Moc atrakcji na Cavaliadzie

Trzy dni grudniowych emocji. Blisko 120 zawodników i 330 koni w ponad 850 przejazdach. To nic innego jak Cavaliada odbywająca się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Raj dla miłośników koni spragnionych adrenaliny, fanów dobrej zabawy oraz wszystkich, którym znudziły się ospałe zimowe wieczory.

Tekst: Katarzyna Bawłowicz
Foto: Piotr Filipiuk

Pasjonatom sportów konnych grudzień zawsze kojarzyć się będzie z zawodami w Poznaniu. Mimo że w wielu miejscach Polski organizowane są zawody podobnej rangi, to jednak właśnie te CSI** cieszą się niebywałą popularnością wśród zawodników i kibiców. Co składa się na ten sukces? Na pewno szczególna atmosfera zawodów, oczekiwanie na szereg pozasportowych atrakcji oraz fakt, że to jedne z ostatnich jeździeckich zmagań w Starym Roku. Program całej imprezy był imponujący – już pierwszego dnia, czyli w piątek, poza konkursami małej oraz dużej rundy podziwiać mogliśmy rundę młodych koni, zmagania biznesmenów oraz dzieci na kucach. Dodatkowo sztafeta, konkurs paraujeżdżenia, zaprzęgów oraz potęga skoku. Całości atrakcji na głównej hali dopełniał występ Horse Man Show. W sobotę dodatkowo zorganizowano pokaz sztuki kawaleryjskiej, woltyżerkę oraz dodatkowy konkurs „Speed and Music”. Najkrótszym, ale zarazem najbardziej emocjonującym dniem była niedziela. Wtedy też odbyły się wszystkie finały będące podsumowaniem i najtrudniejszym etapem zawodów z konkursem Grand Prix na czele.

Sztafety

Ten konkurs był szczególny. Po raz pierwszy zmontowano tak różnorodną ekipę. Poza występem zawodnika – opiekuna, utytułowanego jeźdźca, który prowadził grupę dzieci na kucach – w skład ekipy wchodził również śmiałek, który odważył się pokonać trasę o własnych siłach!

Fantastyczna zabawa, jak dla mnie absolutny hit imprezy. Wystąpiły wszystkie dzieci startujące na kucach, a jeźdźcami prowadzącymi byli Małgorzata Ciszek-Lewicka, Aleksandra Lusina, Dawid Rakoczy, Mściwoj Kiecoń, Łukasz Wasilewski, Łukasz Brzóska. Największy aplauz publiczności zdobyli zasłużenie: Bartłomiej Kwiatek – wicemistrz świata w powożeniu, Tadeusz Szymoniak – trener oraz sędzia i lekarz weterynarii oraz Michał Stanisławiak. Udowodnili, jak wspaniale potrafią się bawić! Pozostałe ekipy dopełniali szaleni Francuzi znani jako Horsemani.

Konkursy dla kuców

Tradycyjnie już kucykowe zmagania cieszyły się ogromną popularnością. Waleczne dzieci i małe koniki, skaczące z prędkości, jakiej nie powstydziłyby się duże konie, walczyły o miana najlepszych. Bezkonkurencyjna okazała się Olimpia Wołodkowicz na Klausince, wygrywając wszystkie trzy konkursy! Zawodniczka rewelacyjnie prowadziła swoją niewielką kuckę iście po mistrzowsku, skracając trasę swojego przejazdu. Na podium dwukrotnie uplasowała się również Olimpia Bembenik. Poziom był naprawdę wysoki, przez wszystkie 3 konkursy jedynie 10 przejazdów zakończyło się eliminacją.

Zaprzęgi

W tym roku zaprzęgowcy nie byli przez organizatorów rozpieszczani. Godziny rozpoczęcia ich zmagań, co rusz zmieniane, spowodowały, że publiczności na trybunach było mniej niż zwykle. Wielka szkoda, bo to doskonała okazja, by się rozerwać, pokrzyczeć i głośno pokibicować swoim faworytom. Odpowiedzialni za prowadzenie imprezy Piotr Helon i Bartłomiej Kwiatek wprowadzili widzów w dobry nastrój zabawnymi komentarzami. Zaprzęgów było pięć. Rywalizacja polegała na pokonaniu toru przeszkód w jak najkrótszym czasie, ponadto trzeba było zmieścić się między pachołkami, nie strącając znajdujących się na szczycie piłeczek. Zadziwiające, jak szybko i sprytnie można przemierzać krętą trasę przy stosunkowo ciasnej hali. Skoczna, głośna muzyka i cały pędzący zespół – powożący, luzak oraz dwa konie porywały tych wytrwałych, którym starczyło sił, by pozostać na zawodach do samego końca. Bartłomiej Kwiatek obiecał, że za rok będzie jeszcze bardziej emocjonująco niż tym razem. Podziwiać należy Michała Nowaczyka i jego haflingery za równą rywalizację z dużymi końmi. Zwycięzcą został Ryszard Kapała.

Parajeździectwo

Ze względu na małą jeszcze popularność tej dyscypliny w Polsce, jedna z lepszych zawodniczek naszego kraju Patrycja Gepner z chęcią zgodziła się opowiedzieć o swoich wrażeniach: – To były pierwsze tego typu zawody w Poznaniu, ale także pierwsze w Polsce, łączące parajeździectwo z innymi dyscyplinami jeździeckimi. Można powiedzieć, że zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę – impreza odbyła się z wielkim rozmachem, co dla niektórych naszych koni okazało się dużym wyzwaniem. Muszą się jednak one zmierzyć z takimi warunkami (publiczność, hałas, światła), bo będą startować w dużych imprezach zagranicznych. To był bardzo dobry sprawdzian pod tym kątem. Obawiałam się reakcji mojego wierzchowca Romeo, który wielokrotnie robił mi „niespodzianki”, uciekając od telebimów albo wyraźne się usztywniając i spinając. Czułam też presję własnej publiczności. Podczas pierwszego konkursu był zaskoczony bliskością trybun i nieco rozkojarzony. Zaś drugiego dnia atmosfera była jeszcze gorętsza, gdyż startowaliśmy wieczorem, przed potęgą skoku. Na rozprężalni wśród kucyków i bryczek czułam, że Romeo nie współpracował ze mną tak jak zawsze. Diametralnie zmieniło się to po wjechaniu na czworobok konkursowy. Romeo był cały mój i nawet burza oklasków nie była w stanie go zdekoncentrować. Co więcej – miałam wrażenie, że on też czuje się gwiazdą. Nie wszyscy z nas mieli tyle szczęścia co ja – choćby dla Eleara pod Adamem Lubowickim wrażeń w czasie piątkowego konkursu było zbyt wiele. Tym niemniej występ w takich warunkach to doskonały trening przed następnym sezonem. Pobyt paraujeżdżeniowców w Poznaniu został dodatkowo uatrakcyjniony wieczorem w operze oraz poranną przejażdżką zabytkową „bimbą”, czyli tramwajem. Ponadto mieliśmy do dyspozycji miejsce pokazowe w hali targowej i szkoda tylko, że ze względu na podłoże nie mogliśmy tam wiele zademonstrować. Udała się natomiast prezentacja parajeździectwa w czwartek, przed niezbyt co prawda liczną, ale za to niezwykle zaangażowaną publicznością. Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że występ na Cavaliadzie przyczynił się do popularyzacji parajeździectwa, dał wszystkim szansę sprawdzenia się w prawdziwie sportowych warunkach i bardzo chcielibyśmy, by „Parajeździectwo na Cavaliadzie” weszło w na stałe w skład tej prestiżowej imprezy. Bardzo miłym akcentem było również wybranie zwycięzcy konkursu publiczności. Po sile braw okazało się, że zwyciężyłam. Dziękuję wszystkim za doping!

Konkurs, na który wszyscy czekali…

Głównym punktem programu było oczywiście Grand Prix. 12 przeszkód, 2 kombinacje i w sumie 15 skoków o wysokości do 150 cm było zadaniem dla najlepszych zawodników sobotniego konkursu Dużej Rundy. Gospodarz toru Peter Lundström wraz z asystującym Sławomirem Uchwatem spisali się doskonale. Hala o wymiarach 70 x 33 m była idealnie zagospodarowana. Już od pierwszej przeszkody osiągającej blisko 150 cm wiadomo było, że emocje towarzyszące przejazdom nie miną aż do końca konkursu. Trudny, wymagający precyzyjnych najazdów parkur bezlitośnie ukazywał wszystkie błędy jeźdźców. Największą ilość błędów zanotowano na potrójnym szeregu – wejście okserem o wymiarach 147 cm wysokości na aż 155 cm szerokości, dalej 7,8 metra do stacjonaty i dwie ciasne foule do członu C. Konie musiały wykazać się tu dużą siłą i elastycznością. Najczęściej spadał właśnie ostatni człon. Nie sprawił za to problemów potężny, czerwono-złoty mur, wystawiony na zawodach po raz pierwszy. Wyróżniał się również triplebar, skakany na publiczność, często spadająca przeszkoda nr 9, którą postawiono na łuku oraz ostatnia linia nr 10, 11 i 12 – na początku potężny okser, 3 foule do stacjonaty z rowem i pechowy dla wielu, ostatni okser – równe 150 x 150 cm, którego zmęczone konie niechętnie skakały. Dwanaście bezbłędnych przejazdów, 5 eliminacji, 2 rezygnacje oraz 16 przejazdów z wynikiem 12 punktów karnych i więcej to bilans konkursu. Już pierwszy przejazd GP zakończył się eliminacją, kolejne pary mijały celowniki mety ze znacznym bagażem punktowym. Pechowym, groźnie wyglądającym upadkiem zakończył się przejazd Dawida Rakoczego i Unisco na ostatniej przeszkodzie. Tam też szanse na udany występ pogrzebał Piotr Morsztyn. Jego fenomenalnie skaczący Van Halen odmówił dwukrotnie skoku. Sam zawodnik podkreśla, że jest to koń jeszcze młody i brakuje mu doświadczenia. Gdy się czegoś boi, stara się skakać jak najwyżej, co zaobserwowaliśmy na przeszkodzie nr 6. Po potężnym locie resztę parkuru pokonywał już z mniejszą pewnością. Jeździec, jak sam stwierdził, popełnił błąd przy najeździe na ostatnią przeszkodę – z założenia miał rozliczyć tę linię na 5 foul. Lepszym wyjściem byłoby dla zmęczonego już trochę Van Halena wykonać o foule więcej. Niewiele brakowało, by doskonałym rezultatem zakończył się występ pary Antoni Tomaszewski na klaczy Trojka, jednak przypadkowa zrzutka wykluczyła szanse na udany start. Gorszą formę zaprezentował Imequyl Andrzeja Głoskowskiego. Zawodnik po kilku błędach zrezygnował z kontynuowania przebiegu. Po wielu przejazdach, kiedy nadal nie było zerowego wyniku, napięcie rosło. Dopiero jadący jako 16. na liście startowej Peter Bulthuis z Holandii na Diablo Z przerwał złą passę. Mimo kolejnych udanych przejazdów zagranicznych gości, wciąż czekaliśmy na naszych reprezentantów, by zobaczyć ich w dogrywce. Nie zawiódł Jarosław Skrzyczyński, który wraz z Quinterą zaprezentował doskonałą formę, co zaowocowało bezbłędnym przejazdem. Jadący zaraz za nim Piotr Sawicki również się spisał, pewnie przeprowadzając klasowego Caballusa Z do dogrywki. Do grona najlepszych dołączył również Krzysztof Ludwiczak z Torado 2. Stawkę zamknął bezkonkurencyjny w sobotnim konkursie dużej rundy Jur Vrieling z Holandii. Rozgrywkę rozpoczął Peter Bulthuis, jadąc krótko i szybko, co niestety zaowocowało zrzutką. Jadący jako 5 Rein Pill na Virgin Express postawił wszystko na jedną kartę, co wspaniale się opłaciło – rewelacyjny czas bez błędów. Trzeba jednak przyznać, że zawodnik miał sporo szczęścia i mimo puknięcia drąg wrócił na kłódkę. Na chwilę jednak wszyscy zamarli. Z napięciem oczekiwaliśmy wjazdu Polaków. Jarosław Skrzyczyński podołał wyzwaniu i dopingowany przez publiczność pojechał doskonale. Dynamiczna Quintera była w swoim żywiole. Niestety, zabrakło niecałej sekundy, aby prześcignąć reprezentanta Estonii. Piotr Sawicki nie ustrzegł się błędów, ale zapewne o urodziwym, karym Caballusie usłyszymy jeszcze nie raz. Nie powiodło się również Krzysztofowi Ludwiczakowi i Torado 2, jednak ogromne wyrazy podziwu należą się im za podjęte ryzyko. Uzyskali oni najlepszy czas, co przypłacili jednak zrzutką i to na ostatniej przeszkodzie! Być może zadecydowało o tym zbyt dalekie miejsce odbicia, co przy dużej prędkości zaowocowało płaskim skokiem. Dziękujemy jednak za te emocje! Ostatecznie zwyciężył Rein Pill, drugi był Jarosław Skrzyczyński, a ostatnie miejsce na podium zajęli Vladimir Beletsky oraz Lisen Bratt-Fredricson, osiągając identyczny czas co do setnych sekundy! Nie można pominąć również zawodników, którzy choć nie zakwalifikowali się do dogrywki, to zasługują na słowa uznania – przypadkowa zrzutka wykluczyła Mściwoja Kieconia i Urbane z walki o laur zwycięstwa. Dobrze skaczący Ekwador pod Aleksandrą Lusiną również nie ustrzegł się błędów. Pomimo 8 punktów karnych dobrze pokazała się para Vawantos Van’t Renvillehoeve i Łukasz Wasilewski, którzy jeszcze wciąż zdobywają doświadczenie w tak poważnych konkursach. Cały parkur postawiony był całkowicie fair, zdecydowanie wyłonił najlepszych i nie mogło być mowy o przypadku. Sprawna obsługa, natychmiast reagująca na zrzutki, estetyczne udekorowanie parkuru i pełne trybuny – to wszystko dało miły dla oka obrazek.

Najlepsi z najlepszych

Warto wspomnieć, że niektórzy zawodnicy triumfowali po kilka razy, stając na podium w najtrudniejszych konkursach. Aż po 3 razy do dekoracji wyjeżdżali Mściwoj Kiecoń (pierwszy w konkursach: Speed and Music, w piątkowym konkursie Małej Rundy, drugi w sobotniej Rundzie Młodych Koni) oraz Jur Vrieling (pierwsze i drugie miejsce w sobotniej Dużej Rundzie, drugie miejsce w Speed and Music). Dwukrotnie Jose Thiry, Tilt Kivisild, Natalia Simonia, Peter Bulthuis oraz Jarosław Skrzyczyński. Pozostali Polacy, którzy uplasowali się jeszcze na podium w konkursach rozgrywanych podczas Cavaliady to Krzysztof Ludwiczak, Jacek Bucki, Ewa Mazurowska, Łukasz Appel, Małgorzata Kowala oraz Alicja Grygier.

Kilka wpadek…

Do tych zaliczyć trzeba przede wszystkim opóźnienia czasowe. Zmiany w programie dezorganizowały plany widzów i zawodników. A niestety zdarzały się dosyć często. Być może program dodatkowy, czyli Cavaliada Show był zbyt bogaty lub przerwy pomiędzy konkursami zbyt rozległe, jednak kilkugodzinne przesunięcia wybaczyć trudno… Informacje o zmianie programu nie były oficjalnie podawane i dało się słyszeć głosy niezadowolenia. Połączenie obu hal namiotem miało swoje zalety, ale też wady – kolejek przy bramkach w przejściu nie brakowało. Ponadto część osób z tego miejsca uczyniła sobie palarnię, więc bywało siwo od dymu. Organizatorzy powinni wydzielić do tego celu osobny skrawek. Tablica z wynikami – w miejscu mało widocznym, na samym skraju parkuru. Siedząc na trybunie głównej, niewiele było widać bez wstawania.

I miłe na koniec

Przede wszystkim – przyzwoita cena biletów. Dobrym pomysłem było oddzielenie targów ze sprzętem jeździeckim od hali konkursowej. Bilet na 3 dni imprezy kosztował odpowiednio 25 zł i 60 zł. Na poszczególne dni w granicach 12 zł i 30 zł. To kwota, na którą nikt nie powinien narzekać.  Ogromnym plusem była możliwość oglądania przez widzów rozprężenia koni. W latach ubiegłych dostęp do tego miejsca mieli tylko zawodnicy, luzacy oraz niewielka liczba osób uprawnionych. Wiele osób z chęcią podglądało, jak rozgrzewają przed konkursami swoje konie najlepsi jeźdźcy zawodów. Nikt nie miał zastrzeżeń co do podłoża na hali i rozprężalni. Fantastyczny okazał się pomysł z wystawą zdjęć. Małgorzata Mąkosa mogła pochwalić się swoim talentem i imponującą kolekcją wyśmienitych zdjęć, tak jak fani Cavaliady. Plac zabaw dla dzieci, pokazy i konkursy dodatkowe, przejażdżki na kucach, pokazy western, pokazy jazdy w damskim siodle to tylko kilka z dodatkowych atrakcji. Po raz pierwszy również zorganizowano szereg wykładów dla publiczności. –Tematem mojego wykładu były „Rajdy konne jako forma aktywności ruchowej” – opowiada Agata Szymoniak. – Pomysł wziął się z faktu, że AWF był współorganizatorem Cavaliady, co dawało nam – studentom – możliwość zareklamowania zarówno uczelni, jak i siebie samych, a także zaznaczenia, że AWF jako uczelnia sportowa związana jest z jeździectwem. Tematyka wykładów odpowiadała kierunkom, na których studiują prowadzący wykłady: turystyka i rekreacja, wychowanie fizyczne, fizjoterapia. Miała pokazać zalety studiowania na AWF oraz jaką wiedzę może posiąść zawodnik/jeździec rekreacyjny/trener/właściciel ośrodka jeździeckiego korzystający z usług uczelni. Impreza została doskonale wypromowana, głównie poprzez Internet oraz znany portal społecznościowy Facebook. Na bieżąco przekazywane informacje o kolejnych etapach przygotowań, o konkursach plastycznych i filmowych podgrzewały atmosferę. Ambasadorki związane z Poznaniem, promujące całą Cavaliadę – Małgorzata Ciszek-Lewicka, Aleksandra Lusina oraz Klara Kostrzewa udzielały się na czacie, odpowiadając na pytania sympatyków imprezy. Genialny konkurs „Speed and Music”, czyli konkurs szybkości przy skocznej muzyce. Wiadomo przecież, że każde zmagania, gdzie widzowie mogą głośno pokibicować, zostawiają doskonałe wrażenia. Wspaniałe dekoracje i zabawy światłem podczas rund honorowych przyprawiały o dreszcze. Uroczysty nastrój udzielał się wszystkim, zwłaszcza gdy można było usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego! Podsumowując: Cavaliada była wyjątkowym wydarzeniem. Wspaniali jeźdźcy, klasowe konie i spora dawka fantastycznej zabawy. Pomimo niedociągnięć organizatorom należy się ogromny plus za cały trud włożony w tak potężną imprezę. Wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Koniecznie – do zobaczenia za rok!

Shopping Cart
Przewiń do góry