Magia szybkościówek

Tekst: Marta Ciesielska Foto: Piotr Filipiuk

Słowo „beczka” czy „tyczka” normalnemu człowiekowi przywodzi na myśl kilka standardowych skojarzeń: może to być beczka piwa, beczka rumu na pirackim okręcie, ktoś może być gruby jak beczka, wysoki jak tyczka, fasola pnie się po tyczce, można skakać o tyczce czy też używać określenia „beczka śmiechu”… Dla pewnej grupy zapaleńców jest jednak jedna rzecz, która łączy te dwa słowa nierozerwalnie – adrenalina! Dlatego ci, którzy już poznali moc tego połączenia, mają już tylko jedno skojarzenie: beczki i tyczki to Barrel Racing i Pole Bending.

Kiedy nie było kablówki i komputerów, kiedy SMS-owano telegrafem, a pojazdy miały tyle koni, ile się ich zaprzęgło – wymyślono szybkościówki. Na Dzikim Zachodzie nie tylko praca wypełniała czas kowbojów, oni również potrzebowali rozrywki, a co daje lepszą rozrywkę niż dreszcz adrenaliny? Rodeo powstało w sposób naturalny, schwytane dzikie konie trzeba było ujeździć, dlaczego więc nie zrobić z tego show? Beczki były kolejnym krokiem zabicia nudy. Co ciekawsze, początkowo w wyścig wokół beczek bawiły się tylko kobiety. A w Polsce ostatnio właśnie kobiety wiodą prym w szybkościówkach – w zeszłorocznym wyścigu o zwycięstwo w Adrenalina Cup pogalopowały w pięknym stylu Ewa Wierzchosławska i Ola Szubart.

Popularyzację szybkościówek w Polsce zawdzięczamy Borysowi Pardusowi i Stowarzyszeniu Western Riders. To właśnie oni stworzyli puchar Adrenalina Cup – prosta, czysta jazda: beczki, tyczki oraz Adrenalina Mix, czyli ich połączenie. Ta trójfazowa impreza przyciąga coraz więcej miłośników prędkości, nie tylko w Polsce, ale w Niemczech czy w Czechach, gdzie również rozgrywane były jej edycje. W tym roku ścigano się w Kłodzku, w Karpaczu (Western City) oraz w Gliwicach.

W Europie konkurencje westernowe mają naprawdę imponującą liczbę zwolenników. Dwie największe imprezy: niemiecka Americana oraz włoska Reggio Emilia przyciągają tłumy zafascynowane jazdą w stylu western. I tu znowu w światło reflektorów wchodzą Western Riders, którzy pokrywają koszty wyjazdu na Americanę dla zdobywcy największej ilości beczkowych „adrenalinowych” punktów. W zeszłym roku w ten sposób wyekspediowana przez nich do Augsburga Iwona Loch zdobyła tam czwarte miejsce w beczkach.

Reggio Emilia to wielka fierra konna koni amerykańskich: startują tutaj tylko konie rasy American Quarter Horse, Paint Horse oraz Apaloosa. W maju odbyły się tu Mistrzostwa Europy w szybkościówkach. Reprezentowała nas tam m.in. Iwona Loch na swoim AQH Bueno Little Badge, z czym wiąże się pewna historyjka. Kiedy pojawiła się wśród zawodników, wzbudziła ogólne rozbawienie, niektórzy śmiali się otwarcie z „tego maleństwa” – jej konia, który był o wiele niższy od pozostałych koni i wyglądał, delikatnie mówiąc, mało imponująco. We Włoszech Barrel Race jest bardzo popularny, istnieją hodowle koni z linii typowo barrelowych, które osiągają horrendalne sumy na końskim rynku, a przy których niski „Quotr” z Polski wyglądał prawie jak kuc. Jednak kiedy Iwona wystartowała – śmiechy ustały, bo Bueno poszedł jak burza, pokonując trasę w całkiem niezłym czasie na swoich krótkich nogach, którymi musiał przebierać dwa razy szybciej niż pozostałe konie. Zawodnicy nazywali go nawet „piccolo braveheart”, mały koń o wielkim sercu, doceniając jego wolę walki.

I tutaj właśnie rodzi się pytanie – co przechyla szalę zwycięstwa w tej gonitwie z czasem? Na pewno szybki, doskonale wygimnastykowany, „giętki” koń i perfekcyjnie z nim współpracujący jeździec… A może świetnie wyszkolony technicznie jeździec i doskonale z nim współpracujący, szybki i zwinny koń? Obie odpowiedzi są prawdziwe.

Barrel Racing jest dziś dyscypliną rozgrywaną na właściwie wszystkich zawodach jazdy konnej w stylu western, oczywiście dla obojga płci. Cała zabawa polega przecież tylko na objechaniu w jak najkrótszym czasie trzech, rozstawionych w trójkąt, dwustulitrowych beczek wg określonego schematu tak, by linie przejazdu się przecinały. Niby proste, a jednak…

Najważniejsza jest na pewno kontrola nad koniem. Nie uda się wygrać szybkościówek, jeśli nie ufamy w pełni swojemu wierzchowcowi – jakby nie patrzeć, każdy przejazd to narażanie życia. Kapelusz i kowbojska koszula nie ochronią zawodnika przed złamaniem karku czy urazami głowy podczas upadku. Żeby startować w tych dyscyplinach, trzeba być trochę szalonym i na pewno nie można się bać. Aby mieć szansę na wygraną, nie można konia hamować, trzeba pozwolić mu dać z siebie wszystko i zaufać mu, że nas nie zabije. Żeby jeździć szybkościówki, trzeba po prostu „mieć jaja”, trzeba bardzo pragnąć zwycięstwa – tak bardzo, by to pragnienie udzieliło się koniowi. Zawodnik musi to po prostu kochać, a koniowi musi to sprawiać przyjemność. Jeśli koń nie będzie lubił biegać, nie będzie miał ducha walki, nie uda nam się osiągnąć żadnych znaczących wyników. Oczywiście musimy konia przygotować również technicznie, by wchodził w zakręty blisko beczek, by nie nosił nas po całej arenie, tracąc cenny czas. Ćwiczenia te wykonywane są najczęściej w wolniejszych chodach, pozostawiając całą energię na specjalne okazje…

W Polsce w dyscyplinach szybkościowych doskonale sprawdzają się konie, które mają bazę reiningową, jak również konie szkolone wcześniej do cuttingu, które nie osiągały specjalnych wyników w tych konkurencjach (jak żartują zawodnicy, „konie – odpady” z tych dyscyplin), jak również niezwykle szybkie i zwinne araby.

Trzeba przyznać, że z roku na rok poziom polskich zawodników szybkościowych jest coraz wyższy, widać doskonałą technikę przejazdów, czasy są coraz bardziej wyśrubowane, doświadczenie zdobywane podczas treningów i zawodów zdecydowanie robi swoje. Mam nadzieję, że niedługo polski hymn zabrzmi na arenach europejskich, kiedy będą oni sięgać po tytuły mistrzów Europy.

Żeby jednak po jakikolwiek tytuł mistrzowski sięgnąć, trzeba zacząć od treningu. Trening konia do dyscyplin szybkościowych nie polega bynajmniej na codziennym bieganiu w kółko wokół beczek czy prześlizgiwaniu się między tyczkami. Ważne jest przygotowanie techniczne, ułożenie konia, karność i posłuszeństwo. Codzienne zróżnicowane cykle treningowe: wytrzymałościowe, sprinterskie, gimnastyczne i techniczne muszą utworzyć między koniem a jeźdźcem więź, zbudować bezwarunkowe zaufanie, bez którego daleko w szybkościówkach nie zajedziemy. Dobrym pomysłem są wyprawy w teren, dzięki którym koń się odpręża i chętnie współpracuje.

Konie trenowane do dyscyplin szybkościowych zużywają mnóstwo energii, więc muszą być też specjalnie karmione sportowymi granulami, musli, muszą dostawać witaminy, by utrzymać i budować kondycję. Dosłownie sprawdza się stare przysłowie: „Na samym owsie nie pojedziesz”, a wręcz przeciwnie, owies stanowi właściwie tylko urozmaicenie posiłków konia „szybkościowego”.

Zawody, na których możemy podziwiać szybkościówki, to m.in. Międzynarodowe Mistrzostwa Polski Western i Rodeo w Western City (1-5 sierpnia), gdzie jak co roku zjadą zawodnicy z Polski, Czech, Słowacji, Niemiec, Austrii i Węgier. Zapowiada się ostra jazda! W tym kowbojskim miasteczku koło Karpacza od wielu lat szkoli się zawodników i konie nie tylko do cuttingu, z czego Western City jest znane, ale także m.in. do dyscyplin szybkościowych. W każdy weekend organizowane są pokazy Rodeo Show, podczas których prezentowane są dyscypliny westernowe.

Większość zawodników szybkościowych nigdy podczas treningów nie rozwija maksymalnej prędkości, pozostawiając całą moc konia na występy w zawodach. Kiedy arenę otacza tłum, kiedy pojawia się muzyka, kiedy nerwy i napięcie podnoszą adrenalinę jeźdźcom, koniom udziela się ich podniecenie. Pełne zaufanie, pełne przyspieszenie i pęd po zwycięstwo… I właśnie ta adrenalina, ta moc więzi między koniem a jeźdźcem, którzy mkną do celu scaleni wspólnym pragnieniem zwycięstwa, tworzy magię szybkościówek. „Trzy beczki – dwa serca – jedna pasja”.

Shopping Cart
Przewiń do góry