Cały czas podnoszę sobie poprzeczkęRapcewicz_1.jpg

Z Michałem Rapcewiczem rozmawia Paulina Masna
Foto: Piotr Filipiuk

Michał Rapcewicz – zawodnik ujeżdżenia, zdobył najważniejsze wyróżnienia w tej dyscyplinie, m.in. trzykrotnie stanął na podium jako mistrz Polski. Przed nim start na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Nieustanny marzyciel. Lubi, kiedy życie jest dynamiczne i pełne różnych barw, nie tylko jeździeckich.

Czy jesteś szczęśliwym jeźdźcem?

Nie.

Mam wierzyć Twoim słowom czy Twojej uśmiechniętej minie? Niedawno miałeś 30. urodziny, nie nabrałeś ochoty na zrobienie rozliczenia?

Pomyślałem wtedy, że właściwie nic nie osiągnąłem. Dużo przeżyłem, wiele swoich marzeń udało mi się zrealizować i taki niedosyt może wydawać się dziwny. Ale to tylko jedna strona medalu. Chciałem zajść wyżej z Randonem, nie udało się. W tej chwili mam bardzo dobrego nowego konia, którego chcę przygotować na Igrzyska Olimpijskie w Brazylii. To będzie prawdziwa niespodzianka. Ta trzydziestka na karku miała taki lekki gorzki posmak, bo przecież Randon jest już u schyłku swojej kariery, przed nim jeszcze około dwa sezony. Myślę o zakończeniu jego pracy na światowych i polskich czworobokach. Nie zapominam jednak, że jest przy mnie S.Rappe, który robi ogromne postępy i jest przy mnie też Westwind. Pozytywnie nastraja mnie nowy koń, którego imienia jeszcze nie chcę zdradzać. Nie czuję się szczęśliwy jeszcze i nie jestem spełniony, gdyby tak było, chyba przestałbym jeździć.

Czyli szczęście to pogoń za marzeniami?

Tak. Marzyłem już jako dziecko o starcie na igrzyskach olimpijskich. Wystartowaliśmy w Pekinie, zjechałem z czworoboku i zapytałem siebie samego ze zdziwieniem – i to było to? Było świetnie, wspaniałe przeżycie, kolejny szczebel w karierze pokonany, ale sądziłem, że to bardziej mnie uskrzydli. Cały czas podnoszę sobie poprzeczkę. Wiem, że musi być lepiej. Zresztą tego nauczył mnie mój tata, który nigdy nie był zadowolony z moich wyników w sporcie. Wiele dzieci to dołuje, ale mnie to wzmocniło i zaprocentowało.

To nie był zimny wychów?

Był. Ale ja też nie byłem łatwym dzieckiem. Nigdy nie lubiłem wyjeżdżać z klasą na wycieczki. Raz to zrobiłem i myślałem, że zwariuję. To była strata czasu. Byłem odludkiem. Chciałem być tylko w stajni i moje życie kręciło się wyłącznie wokół koni. Teraz już nie chcę prowadzić takiego życia, a wielu koniarzy zatrzymało się na takim sposobie bycia. Mając 14 lat, żyłem już jak dorosły zawodnik. Miałem inne priorytety.

Nie miałeś normalnego dzieciństwa?

Nie. Wtedy było mi dobrze. Teraz, kiedy patrzę na swoje dzieciństwo z perspektywy dorosłego mężczyzny, widzę, że to nie było dobre. I być może mój tryb życia obecnie, to, że tak dużo chcę robić, w tak wielu miejscach bywać, że chcę, żeby było kolorowo, to konsekwencja braku normalnego dzieciństwa.

Otarłeś się kiedyś o depresję?

O, wiele razy, ale jeden z przypadków zapamiętałem wyraźnie. To było w Holandii, dzień przed wyjazdem na mistrzostwa świata. Oglądałem jakiś sportowy program telewizyjny. Pokazany był zwycięzca. I zacząłem nagle płakać. Ryczałem wręcz. Dopadły mnie wątpliwości. Zainwestowałem w siebie ostatnie złotówki, wykonałem mnóstwo ciężkiej pracy, żeby się udało. Musiałem sobie trzasnąć w twarz, żeby się ocknąć z tego stanu. Nie lubię pozwalać sobie na podobne słabości.

Często uciekasz do Paryża. Za co go tak kochasz?

Za to, że nikt mnie tam nie zna. Za to, że nie myślę tam o koniach. W Holandii nie mogę tego zrobić, gdziekolwiek się ruszę, spotkam koniarza. Mieszkałem w wielu miejscach, ale to wydaje mi się być tym moim jedynym miejscem na ziemi. Bardzo lubię Warszawę i tęsknię za nią, ale jeśli jestem tu dłużej niż tydzień, już myślę o pakowaniu walizek. Chcę niedługo przeprowadzić się do Paryża, mam już upatrzonych kilka stajni, ale wiem, że ciężko jest się tam dostać. Paryż mnie kusi, bo wiele się tam dzieje. Chcę robić wiele innych rzeczy oprócz jeżdżenia konno. Dzięki temu, że życie ma szybkie tempo, tak jak to jest w Paryżu, czuję, że się rozwijam.

Czym karmisz swoje zmysły?

Uwielbiam wychodzić do kina. Rzadko wracam do filmów, właściwie nigdy, ale jest wyjątek. „Kwiat pustyni” Sherry’ego Hormana – film biograficzny opowiadający o losach Waris Dirie, urodzonej w Somalii, w koczowniczej osadzie. Waris jako mała dziewczynka została obrzezana, sprzedana jako nastolatka starszemu mężczyźnie, a w końcu stała się amerykańską supermodelką. Determinacja tej dziewczyny jest niezwykła. Przeszła piekło, a zostało w niej wiele pozytywnej energii do życia. Lubię takich bohaterów. Podobnej siły potrzeba sportowcom. Sam wiele razy słyszałem, że nie mam talentu do jeździectwa i właśnie gdyby nie to, co mam w głowie, nie zaszedłbym tak daleko.

Czy warto być prawdziwym w środowisku jeździeckim?

Nie warto, jeśli jest się tchórzem. Jeżeli chcesz rano spojrzeć sobie w lustro bez wyrzutów sumienia, to warto. Ale do tego trzeba mieć odwagę. Wiem, że wielu ludzi mnie lubi. Z drugiej strony tyle samo się do mnie przekonuje. To normalne, jeśli ma się na swoim koncie jakieś sukcesy. Zazdrości nie da się uniknąć. U nas obowiązuje tzw. system robaka. Któryś wychodzi z pudełka, a reszta go łapie i ściąga z powrotem. Tak było przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 r. Nie słyszałem pochwał, zadowolonych głosów, że jadę, ale zupełnie przeciwne.

To taka narodowa cecha.

Nie tylko nasza. W Holandii jest jeszcze gorzej, a przecież tam są sami topowi zawodnicy. To jest normalne, choć w cudzysłowie, że wszyscy wiedzą o tobie lepiej od ciebie.

Cały wywiad z Michałem Rapcewiczem przeczytasz w kwietniowym numerze "Koni i Rumaków".