Fantazję ułańską mam po ojcu

Foto: Inka Wieczeńska

Ze Zbigniewem Wodeckim, kompozytorem, instrumentalistą, rozmawia Inka Wieczeńska.

Pszczółka Maja, Bach i skrzypce to atrybuty wizerunku Zbigniewa Wodeckiego.

– Zgadza się. Bach to wiedza. Skrzypce praca. Pszczoła pieniądze. Tak się to układa. Gdybym nie pracował i nie został skrzypkiem, to wystarczyło nauczyć się „Chałup” i „Pszczółki Mai” i też bym wyżył. I to jest bardzo smutne spostrzeżenie.

Pana ambicje sięgały wyżej?

– Raczej ambicje moich rodziców. Wszyscy w rodzinie byli muzykami. Ojciec grał w filharmonii na trąbce. Świetnie frazował. Mama śpiewała pięknym sopranem koloraturowym. Siostra grała na wiolonczeli i też pięknie śpiewała, wiec i ja musiałem być Paganinim.

Wirtuozi nie rodzą się na kamieniu…

– Dlatego zaczęła się moja orka na ugorze. Musiałem godzinami ćwiczyć, choć w głowie siedziały mi łuki, strzały. Ojciec zawsze powtarzał: „Porządek utrzymuje świat, a ludzi bat” i zgodnie z tą maksymą szybko dochodziłem do równowagi.

Dziecięce fascynacje Robin Hoodem i Zorro bliższe były Pana sercu?

– Nawet do dzisiaj zachował się napis Zorro pod oknem naszego domu, który namalowałem jako mały chłopiec.

Ale pokochał Pan muzykę?

– Nie miałem wyjścia. Dom tętnił życiem kulturalnym. Przewijali się zaprzyjaźnieni profesorowie, muzycy, fantastyczni księża z chóru pijarów i przeróżni ciekawi ludzie. Ponadto miałem przyjemność żyć w Krakowie w czasach, kiedy było wiele postaci mocno zasłużonych dla kultury, jak E. Demarczyk, M. Grechuta, W. Dymny, P. Skrzynecki czy S. Wisłocki i J. Maksymiuk. Znajomość z nimi miała niewątpliwy wpływ na moje wychowanie.

A co zbliżyło Pana do koni?

– Z końmi miałem dużo do czynienia poprzez ojca, który często snuł opowieści z życia kawalerzysty. Od 14. roku życia służył w 8. Pułku Ułanów księcia Józefa Poniatowskiego. Z rąk Józefa Piłsudskiego dostał szablę za pokazy woltyżerki na krakowskich błoniach.

Był wszechstronnie uzdolnionym trębaczem.

– Ojciec zaczął grać na trąbce w pułku. Zanim został pierwszym trębaczem Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie był pierwszym trębaczem w orkiestrze wojskowej. Zachowało się zdjęcie ojca jadącego na koniu w pierwszym rzędzie wojskowej orkiestry. Lewą ręką trzymał wodze, a w prawej trąbkę, na której grał. Wspominał: „Jak któryś z koni wychylił się do przodu 5-10 cm, to drugi koń łbem go trącał, aby się cofnął”. Tak zwierzęta pilnowały, żeby zachować szyk.

Czuły wojskowy dryl.

– Kocham inteligentne i mądre konie. A nawet powiedziałbym, że większym szacunkiem darzę konie niż ludzi. Ojciec opowiadał niesamowite historie. Kiedy z elewami pijani wracali do koszar przez płot, to zawsze spali w stajni. Ojciec kładł się na sianie obok koni w boksie. Zwierzak potrafił pół nocy trzymać łeb podniesiony do góry, aby ojciec miał gdzie spać.

Pańskie relacje z końmi tak nie wyglądały!

– Jedyny raz siadłem na pociągowego konia, będąc w Rabce. Momentalnie mnie zrzucił i poharatałem sobie kolano. Teraz nie jeżdżę z oczywistych względów. Nie mogę sobie pozwolić na kontuzję ręki czy barku. Wówczas byłby koniec z moim graniem. Nie ma czasu na jazdy. Trzeba ćwiczyć partytury. Tylko proszę nie myśleć, że jestem taki uważalski.

Ani mi to w głowie. Wiem, że fantazja Pana nie opuszcza.

– O, tak. Fantazję ułańską mam po ojcu. Nie potrafię wysiedzieć na miejscu. W dzieciństwie też byłem niezłym łobuziakiem. Na podwórku należałem do bandy „Ułanów”. Tak praliśmy się tyczkami od fasoli, że aż krew się lała. Do tyczek przywiązywaliśmy szmaty. Maczaliśmy w benzynie i podpalaliśmy.

To trochę zakrawa na chuligańskie wybryki.

– W młodzieńczym okresie mama miała ze mną krzyż pański. Przeróżne sztuki wyczyniałem. Chodziłem po gzymsach, kanałach. Siostry zakonne starały się mnie przekupić czekoladkami, bym tylko nie chodził po wyskokach barierkach. Uwielbiałem wieszać się na parapetach po zewnętrznej stronie. Robiliśmy zawody, kto dłużej wytrzyma, wisząc z podwiniętymi nogami.

To dosyć ryzykowne – Lubiłem ryzykować. Te 30 warstw lakieru na Pana samochodzie to skutek ryzykanctwa?

– Stare dzieje. To jeszcze na fiacie 125p. Z tego okresu zachowała się słynna anegdota. Kiedyś w Krakowie zajechałem drogę motorniczemu tramwaju. Wyskoczył z kabiny. Popatrzył. „Aaa, Pan Wodecki. Uczulano mnie w zajezdni, żebym na Pana uważał”.

A jak jest dzisiaj?

– Kto za młodu się wyszaleje, ten ma spokój później. Teraz mam 240 koni, ale pod maską. Tylko nie mam gdzie ich sprawdzić.

Dziękuję za rozmowę.

 

Shopping Cart
Przewiń do góry