

W tak krótkim czasie?

– Konie to zwierzęta obdarzone wielką wrażliwością. Miesiąc wystarczył, aby ten arab diametralnie się zmienił. Oczywiście między końmi też zdarzają się chamy. Takiemu sam kiedyś przylałem. Pamiętam, mieliśmy ogiera o imieniu Pietuszok, który odgryzał palce.

Czyżby brakowało Panu któregoś?

– Mam wszystkie, ale moi koledzy nie mieli. Ostrzegali mnie przed nim. Koniuszy mówił, aby nie żałować ani ręki, ani nogi. Pietuszok nie korzystał z poidła. Trzeba było go poić z wiadra. I to była bieda. Tak chwytało się wiadro, aby nie mógł dosięgnąć ręki. Łapczywie pił, ale w pewnym momencie ugryzł mnie poniżej pachy.

Chciał Pan pokazać nad nim przewagę?

– Weterynarze i koniuszy zawsze uczyli mnie, że koń musi poczuć pana nad sobą. Nie wolno bić, ale jak zaatakuje, to trzeba mu oddać. Natychmiast wymiękł. Pietrusza jak mnie potem tylko widział, natychmiast usuwał zad i rżał przepraszająco. Już mi nigdy nic więcej nie zrobił. Kiedy zwierzę jest agresywne, trzeba zareagować agresją.

Czy już spełniło się Pana marzenie o koniku w zagrodzie?

– Moja stajnia na dwa konie stoi od 15 lat pusta. Żona Justynka bardzo się boi koni i muszę to uszanować. Chciałem kupić chociaż kucyka. Lubię szetlandy… Bajkowe kuce… hmm.

A Pana dzieci jeszcze nie jeżdżą konno?

– Dziecko może zacząć jeździć dopiero po 12. roku życia ze względu na uwapnienie kręgosłupa. Dziewczynki generalnie nie powinny w ogóle jeździć na koniu, żeby podczas anglezowania nie uderzać w łęk. To dlatego wymyślili kiedyś damskie siodła, żeby uderzenie było na uda, a nie w łono. Zawsze się śmiałem z kłusa anglezowanego. Nigdy tak nie jeździłem. Wszystko biorę na brzuch. To jest rodzaj anglezowania zdecydowanie lepszy dla konia. Szczerze mówiąc, wolę patrzeć na te wspaniałe zwierzaki i przebywać z nimi. Zwierzęta i rośliny są mi bliskie i jak się okazuje – z wzajemnością.

Dziękuję za rozmowę.

Shopping Cart
Przewiń do góry