Wyboista droga do celownika

Tekst: Małgorzata Odyniec
Foto: Iwona Pawłowska

30 km na południowy zachód od Gdańska, na skrzyżowaniu dróg wojewódzkich nr 226 i 233 leży mała niepozorna osada Mierzeszyn. Jej początki sięgają X-XIII w., a pierwsza udokumentowana wzmianka o wsi pochodzi z 1356 r., gdy Winrych von Kniprode, komtur gdański, wydał dokument lokacyjny. Przejeżdża przez nią niewiele samochodów i mało kto zwraca uwagę na pasące się przy szosie konie. Bardziej dociekliwych zdziwi widok szerokiego pasa zabronowanej ziemi, który otacza padoki, wyglądający jak tor wyścigowy. Wniosek jest trafny, bo przed 11 laty Maja Hampel-Bochińska wraz z mężem Michałem założyła tu stajnię wyścigową Bohema. Stajnia oprócz tradycyjnych usług pensjonatowych oferuje rehabilitację koni. Przede wszystkim jednak są tu hodowane i trenowane konie pełnej krwi angielskiej. Właścicielka ma publiczne uprawnienia do ich trenowania.

Czemu zdecydowałaś się właśnie na folbluty?

– To najmądrzejsze konie na świecie. Jak się czegoś raz nauczą, to do końca życia pamiętają. Obiegowa opinia na temat tych koni jest nieco spaczona. To nie są potwory, znam więcej arabów z problemami z psychiką. Folblut to koń konkretny. Ogier kombinuje, co by tu robić, żeby nic nie robić, a kobyłka zawsze się przemęczy – serce na dłoni, zawsze zrobi więcej niż od niej chcesz, w pracy daje z siebie wszystko. Może to zaskakujące, ale uważam, że konie te mają w sobie dużo spokoju. Ich rzekoma chorowitość to wina człowieka. Od 11 lat nie miałam w stajni ani jednej kolki. Folblut jest wymagający, jeśli chodzi o żywienie, zjada dużo więcej pasz treściwych, ale jeśli przestrzega się podstawowych zasad, to nie ma problemów. Moje bolączki to kontuzje. Tu się leczy i rehabilituje konie, większość wraca do zdrowia, nie tylko folbluty.

A czemu właśnie wyścigi?

– Po pierwsze, wyścigi to jedyna konkurencja wykorzystująca naturalny instynkt tych zwierząt. Po drugie, dostarcza ogromnych, pozytywnych emocji. To po prostu frajda dla zwierząt, właścicieli, trenerów, jeźdźców i widzów. Bezpośrednia rywalizacja to wielkie emocje, dlatego pewnie to olbrzymi biznes i rozrywka w rozwijających się i bogatych krajach. To narodowy sport w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji czy Emiratach Arabskich. Także w wielu innych krajach na świecie. Moja osobista przygoda z końmi wyścigowymi zaczęła się w latach 90., gdy wbrew woli opiekunów uczestniczyłam w galopach sopockich stajni wyścigowych. Stajnie te niestety zakończyły działalność. Do folblutów wróciłam, gdy poznałam mojego męża i zaraziłam go fascynacją do tych koni. Wyścigi dodały do tego emocji, oboje potrzebujemy adrenaliny. W mieście zaczęło być nam ciasno i zdecydowaliśmy się na zakup gospodarstwa z myślą o treningu koni. Koncepcja opierała się na trenowaniu w warunkach naturalnych przy wykorzystaniu urozmaiconych terenów oraz jednocześnie blisko położonego sopockiego toru.

W jaki sposób zdobywa się uprawnienia do trenowania koni wyścigowych?

– Trzeba mieć praktykę – 5 lat w stajni wyścigowej, minimum średnie wykształcenie z maturą albo ukończone studia na kierunku zootechnika lub weterynaria i wtedy ta wymagana praktyka jest mniejsza. Ścieżka wygląda tak, że najpierw uzyskuje się uprawnienia do trenowania własnych koni, a po kilku latach można ubiegać się o uprawnienia publiczne (trening koni powierzonych). Dziś ciężko wybić się młodemu trenerowi. Kiedyś było łatwiej, gdyż trener otrzymywał do stajni od państwowej stadniny cały rocznik dwulatków i z tej stawki mógł wyłuskać te najlepsze. To do dziś funkcjonująca przewaga starszych trenerów. Teraz obowiązują warunki rynkowe, choć dawne sukcesy wykreowały niektórych trenerów. Stara prawda mówi: „trenera robi koń”. Przez pierwsze trzy lata treningu, dzięki zaufaniu dyrektora Michała Wojnarowskiego trenowałam konie z SO Łąck. Nie były to konie najwyższych lotów, ale pod moją opieką zajmowały płatne miejsca. Byłam zupełnie zielona, jak zaczęłam się tym zajmować. Nie było i nie ma żadnej literatury fachowej. Pewne zasady opisał pobieżnie Witold Pruski. Trzeba pracować w stajniach wyścigowych i podpatrywać trenerów. A nie jest to łatwe, każdy trener ma charakterystyczny sposób treningu, choć na pozór wydaje się to do siebie podobne. Jest to kwestia wyczucia, jak w leczeniu małych dzieci. Wszystko to kwestia intuicji i obserwacji zwierzaka. Zdarzają się przypadki, że trenerzy koni wyścigowych nigdy nie siedzieli na koniu, ja sobie tego nie wyobrażam.

Jak wygląda trening konia wyścigowego?

– Specyfika tej pracy polega na tym, że konie powinny pracować co najmniej w parach, a najlepiej w grupach. Folbluty rodzą się na wiosnę, w październiku półtoraroczne konie idą już do pracy. To źrebaki. Zadaniem trenera jest zobaczyć w tym koniu potencjał. W pierwszym etapie oswojenia idą najpierw do karuzeli, stępują, zaczynają kłusować, nabierają kondycji. Muszą rozwinąć mięśnie grzbietu. Potem siodłamy i do boju! Pierwsze kentry (wolne przebieżki) zaczynają się dopiero zimą. Jak intensywnie i z jaką szybkością pracują, zależy od trenera. Ja robiłam krótkie, szybkie galopy, dlatego że u młodych koni pojawia się takie bardzo powszechne schorzenie – bukszyny. To zapalenie kości śródręcza, powstałe w wyniku uderzeń nóg o nawierzchnię. Te źrebięta są jeszcze nieskostniałe i obowiązkiem każdego trenera jest zrobić zdjęcia rentgenowskie stawów nadgarstkowych przed pierwszymi kentrami na początku stycznia, aby sprawdzić, jaki jest proces skostnienia i czy koń nadaje się już do pracy wyścigowej. Młode folbluty to żywe srebro. Trening w naturalnych warunkach, mimo różnych przeszkód, dawał efekty oraz ciekawe doświadczenia. Jak jeździliśmy w teren, na otwarte pole, to się działo… zawodowi dżokeje przyjeżdżali i grupowo spadali, a moje dziewczynki, tu wychowane, przez 11 lat na mierzeszyńskim wikcie końskim, takie czternastolatki, najlepiej dawały sobie radę. Dwa razy w tygodniu, bladym świtem pakowaliśmy konie w trajler i jechaliśmy na sopocki hipodrom. Dyrekcja zarzucała mi nawet, że za szybko galopuję (!) i to niebezpieczne, ale ja przecież do Sopotu nie jechałam na spacer, tylko żeby koniom zmierzyć czas, sprawdzić ich formę. Plan treningowy układałam w zależności od wieku i dyspozycji dystansowych. Była to praca w terenie, na małym torze przy domu albo w Sopocie. Dzierżawiliśmy także duże pole od kurii biskupiej na Koziej Górze i tam przygotowaliśmy 2000 m wybronowanego toru z potężną górą. Nie miałam potrzeby używania karuzeli, gdyż konie były już tak rozprężone, zanim tam dotarły i występowane, jak wracały do stajni, że wystarczyło je tylko porządnie nakarmić i „położyć spać”. Najlepszym trenerem jest żłób, program żywieniowy to moja słodka tajemnica i nawet Tobie go nie zdradzę. Dziś nasze konie powierzone są trenerowi Jodłowskiemu, który stacjonuje na Służewcu. Może to wydawać się sprzeczne z moimi poglądami, ale z różnych powodów, także prywatnych, o których dziś nie będę mówić, nie wykupiłam licencji na trening koni w bieżącym sezonie. Mam za to ogromny bagaż emocji ulokowany w młodej 2-letniej klaczce zakupionej jesienią zeszłego roku na aukcji w Irlandii. Mała nazywa się Be in Touch (Bachelor Duke – Bolero Again po Sadlers Wells) i prawie codziennie konsultujemy postępy jej pracy z trenerem.

Pastwiska masz zawsze zajęte, nie boisz się kontuzji?

– Jestem jednym z niewielu trenerów, który uważa, że koń powinien zażywać swobodnego ruchu, korzystając z odpowiedniej wielkości areału. Moje konie są szczęśliwe, zdrowe i spokojne. Nie kopią, nie gryzą i nie uważają wyścigu za jedyną okazję do wybiegania się. Były wprawdzie takie momenty, że jak dochodziły do formy wyścigowej, to sobie urządzały wyścigi wokół pastwiska i się przemęczały. W takim wypadku, aby zachowały rezerwę sił na start, na tydzień przed wyścigiem nie chodziły na padok. Trawy koniom wyścigowym podobno się nie daje. Ale ja mam inne zdanie na ten temat. Koń z dobrej trawy, którą regularnie dosiewamy i pielęgnujemy, pobiera wszystkie potrzebne mu składniki.

Czym różni się jazda na koniach wyścigowych od jazdy na zwykłych wierzchowych?

– Sama jazda, moim zdaniem niczym się nie różni, oprócz tego, że sprzęt jest inny. Jeździec treningowy powinien mieć doświadczenie w jeździe „sportowej”, bo to bardzo pomaga. Zasady są podobne, koń reaguje na dokładnie te same bodźce. Dla nowicjusza problemem może być mocny kontakt na wędzidle. Jeździ się także w nieco krótszych strzemionach. W terenie natomiast nie stosujemy tzw. pigotek, byłoby niebezpieczne. Nazwa tej długości strzemion pochodzi od nazwiska jednego z najlepszych dżokejów na świecie – Lestera Piggotta, który opracował dosiad na krótkich strzemionach i w ten sposób zwiększył prędkość galopu konia. Jedynym wędzidłem, którego nie używa się w „sporcie”, jest bit ring – kolec z wędzidłem. Jest on stosowany u koni, które w pewnych prędkościach w galopie mają problem z utrzymaniem prostej linii toru jazdy i zaczynają wyłamywać. W bit ringu jest tak, że zanim wyłamanie skontruje ludzka ręka, to wędzidło samo konia wyprostuje. Jest to jednak bardzo ostre wędzidło i używa się go raczej u koni, które mocno się niosą lub u koni młodych, co pomaga im utrzymać równowagę. Dosiad wyścigowy jest przeniesiony bardziej do przodu i mocno odciąża zad. Folbluty rodzą się z przebudowanymi zadami, bo to motor, który jest potrzebny i to właśnie siła i prędkość w galopie.

Jakie są systemy rozgrywania wyścigów?

– W Polsce istnieją dwa typy rozgrywania gonitw: handicapowy i grupowy. Celem zawsze pozostaje wyselekcjonowanie najszybszego konia. Handicap to waga podawana w kilogramach, jaką ma nieść koń, określana na podstawie osiągniętych wyników. Ustalenie handicapu ma na celu wyrównanie szans koni w gonitwie. Koń po odbyciu dwóch gonitw uzyskuje wagę handicapową ustalaną przez stosownego sędziego. Istotą tego rankingu jest określenie dzielności konia, a zarazem wyznaczenie wagi, która niesiona przez konie wyrównuje ich szanse w teoretycznej gonitwie, w której razem by wystartowały. Wyścigi handicapowe są nieco inne. Są to szczególnie widowiskowe gonitwy, gdyż konie biegną „łeb w łeb”, a odległości na celowniku są niewielkie. Obciążają także psychikę konia, na co trener powinien zwrócić uwagę, zgłaszając konia do takiego wyścigu. Inny system to wyścigi grupowe. W polskim systemie istnieją cztery grupy, do których kwalifikuje się konie. Najniższa, czwarta grupa przeznaczona jest dla koni, które nie wygrały wyścigu. Wygranie gonitwy przez takiego konia skutkuje przejściem do grupy trzeciej, potem z trzeciej do drugiej itd. To dość pobieżny opis, jest jeszcze wiele innych warunków. Wszystkie reguły z tym związane są zapisane w tzw. prawidłach wyścigowych. Wielkie nagrody, o których słychać w mediach, jak np. Wielka Warszawska czy Derby to wyścigi pozagrupowe dla najlepszych koni, które wyszły z grup lub osiągnęły bardzo dobre wyniki mierzone wartością wygranych nagród. Takich koni życzę każdemu i samej sobie.

A gonitwy płotowe?

– To zawsze długie dystanse z płotami, ale prędkość pozostaje cały czas najważniejszym elementem. Płoty to drewniane skrzynie z brzozowymi hyrdami o wysokości 130-140 cm, czasem z nachyleniem w kierunku skoku. Te wyścigi odbywają się w Polsce po okręgu toru, na Służewcu po tzw. wewnętrznej bieżni na dystansach 2400-3800 m.

Czym się różni gonitwa przeszkodowa od płotowej?

– W przeszkodowej są żywopłoty tzw. steeple. Mogą być rozgrywane po okręgu lub cross country, gdzie trasa wyścigu jest kręta, a przeszkody zróżnicowane, np. Wielka Pardubicka. Sopot był jedynym torem w Polsce, na którym rozgrywano takie gonitwy. Na koniach płotowych i przeszkodowych skacze się specyficznie, one czeszą przeszkody. Nie wolno im pokazywać odskoku, nie wolno im przeszkadzać. Muszą nauczyć się same sobie radzić i same liczyć przy tak dużych prędkościach (tempo ponad 800 m/min). Błąd człowieka jest zbyt ryzykowny. Nauka zaczyna się podobnie, cavaletti, koperty, potem ten trening jest zupełnie inny. Koń musi sam na sobie polegać! Trening koni płotowych i przeszkodowych to skoki, góry, góry, góry i jeszcze raz góry. Ovidiusz to mój pierwszy koń płotowy, wszystkiego mnie nauczył. Był już „stary”, jak do mnie trafił – miał 5 lat, po płotach z sukcesami, ale po zerwaniu ścięgien w obu przednich nogach. Był trenowany przez Grzegorza Wróblewskiego. Weterynarz orzekł, że ten koń już raczej pod siodłem chodził nie będzie. Minęły dwa lata i wygrał nagrodę Pośwista. Wtedy jeszcze nie było zastrzyków z kwasu hialuronowego ani komórek macierzystych, była to moja własna ciężka praca. Jest to koń z wieczną kondycją. Teraz niejeden młodziak by sobie z nim nie poradził, a i jeźdźcom też daje popalić.

Czy kucie koni wyścigowych jest też inne?

– Tak, troszkę skraca się przód w kopytach, wtedy dźwignia przenoszenia ciężaru ciała jest inna. Zasady kucia są takie same, tylko podkowy są dużo lżejsze. Na świecie stosuje się podkowy robocze i wyścigowe. Te robocze są stalowe, ale są jak biżuteria, cieniutkie i mają bardzo głębokie gryfy. W Polsce hacele są niedozwolone. Podkowy wyścigowe są aluminiowe. Jest to podkowa na jeden wyścig, dwa treningi i do przekucia. Gwoździe są małe, zerówki, jedynki, bo te kopyta są delikatne.

Jakimi końmi możesz się pochwalić?

– Gwiazdy z mojej stajni to na pewno Ovidiusz (Dameto – Ombrelia po Dixieland), Bel Vedere (Nible – Badalona po Amyndas). Niestety, nam samym nie udało się wyhodować żadnej sławy. Najlepszy materiał genetyczny był, podkreślam był, w stadninach państwowych. Teraz otworzyły się wrota do Irlandii i stamtąd zaczął się napływ krwi. Powszechnie wiadomo, że to kraj o najwyższym, światowym poziomie hodowli, a jego sytuacja gospodarcza przyczynia się do uzyskiwania optymalnych cen. Na tegorocznej aukcji Tattersalls kupujący z Polski nabyli 23 konie!

Jak długo taki folblut się ściga?

– Zwykle począwszy od wieku 2 lat przez 2-4 sezony. Są oczywiście wyjątki, jak wspomniany wyżej Bel Vedere, który wygrywał gonitwy w wieku 10 lat. Ale to rzadkość.

Co się dzieje z folblutem po skończonej karierze?

– Klacze, jeśli spełniają kryteria, trafiają w wieku 4-5 lat do hodowli, a ogiery i wałachy (poza tymi wyjątkowymi) trafiają do sportu lub rekreacji. Niestety obiegowa opinia skutkuje… Zwykle w sporcie są niechciane, choć wg mnie to wielki błąd, gdyż np. w WKKW w próbie terenowej nie było lepszych koni. Warto też wspomnieć, że folbluty pojawiają się na czołowych miejscach w rankingach ogierów koni sportowych. To wielka, niewykorzystana szansa. Innym sposobem wykorzystania koni po karierze wyścigowej jest rekreacja, w której folbluty także się sprawdzają. Na organizowanych corocznie jesienią w Polsce aukcjach koni pełnej krwi Kazachstan kupuje w tej chwili wszystko. To jest dla nas szansa, żeby te słabsze konie spieniężyć. Dowiedziałam się przypadkiem od naszych kupców, że sprzedany Kazachom koń znajomego wygrał tam wyścig na 30 km. Nie wyobrażam sobie, jak koń może pokonać 30 km galopem. Niestety, przeważnie o sprzedanych tam koniach słuch ginie. Nie wiemy też, jak wygląda tam program gonitw i czy w ogóle istnieje. Bardzo żałuję, bo wyścigi mają przecież służyć selekcji hodowlanej.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i życzę, aby jednak czasy się zmieniły i ta droga do celownika nie była tak wyboista.

Shopping Cart
Przewiń do góry