Konno po górach Kirgizji

Tekst: Małgorzata Odyniec Foto: z archiwum Anny Dąbrowskiej

Grupka zapaleńców, związana z gdańskim AKJ-tem, co roku wyrusza na wyprawy konne w różne części świata. Byli już na Ukrainie, w górach Hiszpanii, Etiopii, a naszym Czytelnikom są już znane perypetie samotnych wypraw Krzysztofa Derdzikowskiego z córką Magdą po bezkresnych stepach Mongolii i bezdrożach Syberii. W tym miesiącu przedstawiamy wyprawę sześcioosobowej ekipy do Kirgizji. Na wyjazd przeznaczyli dwa tygodnie i nie chcąc jechać w ciemno, zaczynają więc od poszukiwań. Tym razem prym wiedzie tu Anna Dąbrowska. I to ona decyduje się wybrać ofertę miejscowego biura turystycznego, które co prawda nie chciało przedpłaty, ale za to oferowało jedynie spartańskie warunki. Trasa ma wieść przez wysokie pasma gór Tien-Shan. Doniesienia mediów o krwawych zamieszkach na kirgiskich ulicach nie odstraszyły jednak poszukiwaczy przygód i w pierwszych dnach września wylądowali ma lotnisku w stolicy kraju Bishkek. Przewodnikiem będzie Andriej. Jego imię wskazuje na rosyjskie pochodzenie i tak też jest.

Andriej pakuje nas do samochodu i wiezie na południe kraju. Po drodze mijamy wioski, niczym nieróżniące się od wiosek rosyjskich. Wzdłuż drogi stoją stragany z owocami. Kolorytu przydają też mężczyźni na koniach, w garniturach i charakterystycznych białych kirgiskich czapeczkach. Ich konie stoją pod domami odwiedzanych sąsiadów, „zaparkowane” jak u nas samochody – dzieli się pierwszymi wrażeniami Ania.

Po kilku godzinach jazdy docierają nad jezioro Issyk Kul. Jest to drugie co do wielkości górskie jezioro na świecie. Leży ono na wysokości 1608 m n.p.m., ma 182 km długości, 58 szerokości, w najgłębszym miejscu mierzy 668 metrów. Przypomina morze, tym bardziej, że jego wody są lekko słone. – Kąpiemy się w nim, ale podczas pływania odczuwamy już skutki przebywania na wysokości. Dziwimy się, że po jeziorze nie pływają żadne łódki. Andriej wyjaśnia, że potoki spływające z otaczających jezioro gór, wytwarzają podwodne prądy, które łamią każdy stateczek czy łódź. Tylko dlaczego w opowieściach Ossendowskiego1 jezioro było żeglowne? – zastanawia się Ania.

Następnego dnia w Barskoomie każdy z wędrowców dostaje juki z kolorowego, ręcznie tkanego materiału. Przewodnik informuje ich, że mogą zapakować do 20 kg bagażu. W jukach muszą się zmieścić namioty, śpiwory, karimaty, garnki, czajnik, jedzenie i pozostały ekwipunek potrzebny do przetrwania wyprawy. W związku z tym na rzeczy osobiste pozostaje niewiele miejsca. Konie pochodzą ze stajni rosyjskiego geologa – Pawła. Nie są małe, ale za to szczupłe. Właściciel zapewnia jednak, że bez problemu udźwigną jeźdźców i juki, byle ciężar nie przekroczył 150 kg. Nie są to typowe kirgiskie konie. Tych pozostało już niewiele. Są to małe, wytrzymałe, odporne na zmienne temperatury, zwinne i spokojne. Rosjanom nie podobał się ich wzrost i przez długie lata stacjonowania w tym kraju wyhodowali jakieś dziwne mieszańce na dłuższych nogach, które nie dość, że nie są urodziwe, to jeszcze są mniej wytrzymałe. Siodła to prymitywne kulbaki, wygodne i lekkie. Wykonane z drewna, wyściełane materacami z wełny, które potem wykorzystuje się jako karimaty. Jako przewodnicy z naszymi wędrowcami będą jechać dwaj rodowici Kirgizi, młodzi chłopcy – piętnastolatek i jego dwudziestokilkuletni wujek. Niemal urodzeni w siodle. W sumie w góry wyrusza 9 osób, 10 koni (w tym kilkumiesięczny źrebaczek) i dwa psy. Na końskim grzbiecie podróżnicy spędzają od 5 do 8 godzin. Przez większość czasu poruszają się stępem, galopy są możliwe tylko na płaskowyżach, ale korzystają z tej możliwości rzadko – szkoda im objuczonych koni. Zaplanowana trasa to ok. 300 km, dojeżdżają do wysokości 4000 m.

Przez pierwsze kilka dni podróży słoneczna pogoda pozwala na delektowanie się niepowtarzalnymi widokami. Na początku mijają stoki pokryte iglastymi lasami, połoniny, które potem ustępują miejsca szarym, zielonym czy czerwonym kamienistym zboczom pod ośnieżonymi lodowcami. Częstym zjawiskiem są tu trzęsienia ziemi, powodujące lawiny kamieni, zasypujące przetarte szlaki. Przekraczają rwące górskie rzeki, które są nie lada wyzwaniem dla dorosłych koni, a co dopiero mówiąc o źrebaku i psiakach. Przejeżdżają obok różnokolorowych jezior, podziwiają skały o kształtach dziwacznych zwierząt. Otaczające ich góry dochodzą do 7000 m. Na pokrytych trawą stokach pasie się bydło i tabuny koni. Konie występują tu w dużej liczbie, ale są drogie. Tubylcy twierdzą, że trzeba zapłacić nie mniej niż 1000 € za sztukę. Niestety, nie udało się tego zweryfikować na jakimś targu. Im wyżej, tym bardziej wyludniona okolica. Pojedyncze zabudowania otoczone morelowymi sadami ustępują miejsca pustce. W górach spotykają tylko kilku kirgiskich pasterzy. Przeważnie podróżują w pojedynkę. Zawsze zadowoleni z życia i życzliwi, chętni do pomocy.

Niestety, nowoczesność zdążyła już skazić i daleka Kirgizję. Nasi wędrowcy mijali jurty, ale już współczesne, pozbawione uroku płachty namiotowego płótna, rozciągnięte na stelażach. Komunizm wytrzebił bogatą tradycję jurt, o których można już tylko przeczytać we wspomnieniach zsyłanych w te strony Polaków. – Nasi przewodnicy starali się, abyśmy nie mieli kontaktu z mijanymi jeźdźcami. Jak wyznał nam później Andriej, na tych terenach nadal prawdopodobnie kwitnie uprawa i handel narkotyków, więc nie chciał nas narażać – wspomina Ania. Nie bacząc na niezadowolenie Andreja, zatrzymują się przy jednej z jurt, zwabieni widokiem kilkunastoletniego mercedesa. Dostanie się nim po bezdrożach na wysokość ok. 3600 m musiała być nie lada wyczynem. We wnętrzu jurty rodzina świętowała koniec ramadanu. Kirgizja jest w większości krajem muzułmańskim. Przy wejściu w kotle bulgotał rosół z barana, wyglądał jednak mało apetycznie ze względu na pływające w nim wnętrzności. Na niskim stole leżał łamany chleb, stał miód, dżem z moreli i „sało”. – Skosztowaliśmy (nie wszyscy) tych specjałów. Rosołek był wyśmienity, najważniejsze, że gorący. Trochę się obwiałam, że dadzą nam tamtejszy rarytas, czyli baranie oko. Na szczęście najwidoczniej nie byliśmy aż tak znamienitymi gośćmi. W zamian za przyjęcie poczęstowaliśmy ich mocnym trunkiem, który wieźliśmy w jukach – opowiada Ania. Gospodarze okazali się znaną rodziną z Barskoom. Zgodnie z tradycją przodków, co roku wiosną wypędza się bydło i konie należące do okolicznych mieszkańców w wysokie partie gór, a późną jesienią spędza się stada z powrotem. Na wypas udaje się cała rodzina. Była z nimi 80-letnia babcia i kilkuletni wnuk, a owym mercedesem przyjechała w odwiedziny ich krewna – wicegubernator rejonu Karakol. – Gospodarz śpiewał nam ludowe pieśni, przygrywając na bałałajce. My nie pozostaliśmy dłużni i odśpiewaliśmy tradycyjne „Amaranty”2. Współczuję słuchaczom, bo niestety nikt z nas nie może pochwalić się ładnym głosem – dodaje Ania.

Jak już wspominaliśmy, pierwsze dni były ciepłe, ale potem zrobiło się zimno. Całe szczęście, że nie padało. Szczególnie dokuczliwe były noce, rano trawy pokrywał szron, a woda była zamarznięta. – Viola przez kilka dni dzielnie spała pod gołym niebem, pozostali uczestnicy wyprawy w namiotach. Rysiek spał ubrany we wszystkie rzeczy, które zabrał, nawet w kapeluszu na głowie. Wziął ze sobą letni śpiwór, który poprzednio świetnie się sprawdzał – ale wtedy byliśmy w Etiopii. Na nocleg rozbijaliśmy się w pobliżu strumyków i łąk. Mogliśmy napoić konie i potem po spętaniu puszczaliśmy je luzem na wypas. Mieliśmy zawsze możliwość umycia się w lodowatej wodzie, ale niezbyt ochoczo z tego korzystaliśmy. Główny ciężar rozpalania ogniska i przygotowywania – nawet smacznych – posiłków spoczął na Andrieju, który pilnie przestrzegał kolejności wrzucania poszczególnych produktów do kotła, zgodnie z „rozpiską” otrzymaną przed wyjazdem od żony. Doprowadzaliśmy go do szału, proponując większą dowolność przy komponowaniu posiłków. Myślę, że on po prostu pilnował, aby nam wystarczyło jedzenia do końca rajdu, nawet na wypadek jego niespodziewanego przedłużenia. Myśmy jednak stale popędzali przewodników i skończyliśmy rajd o jeden dzień szybciej. Toczyliśmy też ciągłe spory o to, kto pozbiera drewno i pozmywa naczynia w lodowatej wodzie. W wyższych partiach gór o drewno było trudno. Rachityczne ognisko produkowało raczej dym niż ogień i ciepło. Siedzieliśmy przy nim dzielnie, wieczorami wyśpiewując wszystkie piosenki ze śpiewnika, który zawsze ze sobą zabiera Krzysiek. Dobrze, że w pobliżu nikt nas nie musiał słuchać – z humorem opisuje popasy Ania.

W trakcie podróży towarzyszyły im też dzikie zwierzęta. W górnych partiach gór nieustannie słyszeli gwizdy świstaków. Niestety padały łupem psów, dla których były podstawą diety. W nocy słyszeli wycie wilków, a pewnego dnia natknęli się na zjedzonego przez nie konia, z którego pozostała głowa i ogon. Zaczęli się martwic o życie swoich koni, które spętane nie miały żadnych szans w potyczce z wilkami. Rajd dobiegł końca i na szczęście żaden z wierzchowców życia nie stracił. Na pożegnanie, zdjęli bagaże i pogalopowali wzdłuż brzegu jeziora Issyk – Kul. – Podziękowaliśmy naszym wiernym towarzyszom podróży. Dzięki koniom mogliśmy podziwiać te przecudne widoki, bez konieczności wspinaczki na własnych nogach. Dziękowaliśmy też przewodnikom, którzy wykazali się rozsądkiem i potrafili oprzeć się naszym nierozsądnym czasem pomysłom zmiany trasy – opowiada Ania.

Jako że rajd zakończył się wcześniej, postanowili wynagrodzić sobie trudy podróży kąpielami w naturalnych gorących leczniczych termach. Woda z zawartością różnych minerałów miała ok. 470C, potem wskakiwali do lodowatych strumieni. Podziwiali ulubione miejsce odpoczynku radzieckich kosmonautów; przy wodospadzie na wysokości ok. 3000 m stoi pomnik Gagarina. Zmusili też organizatora wycieczki, aby zawiózł ich do Karakolu, gdzie mieści się muzeum Przewalskiego. Eksponat w postaci wypchanego konia Przewalskiego nie przypadł im do gustu. Widzieli też hipodrom, zbudowany w latach pięćdziesiątych, jeszcze niedawno rozgrywano tam wspaniałe wyścigi. Niestety, z powodu kłopotów finansowych obecnie niszczeje. Podstawowym celem samochodowej części wyprawy była Tamaga, miejscowość położona ok. 100 km na północ od Karakolu. Tam według legend pochowany został św. Mateusz ewangelista. Andriej był niechętny w spełnieniu tego życzenia swych klientów, ale zdał egzamin na piątkę. Odnalazł starszą panią, miejscową nauczycielkę rosyjskiego pochodzenia, która znała się na różnych ziołach i naturalnym lecznictwie. Zaprowadziła ich na wzgórze nad zatoczką. Podobno monastyry z grobami chrześcijan zostały zalane, gdy podniósł się poziom jeziora. Przewodniczka zaprowadziła ich do katakumby, podziemnego korytarza pod wzgórzem. Zbierali się tam przed wiekami chrześcijanie. Na odchodne każdy z wędrowców dostał grudkę gliny – lekarstwa na długowieczność i „krasotę”, czyli urodę. Najwięcej otrzymał jej znany już Czytelnikom Krzysiek.

Podczas wyprawy nie zabrakło też polskich akcentów. W Tomadze mieszkają dwie polskie rodziny, których gospodarstwa wyraźnie odbiegają od innych pod względem czystości i porządku. – Kirgizi słysząc, że jesteśmy z Polski, ciepło wspominali prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wprawdzie nigdy nie odwiedził Kirgizji, ale był znany ze swego przyjaznego nastawienia do państw byłego ZSRR – opowiada Ania. W stolicy kraju Polonia liczy ok. 200 rodzin. Potomkowie przesiedleńców z Podola i Wołynia, ofiar czystek z lat 30. XX w. Do dziś posługują się językiem ojczystym, bo przez lata mieli nauczycieli z Polski. Niestety, w 2010 r. nie znaleziono w kraju środków na opłacanie tych nauczycieli, nad czym mieszkańcy bardzo ubolewają. Nadal działa muzyczny zespół ludowy i wydawana jest gazetka o swojskiej nazwie „Płomyczek”. Spotkania z Polonią przyniosły wędrowcom sporo wzruszeń. Poza tym poczuli smak wolności, o której żyjąc w cywilizacji, na smyczy telefonów komórkowych możemy tylko pomarzyć. Kirgizi pokazali, że mimo surowych warunków życia, można czerpać pełnymi garściami szczęście, jakie daje kontakt z końmi i dziką naturą.

1 Ferdynand Antoni Ossendowski (1876- 1945), pochodził ze szlacheckiej rodziny o korzeniach tatarskich. Studiował nauki przyrodnicze, matematyczne i ścisłe w Petersburgu i Paryżu, wykładał na uniwersytecie w Petersburgu i był profesorem Uniwersytetu Technicznego w Tomsku. Wybrał jednak pracę naukową w terenie, bo jego pasją były podróże. Podróżował po Kraju Ałtajskim na Syberii, pływał na statkach handlowych do Indii, Japonii i na Sumatrę, prowadził badania geologiczne w Mandżurii. Znał biegle 7 języków (w tym chiński i mongolski), dzięki czemu udało mu się uciec przed bolszewickimi represjami. Światową sławę przyniosła mu książka „Zwierzęta, ludzie, bogowie”. Opisał w niej wspomnienia z ucieczki z ogarniętej rewolucją Rosji – do końca życia walczył z zarazą komunizmu. Uciekał przez Omsk i Krasnojarsk, spędził zimę w tajdze, przeprawił się do Mongolii, a potem przez Tybet do Chin.

2 Barwny ich strój, amaranty zapięte pod szyją, Ach, Boże mój, jak ci polscy ułani się biją, Ziemia aż drży, stary szyldwach swe oczy przeciera, Wszak on ich zna, to są ułani spod Somosierry.

A czyjeż to imię rozlega się sławą? Kto walczył za Francję z Hiszpanami krwawo? To konnica polska, sławne szwoleżery, Zdobywają szturmem wąwóz Samosierry.

Już francuska jazda cofa się w nieładzie, Pod naporem wroga wał trupów się kładzie. A wtem Napoleon na Polaków skinął, Skoczył Kozietulski, jazdę w czwórki zwinął.

A wtem mignął ktoś, a pod nim biały koń, I trąbka gra trata ta ta ta…

Shopping Cart
Przewiń do góry