Nie miałem wyjścia

Z Jerzym Lipkowskim, zwycięzcą rankingu WKKW Polskiego Związku Jeździeckiego w kategorii młodych jeźdźców, rozmawia Małgorzata Odyniec.

Foto: Małgorzata Odyniec

Skąd wzięło się u Ciebie zainteresowanie końmi?

– Cała moja rodzina jest z nimi związana. Mama Ewa Husarska startowała w WKKW, a ojciec Edward Lipkowski jeździł steeple. Właściwie to tato zaraził mnie miłością do koni, ale tak naprawdę to jestem końmi obciążony genetycznie. Najpierw jeździłem na kucyku. Był taki Punio, straszna wredota. Na początku, dobre cztery lata, jeździłem skoki, zawody regionalne. Najpierw na Puniu, a potem na Nokii i Rokoszu. Nokia to był mój pierwszy koń, potem doszedł Rokosz. Było też kilka epizodycznych koni, np. Rangers, którego potem kupił od nas Orłoś. Zaczynałem u taty, w Gałęźnej. Na początku tylko w weekendy, do szkoły chodziłem tu, w Trójmieście, bo mieszkałem z mamą. Poza tym w tygodniu trenowałem piłkę nożną, tenis ziemny i stołowy, więc 5 dni w tygodniu byłem tutaj, a w weekendy jeździłem do ojca lub na zawody. Szczerze mówiąc, to tata mnie zmuszał do jazdy, bo ja wolałem piłkę, tenis. Teraz już bardziej mi się chce jeździć, choć czasami to też nie tak do końca. Generalnie jednak jestem mu wdzięczny za to zmuszanie, bo nie widzę dla siebie innej przyszłości niż konie.

A masz jakieś szczególne wspomnienia z tego okresu? Na przykład pierwszą jazdę?

– Swojej pierwszej jazdy nie pamiętam. Znam tylko opowieści mamy, jak wskakiwałem z płotu na konie na padoku. Było parę niebezpiecznych sytuacji, ale udało się wyjść z nich cało.

To jednak ciągnęło Cię do koni.

– Ja cały czas byłem związany z końmi. Budziłem się rano i z okna widziałem pasące się konie. A nie chciałem jeździć pewnie z przekory, bo rodzice ciągle naciskali.

A WKKW?

– Pierwsze zawody WKKW jechałem w ośrodku Wioli Niczyporuk, w Salinie, na Rokoszu. Były to eliminacje do Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. Drugie zawody to był finał OOM w Warszawie. Tam zobaczyłem ogłoszenie o naborze do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Drzonkowie. Zainteresowało to nas i tato mnie tam wysłał. Byłem tam rok, ale rodzice woleli jednak mieć kontrolę nade mną i ściągnęli mnie do domu, a właściwie do szkoły w Białym Borze. Starty w juniorach zacząłem właśnie tam.

Jak wspominasz pobyt w Białym Borze?

– Pobyt w Technikum Hodowli Koni to trudny okres. Ciężko było pogodzić treningi z nauką w szkole. Na szczęście udało się. Zdałem maturę i egzamin zawodowy. Szczerze mówiąc, to z hodowli koni niewiele się uczyłem, więcej wiedzy brałem z życia. THK potrafi jednak przygotować do zawodu. Szczególnie dobre zajęcia prowadzi pan Paweł Langkafel. Zawodowe przedmioty są na dobrym poziomie. Do reszty nie przykładałem zbyt dużej wagi. Szkoła to nie jest mój mocny punkt. Bardzo dobrze wspominam współpracę z panem Kamilem Rajnertem. To dzięki niemu zdobyłem ten brązowy medal. Myślę, że coś tam od niego wyciągnąłem na przyszłość.

Kamil to nie był Twój jedyny trener?

– Tak, głównie jednak trenowałem z rodzicami. Od zeszłego roku zacząłem trenować ujeżdżenie z panią Marleną Rucińską na Nokii i panią Gosią Pawłowską na Rokoszu. Krosy trenowałem z ojcem, skoki i trochę ujeżdżenia z mamą, ale teraz jeżdżę z panem Rafalakiem. Jednak treningi z rodzicami to nie jest najlepsze rozwiązanie. Ciężko się dogadać. Stwierdziliśmy z panią prezes, że lepiej będzie, jeśli rodzice będą mieli nade mną jakiś ogólny nadzór, a trenować będę z kimś innym. Teraz mam cztery konie.

Nokia, Rokosz, Jurand i który czwarty?

– Rani, półsiostra Rokosza. Ona ma z siedem lat, ale była późno zajeżdżana i jest trochę wrażliwa, więc trzeba z nią pracować powoli. Wydaje mi się, że to będzie mój najlepszy koń.

Jak to? Tato planował przecież, że Londyn 2012 pojedziesz na Jurandzie…

– (Śmiech) Nie, nie, nie. Ja sobie tego, szczerze mówiąc, nie wyobrażam. Wolę półsiostrę Rokosza, ona jest taka elektryczna, czuła na łydkę, pewniejsza w skokach.

To był Twój ostatni sezon w kategorii młodych jeźdźców?

– Nie, teraz będzie ostatni, ale w planach mam też start w Białym Borze, w mistrzostwach seniorów. Tylko nie wiem, jak to będzie, bo tydzień wcześniej mam zawody w Niemczech i koń będzie przez ten czas chodził tak sobie, pod kimś innym. A jednak na Rokoszu trzeba jeździć porządnie, bo inaczej mu palma odbija. W planach mamy Mistrzostwa Polski Seniorów, Młodych Jeźdźców i Mistrzostwa Europy w Szkocji. To są główne starty w tym roku.

Skoro jesteśmy już przy MPS, jak wspominasz swój debiut w 3*?

– Najlepiej z krosów na Rokoszu jechało mi się te 3*. Ale cóż, wyłamanie i później ten mój błąd. Przez ten stres wszystko mi się pomieszało i zapomniałem trasy. Przyzwyczajony byłem, że po tej Dziurze Orłosia jechało się na wprost i tak jakoś wyszło…

A czemu właśnie WKKW?

– Nie ciągnie mnie do skoków. Wolę WKKW. Zwłaszcza kros. Ta adrenalina… Ciągnie mnie do tych ekstremalnych wyzwań, a nie tylko parkury i parkury. Jeździsz w kółko, ciągle widzisz tylko drągi, które spadają. Niczego się nie trzeba bać. Nie ma tej takiej przestrzeni i wolności. W krosie jedziesz, czujesz szybkość, adrenalinę, ten przysłowiowy wiatr we włosach. To mi pasuje. Zawody skokowe dużo mi jednak dały. Dzięki nim wyrobiłem w sobie taką waleczność na parkurze. Wygrywałem nawet konkursy potęgi skoku. Nawet raz byłem na ogólnopolskich zawodach w Nowej Wiosce.

Poza końmi, co robisz?

– Teraz studiuję na AWF-ie, ale chyba nie skończę tego semestru. Nie przyznano mi indywidualnego toku studiów, a przy czterech koniach ciężko jest to pogodzić. Myślałem o studiach w systemie zaocznym, ale niestety w tym roku było za mało chętnych i nie otworzono kierunku. Chcę zacząć raz jeszcze w przyszłym roku.

Zdradzisz kulisy życia prywatnego?

– Teraz mam dziewczynę. Startuje w zawodach regionalnych w skokach. Chce się w końcu dostać na Akademię Medyczną, więc się dużo uczy. Teraz mieszkam tu, na Hipodromie, rodzice nie ingerują za bardzo w treningi. I to chyba tyle z tych kulis.

Masz czas dla siebie?

– Czasami urwę się na kilka dni. Ale generalnie cały rok siedzę w stajni. Tutaj na szczęście ludzie starają się mi pomóc. Wsiądą na jakąś luźniejszą jazdę. Jednak przeważnie, jak wrócę ze szkoły, to siedzę tu do godz. 21. A jak już tu mieszkam, to cały czas jestem z końmi. Chętnie bym wrócił od czasu do czasu do tenisa. Ale nie ma na to czasu. Latem to tylko treningi i zawody na okrągło.

Twój tato ma tajny system podmieniania Ci koni.

– Tak, ale te, co są podmieniane, idą na padok i potem mam dwa razy więcej pracy. Tato już teraz rzadziej jeździ. W końcu wiek mu na to nie pozwala. Ma już prawie 70 lat.

Zadowolony jesteś, że drugi raz z rzędu wygrałeś ranking wśród młodzieżowców?

– Szczerze mówiąc, wolałbym medal, bo ciągle staję tuż poza podium. Nie przywiązuję aż tak wielkiej wagi do zbierania tych punktów rankingowych. Zdecydowanie wolałbym lepiej wypaść na mistrzostwach Polski czy Europy.

W Pardubicach byłeś najlepszy z Polaków.

– Tak, ale mogłem być 8., a nie 28. W tym sezonie miałem tylko jeden parkur na Nokii ze zrzutkami. Muszę się porządnie przyłożyć do treningów, bo ten ostatni sezon chcę zakończyć na młodzieżowym podium.

Wolisz startować w kraju czy za granicą?

– Za granicą. Jest zupełnie inny klimat. Widzi się różnych jeźdźców, różne szkoły jazdy. Można się dużo nauczyć. Jest ciekawiej. W Polsce wszyscy się znamy, znamy krosy. Nic nowego nie ma. Sławy można spotkać jedynie w Strzegomiu.

Z innej beczki. Zawsze mnie nurtowało to pytanie. Tyle się mówi o zdrowym trybie życia przy uprawianiu sportu. Jeździectwo to chyba jedyny sport, gdzie jest tylu palaczy. Nałóg Ci nie przeszkadza?

– Przeszkadza mi w jeździe na Nokii. Ona jest takim leniwym koniem i na krosie muszę się dużo napracować, żeby dojechać do mety. Przy bieganiu pewnie by mi to bardziej przeszkadzało. W biegach, pływaniu czy w tych bardziej ruchliwych sportach potrzebna jest inna kondycja. My w sumie siedzimy na koniach i nie wykonujemy aż tak ciężkiej pracy. Co prawda moi koledzy z AWF-u, jak słyszą, ile my czasu poświęcamy na konie, złapali się za głowę. Jak jeszcze usłyszeli, że za to wszystko musimy płacić, nie mogli uwierzyć. Dalsze plany? – Po studiach chciałbym zaczepić się w jakiejś stajni i nadal startować. Do „trenerki” jakoś mnie nie ciągnie. Aczkolwiek zdałem egzamin na kurs instruktora sportu, ten unijny w Przywidzu. Mam nadzieję, że uda mi się pogodzić starty ze zjazdami.

Dziękuję za rozmowę i będziemy trzymać kciuki za ten wymarzony medal albo nawet dwa.

– Dziękuję.

Shopping Cart
Przewiń do góry