JEŹDZIECTWO NATURALNE
Zajeżdżanie młodych koni cz. III
Akceptacja człowieka i siodła na grzbiecie

Tekst: Glenn Stewart
Tłumaczenie: Justyna Rucińska
Foto: Paweł Siwek

Zajezdzanie.jpgJeśli czytacie od początku cykl artykułów dotyczących zajeżdżania młodych koni, wiecie, że pora na trzecią część. W pierwszej części mówiłem o budowaniu pewności siebie u koni i akceptacji różnych narzędzi i bodźców, a przede wszystkim nas samych podczas pracy z ziemi. Następnym etapem był moment, kiedy zaczynaliśmy prosić konie o przestawianie nóg i o zaakceptowanie nas jako przywódców w naszym dwuosobowym związku partnerskim. Aż do teraz wszystko, co robiliśmy, odbywało się z ziemi i miało na celu przygotowanie konia do tego, że kiedyś na niego wsiądziemy. To „kiedyś” zaczyna się zbliżać dużymi krokami. Od momentu, kiedy zabieramy młodego konia do roundpenu, do czasu, kiedy zrobimy wszystkie przygotowania z ziemi, osiodłamy, wsiądziemy i będziemy jeździć, może minąć zaledwie jedna lub dwie godziny. Wszystko jednak będzie zależeć od konkretnego konia i tego, co potrafi osoba, która z tym koniem pracuje. W ciągu takiej intensywnej pracy wiele rzeczy może pójść nie w tym kierunku co powinno (dobre wiadomości są takie, że jeśli macie całą robotę z ziemi wykonaną i siedzicie w siodle na koniu, to prawdopodobnie poszło wam całkiem nieźle). Ćwiczenia i strategie, o których pisałem w dwóch pierwszych artykułach, mogą być, i w pewnym zakresie powinny być, powtarzane podczas kolejnych sesji z koniem, ale każda następna lekcja musi nieść ze sobą postęp. Powoli dodawajcie różne ćwiczenia do listy, tak aby koń pozostał świeży i zainteresowany. Zadawanie komuś ciągle tego samego pytania, np. ile to jest 2 + 2, bardzo szybko doprowadzi do znudzenia, a nawet frustracji, podobnie może stać się z waszymi końmi.

Pamiętajcie również, że najlepszą osobą w tak ważnym momencie życia młodego konia, jak przyjęcie jeźdźca, jest profesjonalista. Mając problem z silnikiem w samochodzie, jadę do mechanika. Mógłbym co prawda spróbować sam coś w nim pomajsterkować, ale z pewnością popełniłbym sporo błędów i zajęłoby mi to mnóstwo czasu. Zresztą z kawałkiem maszynerii jest trochę łatwiej, bo jeśli popełnimy błąd, możemy kupić nową część i zacząć zabawę od początku. Z żywymi i myślącymi istotami nie jest już tak prosto. Kiedy naprawiacie samochód, ryzyko kontuzji jest stosunkowo niewielkie, zupełnie odwrotnie wygląda ta kwestia przy zajeżdżaniu młodych koni, gdzie jest ono dość spore. Kiedy przegapicie krytyczny moment, źle przeczytacie konia albo nie jesteście wystarczająco dobrze przygotowani, możecie doprowadzić do wielu niebezpiecznych sytuacji. Konie mogą brykać, uciekać, wspinać się, przewracać się na plecy, wpadać w panikę i wiele innych. Kiedy jeździec zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę i jest nastawiony na unikanie kontuzji, jego komunikacja jest często mało czytelna. W takim wypadku można również zakończyć sesję z niepotrzebnym oporem, strachem i innymi komplikacjami u koni, które nie zostały odpowiednio przepracowane. Moim zadaniem nie jest wystraszenie tu kogokolwiek, ale wyraźne powiedzenie tego, co powinno być oczywiste dla wszystkich osób mających młode konie. Niektórzy z was wiedzą pewnie dokładnie, o czym mówię, bo albo widzieli takie sytuacje, albo co gorsza poczuli je na własnej skórze – ponoszące, brykające, wspinające się albo skaczące do tyłu na plecy konie. Mam nadzieję, że mieliście okazję tylko je obserwować.

Wróćmy jednak do głównego tematu tego artykułu, czyli do akceptacji człowieka i siodła na grzbiecie. Następnym krokiem przy zajeżdżaniu koni będzie uzyskanie jeszcze większej niż dotychczas akceptacji człowieka, czyli akceptacji człowieka na grzbiecie. Częściowo przygotowuję do tego konia poprzez podprowadzenie go do płotu, na którym siedzę i głaskanie go po obu stronach. Najczęściej jednak skaczę na konie z ziemi, tzn. na początku podskakuję tylko wzdłuż całego boku końskiego, równocześnie głaszcząc go i poklepując. Następnie, jeśli koń już się z tym oswoi, podskakuję częściowo na konia i od razu ześlizguję się z niego. Powtarzam to tak długo, aż ostatecznie zyskuję od konia pozwolenie na przełożenie się przez grzbiet i w takiej pozycji dotykam go po całym ciele. Kiedy koń jest spokojny i akceptuje takie manewry, wskakuję i kładę się wzdłuż konia z nogami połączonymi razem i leżącymi na zadzie po jednej stronie. Ćwiczę to oczywiście z dwóch stron, aby ostatecznie móc położyć się tak na koniu i być w stanie przesuwać się z jednej strony na drugą. Jeśli koń dobrze to znosi i nie pokazuje zaniepokojenia, próbuję usiąść na koniu dosłownie na moment i od razu zsiadam. Następnie powtarzam to jeszcze raz.

Całość znajdziesz w listopadowym numerze "Koni i Rumaków".