„Znów rajdujemy pięknym krajem", czyli Ziemia Kłodzka w siodle

Tekst i foto: Marzena Józefczyk

Ziemia_klodzka.jpgTa rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– Cześć, tu Lokusz. Pojedziesz ze mną na rajd?
– Kiedy?
– No wiesz, mamy czwartek, w weekend jestem zajęty, to w poniedziałek byśmy pojechali, na dwa dni.
– Jak to, w TEN poniedziałek?
– No, muszę znaleźć dobrą trasę na rajd w następny piątek, znasz teren, pomożesz mi.

No cóż, namówił mnie. Ludziom, którzy nadają na podobnych falach, nie potrzeba wiele – wystarczy hasło rzucone na podatny grunt. Poza tym, gdy obowiązków jest tyle, że nie wiadomo od czego zacząć, od powrotu z poprzedniej wyprawy minęły już dwa tygodnie, a przyjaciel potrzebuje pomocy w szukaniu dobrej trasy na rajd, to nie ma rady – trzeba rzucić wszystko i jechać. Tym bardziej, że za oknem najpiękniejsza pora roku i wymarzona wprost pogoda na konne szwendanie.

Lokusz sprowadził się w moje okolice, czyli na południe Ziemi Kłodzkiej, sześć lat temu. Wcześniej urzędował w Beskidzie Niskim, w Nowicy. Gdy życie zmusiło go do poszukiwania sobie nowego miejsca na ziemi, zaczął rozglądać się za równie dziką okolicą w polskich górach. Przyjeżdżając w Sudety, nie mógł trafić lepiej. Mało kto zdaje sobie sprawę, że Góry Bystrzyckie i Orlickie na zachodzie regionu oraz Złote, Bialskie i Masyw Śnieżnika na wschodzie są jednymi z najdzikszych pasm w Polsce. Mieszkańcom wydają się zapomniane przez ludzi i Boga, w dużej mierze dlatego, że masowa turystyka wciąż tutaj nie dotarła. Albo dotarła dawno temu i też zapomniała o tym rejonie. Taki stan trwa od lat i dziwi, bo chociaż nieco niższe i mniej znane, pod względem atrakcyjności nie ustępują wcale Beskidom, Bieszczadom czy pobliskim Karkonoszom. Nic dziwnego, że Lokuszowi dobrze jest w Potoczku w Masywie Śnieżnika.

W sprawie naszej spontanicznej wyprawy Lokusz wykonał jeszcze dwa, równie skuteczne telefony: jeden do Oli z Gajnika, drugi do Andrzeja z Boboszowa. Oboje prowadzą ośrodki jeździeckie, oboje dużo jeżdżą w terenie. Teoretycznie cała trójka jest dla sobie konkurencją, ze względu na profil działalności oraz niewielkie oddalenie od siebie. W praktyce są pięknym dowodem na to, że współpraca jest możliwa i przynosi wszystkim wymierne korzyści.

Słoneczny, poniedziałkowy poranek zastał mnie w drodze do Lokusza. W pobliskiej Bystrzycy Kłodzkiej dzieci właśnie spieszyły się do szkoły, a dorośli do banków, urzędów i biur. Minęłam cały ten poranny rwetes i popędziłam do Potoczku. Na powitanie zostałyśmy z Olą uraczone doskonałym, wegetariańskim śniadaniem, po czym poszłyśmy zapoznać się z końmi. Mnie dostała się kasztanka Mary Lou, dzięki czemu przez kolejne dwa dni nie potrafiłam zapomnieć melodii piosenki autorstwa Agnieszki Osieckiej „Dwa wesela". Już przy pierwszym kontakcie z końmi upewniłam się, że są dobrze wyszkolone, doświadczone w terenie i dzięki temu bezpieczne. Stadko nie jest duże, co daje Lokuszowi możliwość poświęcenia każdemu koniowi odpowiedniej ilości czasu i uwagi na szkolenie metodami naturalnymi. Gdy dodać do tego westernowy rząd, Lokuszowe skórzane czapsy i obowiązkowy kowbojski kapelusz, to uzyskamy obraz amerykańskiego rancza w realiach wsi sudeckiej. Nawiasem mówiąc, nie jest to jedyny ośrodek jeździecki w regionie rodem z westernu – rozsiane są gęsto od Gór Złotych aż po Góry Izerskie.

Ramowy plan naszej trasy został opracowany już wcześniej. W założeniu mieliśmy udać się na południe, w okolice Boboszowa, po czym prowadzącym wzdłuż granicy polsko-czeskiej szlakiem skierować się na północ, aż do Przełęczy Spalona. Tam zarezerwowany był nocleg w Schronisku Jagodna, po czym powrót nieco krótszą trasą – wschodnim skłonem Gór Bystrzyckich do Międzylesia i stamtąd niebieskim szlakiem do Potoczku. Plany planami, ale kto szwenda się trochę konno w terenie, wie doskonale, że gdy jedzie się na rekonesans, wszystko może się wydarzyć. Na dobry początek bez przygód trafiliśmy na przejście graniczne w Boboszowie, gdzie stoją dwa dobrze zaopatrzone sklepy z czeskim piwem. Miejsce jest doskonałe na popas, ponieważ tuż obok rozciąga się łąka, której zapach i widok wyraźnie ucieszył nasze konie. Stojący nieopodal patrol Straży Granicznej nawet się bardzo nie zdziwił, gdy nas zobaczył, bo Lokusz już niejednokrotnie zapuszczał się konno w te okolice. Zaraz za granicą duże wyzwanie stanowi znalezienie bezpiecznego przejścia przez tory kolejowe. Szlak pieszy jest w tym miejscu naprawdę dla pieszych – z wąskimi, stromymi schodkami wyprowadzonymi wprost z nasypu. Za to dalej wspina się łagodnie polną drogą wzdłuż granicy, a ponieważ Lokusz jeździ najchętniej stępa lub galopem, a ścieżka wprost zapraszała do galopu... Pomimo krótkiej, ale intensywnej letniej ulewy w trakcie szalonego pędu zatrzymaliśmy się dopiero na przełęczy nad Kamieńczykiem. W Kamieńczyku dobrze jest zarządzić kolejną przerwę, ponieważ dobrzy przyjaciele prowadzą tam gościnną Górską Kawiarenkę Janulenka. Doskonała kawa i świeże truskawki w śmietanie doprawione pięknym widokiem smakują jeszcze lepiej.

Więcej przeczytasz w sierpniowym numerze miesięcznika "Konie i Rumaki"