Koń to nie jest dla mnie przyjazne zwierzę

Foto: Inka Wieczeńska

Z aktorką Anną Korcz rozmawia Inka Wieczeńska.

 

Jest Pani jedną z najpiękniejszych polskich aktorek, więc o rolę zapewne nie trudno?

Uroda to rzecz gustu. Nie to, co ładne, a to, co komu się podoba. W zawodzie aktorskim jest mi bardzo trudno. Kilku reżyserów prorokowało, że w Polsce będę bardzo mało grała. Twierdzą, że mam specyficzną urodę i żeby ją oddać, to nie wiadomo, jak mnie filmować. Faktem jest, że nie „uwielbia” mnie film fabularny.

A Hollywood za daleko?

Nie śmiałabym tam pretendować. Dużo grałam w teatrze. Teraz mam swój macierzysty serial, dzięki któremu jestem bardzo popularna. W szkole zawsze powtarzano, że nie wystarczy sam talent. Musi być trochę szczęścia.

A szczęście mniej sprzyja. Stale przed Panią wymarzona rola!

Zapewne nigdy jej nie zagram, bo w życiu jest na opak. Zauroczona jestem Basią w „Nocach i dniach”. Jadwiga Barańska zagrała ją obłędnie z całą jej próżnością, ze wszystkimi przeciwnościami i słabościami. Powinna dostać co najmniej jednego Oskara za kunszt aktorski. Marzy mi się ta rola, aby pokazać, jaka głęboka potrafi być kobieta. Wielka, małostkowa, głupiutka czy wielkoduszna. Tam jest wszystko w tej postaci. Moja estetyka jest trafiona w sedno. Dorosłam do tego wieku, że mogłabym tę rolę zagrać.

Pani niezaprzeczalną bronią jest naturalność.

Może to wynika z tego, że nie znoszę wazeliniarstwa. Brzydzę się układami. Uwielbiam szczerych, zwykłych, prostolinijnych ludzi. To oni stanowią sól ziemi. Staram się wszędzie być sobą i nie będę udawała, że jestem inna. „Buzia w ciup i rączki w małżyk” – to nie mój wzorzec. Jestem temperamentna, zbliżona charakterem do Włoszki, Bułgarki, Węgierki czy Litwinki. Czyli głośna i macham rękami. Jestem po prostu kawał cholery.

I jest Pani zodiakalną lwicą.

Jestem królową zwierząt. Zawsze opowiadam, że jak król lew idzie na łowy, to ja rządzę królestwem. Na Discovery widzę, że jest odwrotnie. Muszę zmienić tę teorię. (Śmiech.) Oczywiście, w domu jestem dyrektorką. Rządzę wszystkim. Dbam o wystrój, o jedzenie, czystość, edukację. Jestem typową gospodynią domową.

A od niedawna i rolnikiem.

Pięciokrotnym rolnikiem, bo jestem właścicielką 5-hektarowej posiadłości pod Nowym Dworem w Pomiechówku. To miejsce, gdzie powstanie nasz rodzinny dom starości. Póki co w potężnym ośrodku wypoczynkowym odrestaurowaliśmy salę bankietowo-konferencyjną. Wszystko przepięknie położone w rezerwacie przyrody z mnóstwem dzikiej zwierzyny. Jedynie brakuje koni, nie ma nic piękniejszego, jak galopujące konie przez wodę. To jest coś nie do opisania. To obłędny widok.

Ale nie jeździ Pani konno?

Generalnie boję się koni. Są dla mnie za duże. Skoro jestem królową zwierząt, muszą być mnie podporządkowane. Jednak nie chcą. Któregoś razu klacz próbowała mnie zgnieść. Wyraźnie czuła, że boję się jej. Kiedy siedziałam na grzbiecie, nie bałam się. Kiedy zeszłam i stanęłam koło zadu, zaczęła mnie przyciskać do bandy. Natychmiast na pomoc rzucił się koniuszy. Wówczas dotarło do mnie, że koń to nie jest dla mnie przyjazne zwierzę. Nie potrafiłabym go okiełzać. Chętnie zostałabym amazonką pełną parą i świetnie galopowała, ale nie lubię się uczyć. Mnie nie sprawia przyjemności pokonywanie etapów. U mnie musi być już i natychmiast.

Całkowity brak cierpliwości?

Tak. Dlatego sprzątanie jest najlepszą rzeczą, bo efekt jest natychmiastowy. (Śmiech.) Jazda konna nie jest moją pasją. Prawdziwą pasją są moje dzieci, pomimo że nieraz przynoszą łzy i rozczarowanie. To one nauczyły mnie obcować z końmi. We wszystkim im kibicuję. Godzinami wysiadywałam przy padoku i cieszyłam oczy, kiedy anglezowały czy wchodziły w galop. Cieszyło mnie, kiedy robiły postępy. Zawsze po jeździe maszerowaliśmy wspólnie do boksu. Uwielbiam zapach stajni.

W genach ma Pani przekazaną miłość do zwierząt.

Od wczesnego dzieciństwa ta miłość jest mi wpajana. Moi rodzice są zootechnikami. Wszystko, co związane ze zwierzętami, jest mi bliskie i wszystkie zwierzęta kocham. Marzy mi się, aby psie schroniska wyglądały jak hotele, nie przytułki. Przerażające jest, jak ludzie traktują zwierzęta. Uważam, że bardziej humanitarne jest pozbawić życia niż przywiązywać do drzewa w lesie czy wyrzucać z samochodu. Mamy taki kraj. Cierpimy za narody, a z drugiej strony odrywamy na żywca głowy psom i kotom.

Czy w swojej posiadłości ma już Pani jakieś zwierzęta?

Kupię sobie konia. Takiego małego, grubego, niekształtnego, pulchnego włochacza.

A nie pięknego angloaraba?

Araby to nie mój klimat. Konie sportowe są piękne, ale dla mnie „przerasowione”. Kocham naturalność i dlatego marzę o koniu pociągowym, który się będzie pasł na mojej łączce. I wcale nie będę jeździć, tylko „lwim” okiem obserwować moje córki i wnuki galopujące po nieskoszonych trawach. Chciałabym, aby ten koń pomagał także w rehabilitacji chorych dzieci.

Zatem spełnienia marzeń. Dziękuję za rozmowę.

Shopping Cart
Przewiń do góry