Mobilizowany stresem

Z Michałem Rapcewiczem, który wygrał pięciogwiazdkowe Grand Prix Special w zawodach w Wellington i awansował do czołówki w rankingu prestiżowego turnieju World Dressage Masters, rozmawiamy o tym, że nie jest jeźdźcem jednego konia, a także o treningach i sukcesach.

Tekst: Magdalena Libiszewska
Foto: Małgorzata Frysztak, archiwum zawodnika

Wiele osób uważa, że jest Pan jeźdźcem jednego konia – Randona. A ja już wiem, że nie. Jakie konie obecnie Pan trenuje?

– Przed Randonem były inne konie i po Randonie również są inne. Na dzisiaj moim podstawowym koniem jest oczywiście Randon, drugim koniem jest Rappe, koń, którego otrzymałem od kochanej pani Eli Jędrzejczyk. Rappe ma już kwalifikacje na Mistrzostwa Europy, już udowodnił na międzynarodowych zawodach, że jest dobrym koniem. Osiąga wynik ok. 65-66% w Grand Prix. Trzeci jest Nintendo (12-letni wałach) – zaczęliśmy już starty Grand Prix tutaj w Holandii. Planuję zacząć na nim w tym roku starty międzynarodowe. Jest jeszcze czwarty koń – Why Not (nazywany przeze mnie Scandik). Z nim też planuję w tym roku starty na poziomie Grand Prix, bo on też jest już na to gotowy. Z ośmioletnim Why Not będę startował na mniejszych zawodach, ponieważ jest jeszcze młody. Oprócz tego, w tej chwili mam jeszcze cztery konie do małej rundy, z których dwa mogą pójść do Grand Prix, bo dobrze się z nimi współpracuje. Co do pozostałych dwóch – jeszcze nie podjęliśmy decyzji. Poza tymi są jeszcze młode konie, w sumie dziennie jeżdżę ok. 10 koni.

Czy zostaje Panu trochę wolnego czasu poza treningami i startami?

– Tak, mam bardzo dużo wolnego czasu. Rano zaczynam od basenu. O siódmej rano przychodzę do stajni i tam już czeka na mnie gotowy koń. Później jest trening. Staram się tak organizować mój dzień, by ten skończył się ok. godziny szesnastej. Później znów idę na basen lub siłownię, następnie kino i inne przyjemności. Troszkę zmieniłem tryb swojego życia i mam więcej czasu dla siebie. Już nie siedzę w stajni 24 godziny, ale oczywiście nie ukrywam, że większość wolnego czasu spędzam właśnie tam. Konie to przede wszystkim moje hobby. Ale już dzisiaj poza jazdą i końmi znajduję czas na życie prywatne, bo ciężko jest, kiedy się go nie ma. Jeśli na horyzoncie są tylko konie, to człowiek ogranicza się i zamyka na wiele rzeczy.

Przy treningu dziesięciu koni potrzebna jest pomoc…

– Muszę podziękować swoim luzakom i całej ekipie, bo bez tych ludzi nie udałoby mi się wygospodarować wolnego czasu. Mając taką ekipę – mogę przesia- dać się z konia na konia i nie martwić się o ich przygotowanie do jazdy. Ufam tym ludziom. Jeśli czasem zdarzy się, że z końmi zostaję sam – nie ma szans na wyjście ze stajni o godzinie szesnastej. Mam wówczas nocną zmianę. Od półtora roku staram się jednak kończyć pracę o określonej godzinie, na szczęście nie odbiło się to na wynikach.

Czy jest tak, że w treningu koni z czasem wypracowuje się już własne metody, które dają pewien komfort i pozwalają zaoszczędzić czas przy pracy z kolejnymi?

– Niestety, nie da się takich metod wypracować. Konie bardzo różnią się między sobą i zmieniają się, np. Rappe, który bardzo szybko progresuje… Wszystko zmienia się z miesiąca na miesiąc. W przypadku Randona można powiedzieć, że zmienia się to z roku na rok. Do tych zmian trzeba dopasowywać trening, bo z czasem pojawiają się nowe problemy. Dla każdego konia trzeba wypracować inny, dynamiczny system. Ważne jest wyczucie i otwarta głowa. Tak, jak różnie rozmawia się z różnymi ludźmi, tak i do konkretnego konia trzeba dopasować odpowiedni klucz. Jeśli chodzi o trening, to wydaje mi się, że dzisiaj wiem więcej, ale nie wiem wszystkiego, dlatego cały czas jeżdżę szkolić się do trenerów holenderskich i niemieckich, by wiedzieć więcej.

Z kim Pan obecnie trenuje?

– Cały czas trenuję z Peterem Spahnem, bo jakby nie było to Olimpiada w Pekinie, finał Pucharu Świata w Las Vegas, finał Mistrzostw Świata w Kentucky – to jego zasługa. To jest osoba, która generalnie jest ze mną i z końmi codziennie. Ale oprócz niego był Sjef Janssen, chwilowo Anky van Grunsven, Tinke Bartels. Zwracam się do innych trenerów, bo bywa tak, że jeśli współpracuje się już ze sobą tyle lat, całymi dniami, to pewne drobiazgi zaczynają umykać. Konsultacje z innymi trenerami pozwalają tego unikać.

Czy receptą na rozwój jest m.in. poszukiwanie nowych rozwiązań poprzez konsultacje z różnymi trenerami?

– Ja uważam, że należy znaleźć własną drogę, wypracować własny styl jazdy. Z pracy z trenerami należy wybrać to, co dobre i to, co do nas pasuje – wówczas unikniemy kopiowania.

Przejdźmy teraz do Wellington…

– Jadąc do Wellington, nie byliśmy jeszcze pewni, który program pojedziemy – special czy kur. Po przylocie na miejsce Randon był w świetnej formie, co powodowało, że również ja byłem bardzo zadowolony i miałem pewność, że będzie dobrze. Po tych dwóch dniach niestety Randona dopadło zmęczenie fizyczne po podróży. Nie chodził dobrze.

Ale w Grand Prix nie było źle…

– W Grand Prix Randon zrobił 68,17%, sam przejazd nie wyglądał źle, bo Randon nie popełnił żadnych błędów i wykonał wszystkie elementy. Musiałem na nim jechać bardzo ostrożnie, bo czułem, że to nie jest ten dzień, kiedy on chce współpracować. Po tym programie jako para z pierwszej dziesiątki mogliśmy zdecydować, czy pojedziemy kur, czy special. Potrzebne były mi punkty do rankingu, dlatego zdecydowałem się na wybór speciala.

Czyli posunięcie taktyczne…

– Tak, w kur miał jechać Steffen Peters i wiedziałem, że o wygraną z nim będzie trudno. Zawodnicy nie lubią jeździć konkursu special, pula nagród jest w nim mniejsza, więc decydując się na ten program, zwiększyłem swoją szansę na zdobycie punktów. O wygranej nie myślałem, liczyłem na pierwszą trójkę, bo Randon nie był w formie.

W takim razie, skąd pierwsze miejsce – nawiasem mówiąc, doskonały prezent urodzinowy?

– Na rozprężalni okazało się, że wraca do sił. W momencie wjazdu na czworobok czułem, że Randon „jest w domu”. Pojechał dobry program, wszystko to, co dobrze potrafi, wyeksponował. Elementy, które sprawiają mu więcej trudności, wykonał poprawnie. Oczywiście jest dużo rzeczy, które dałoby się poprawić, ale w dniu, w którym odbywało się Grand Prix Special, pojechaliśmy na miarę naszych możliwości. Wiedziałem, że przejazd był dobry, ale nie spodziewałem się, że wygramy. To było dla mnie miłe zaskoczenie, zwłaszcza że to był pięciogwiazdkowy konkurs. Myślę, że przyczyniła się też do tego ciepła atmosfera, jaka panuje na większości zawodów w Stanach Zjednoczonych.

Co takiego szczególnego jest w tej atmosferze?

– W porównaniu z publicznością europejską ta w Stanach bardzo emocjonalnie reaguje podczas zawodów. Kiedy zawodnik wykona dobry element na czworoboku – ludzie krzyczą, jeśli pojedzie dobry program – ludzie po prostu pozytywnie „wariują”. Ponadto jeździec pomimo obecności tych samych sędziów, którzy sędziują w Europie, nie czuje takiego stresu. Cała otoczka zawodów skonstruowana przez organizatorów sprawia, że zawodnicy są bardziej zrelaksowani. Szczególnie w przypadku zawodów WDM, zawodnicy mają okazję dobrze się poznać, ponieważ organizator zawodów (Exquis) zaprasza określoną grupę zawodników, która spotyka się na kolejnych etapach turnieju. Pomimo tego, że ze sobą rywalizujemy, to mogę powiedzieć, że atmosfera jest rodzinna.

W takim razie, jak walczy Pan ze stresem na pozostałych zawodach?

– Najlepszym sposobem na walkę ze stresem jest dla mnie Rappe. Rappe to koń, który ma wspaniały charakter. Mam wrażenie, że on jest cały czas zadowolony. Niezależnie, o której godzinie zjawię się w stajni i chcę z nim pracować, to jego odpowiedź brzmi: „Nie ma problemu”. Randon jest inny, jest bardziej płochliwy, dlatego jazda na nim na konkursach wiąże się z większym stresem. Stres pojawia się u mnie dopiero przed startem. Wówczas staram się być sam, by móc się skoncentrować. Stres mija w momencie, kiedy siadam na konia. Zostajemy z zadaniem, które trzeba wykonać. Poza tym stres mnie mobilizuje. Martwię się, kiedy go nie mam. Uwielbiam jeździć zawody duże, gdzie pojawiają się znane nazwiska, tak jak np. w Wellington, które sprawiają, że konkurencja jest duża. Przyglądając się moim wynikom na dużych zawodach – są one dużo lepsze niż w mniejszych konkursach.

Wielu zawodników może pozazdrościć takiej umiejętności…

– Myślę, że tak. Ja cieszę się, że tak właśnie funkcjonuję.

A jakie są plany startowe na najbliższe miesiące?

– W tym roku odpuściłem sobie, ze względu na Wellington, Puchar Świata na Torwarze, ponieważ wcześniej byłem dwukrotnie zapraszany do Wellington i dwa razy odmawiałem. Poza tym, przed Wellington byłem drugi w rankingu i chciałem utrzymać tę pozycję. Z Randonem mamy intensywny rok za sobą, więc musieliśmy odpuścić te zawody. W tym roku koncentruję się na finale WDM w Monachium (2-5 czerwca) i później na Mistrzostwach Europy w Rotterdamie (17- 21 sierpnia). Z Randonem i Rappe zamierzam startować w Monachium, z Rappe w trzech gwiazdkach, a z Randonem w pięciu. Na Puchar Świata w tym roku będę chciał zabrać Rappe, tak żeby Randon mógł trochę odetchnąć. Za rogiem mam Hertogenbosch i Mistrzostwa Europy, a kwalifikacje mają już oba konie. Od WEG w Kentucky planowałem, żeby ten rok był luźniejszy, jeśli chodzi o starty, bo chciałbym się skoncentrować na przygotowaniach do Olimpiady w Londynie.

Jakieś starty w kraju?

– Na pewno Mistrzostwa Polski, być może jakąś kwalifikację na Mistrzostwa Świata młodym koniem, bo jest pięcioletni ogier Ynted Black, po Pained Black, który mógłby sobie poradzić. Z nim wiążę przyszłość, bo już w tej chwili pasażuje, piaffuje i jak na pięciolatka dość szybko wszystkiego się uczy.

A jak ocenia Pan zawody organizowane w Polsce i kondycję dyscypliny ujeżdżenia?

– Jeżeli chodzi o zawody, takie jak Mistrzostwa Polski we Wrocławiu, to pani Monika Słowik robi je świetnie. Z roku na rok podłoże jest coraz lepsze. Spokojnie mogę powiedzieć, że są to zawody na zachodnim poziomie. Bardzo bym chciał, żeby na mapę zawodów wrócił Książ, bo wszyscy zawodnicy świata wspominają go bardzo dobrze. Moim marzeniem jest zrobienie wyniku właśnie w Książu. Jeśli chodzi o zawodników – jest sporo bardzo dobrych i dobrze rokujących. Ze ściągnięciem trenerów z zagranicy też problemu nie ma. Polska od dłuższego czasu nie jest już białym punktem na mapie.

Wynik, o który będzie Pan walczył w tym roku?

– Chciałbym wygrać w rankingu World Dressage Masters. Mistrzostwa Europy? Dostać się do finału. Mam też plany, co do koni. Chcę doprowadzić Rappe do wyników ok. 70%, zrobić kwalifikację do Mistrzostw Europy z Nintendo. Randon w tym roku będzie odpoczywał.

Życzę sukcesów i dziękuję za rozmowę.

Shopping Cart
Przewiń do góry