To była prawdziwa szkoła przetrwania

Jacek_Swigon.JPGO trudnych początkach, dźwiganiu paczek i wysokich standardach dziennikarskich z Jackiem Świgoniem, założycielem i byłym redaktorem naczelnym „Koni i Rumaków”, z okazji 400. numeru rozmawia Katarzyna Bawłowicz.

Foto: Piotr Filipiuk

Dla części naszych Czytelników, zwłaszcza tych młodszych, czas wydania pierwszego numeru „Koni i Rumaków” – rok 1994 – to prehistoria. Jak wyglądał wówczas świat jeździecki?

Zupełnie inaczej niż teraz. Było znacznie mniej ośrodków jeździeckich, mniej klubów, ale przede wszystkim niewiele było krytych ujeżdżalni. Dlatego halowego sezonu jeździeckiego – takiego, jaki jest dzisiaj – też nie było. Pierwsze duże halowe zawody w skokach odbyły się w hali MTP. Ich pomysłodawcą był ówczesny wicedyrektor SK w Iwnie pan Henryk Helak. Niekwestionowany sukces tej imprezy polega na tym, że są organizowane rokrocznie do dziś, oczywiście w zupełnie innej formule i z nieporównanie większym rozmachem. Udało się jednak utrzymać ciągłość, co w polskich warunkach jest swoistym ewenementem. Z drugiej strony stada i stadniny były państwowe i na nich w zasadzie opierała się hodowla koni. Prywatna hodowla – szczególnie koni ras szlachetnych – była wtedy w powijakach. Sytuacja zaczęła się zmieniać w 1993 r., kiedy powołano Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa (dzisiejszą Agencję Nieruchomości Rolnych), która rozpoczęła proces restrukturyzacji i prywatyzacji państwowych jednostek hodowlanych.

Jednak to, czego mi dzisiaj najbardziej brakuje, to przyjacielskich, bezinteresownych relacji między ludźmi, uprzejmości i elegancji w kontaktach zawodowych i towarzyskich. Wśród koniarzy obowiązywały pewne standardy zachowań, pewne niepisane zasady, których wszyscy starali się przestrzegać. Na tym, uważam, między innymi zasadzała się elitarność jeździectwa.

Pierwszy numer dwutygodnika „Konie i Rumaki” z datą 1 maja 1994 r. kosztował 12 tys. zł. To była niska czy wysoka cena jak na czasopismo hobbystyczne o tej objętości?

Niska. Adekwatna do realiów na rynku prasowym i do możliwości odbiorców. Dla porównania majowe wydanie „Konia Polskiego”, o tej samej objętości i z tego samego roku kosztowało 30 tys. zł.

No właśnie, prym na rynku wiódł wtedy ukazujący się od wielu lat „Koń Polski”. Skąd zatem wziął się pomysł na stworzenie kolejnego czasopisma jeździeckiego?

Na początku lat 90. „Koń Polski” przeżywał regres. Ukazywał się rzadko i nieregularnie, był nawet moment, że nie było wiadomo, czy nie upadnie. Krótko mówiąc – powstała luka. Ludziom brakowało informacji. Pomysł stworzenia nowego pisma jeździeckiego wyszedł od koniarzy. To oni zmobilizowali mnie do działania. A ponieważ miałem doświadczenie w tworzeniu nowych tytułów – zaryzykowałem. Na szczęście „KP” odżył. Mówię „na szczęście”, bo co prawda pozycja monopolisty jest znacznie wygodniejsza, ale na pewno mniej mobilizująca.

Jakie przeszkody pojawiały się na drodze nowego na rynku jeździeckim tytułu?

Mnóstwo. Począwszy od pieniędzy, siedziby redakcji (na początku mieściła się w prywatnym mieszkaniu jednego z przyjaciół), przez ściąganie tekstów, zdjęć i reklam – przecież nie było internetu – a skończywszy na kolportażu. Wtedy firmy kolporterskie wyrastały jak grzyby po deszczu, ale równie szybko padały. Kiedy już „KiR” umocniły się na rynku, wszystko się poukładało, ale na początku to była prawdziwa szkoła przetrwania.

Na szczęście jestem typem wojownika, byle co mnie nie zraża, więc przetrwaliśmy, ale proszę mi wierzyć – nie było łatwo. Pierwsze numery rozsyłaliśmy z redakcji, potem sam woziłem cały nakład na dworzec i pakowałem do wagonów pocztowych. Miałem osobowy samochód, który dwa razy w miesiącu odgrywał rolę ciężarówki. Ile ja się tych paczek nadźwigałem... (śmiech).

A jak zrodził się pomysł na oryginalną nazwę pisma? Czy były brane pod uwagę także inne tytuły?

Pocztą pantoflową ogłosiłem konkurs na tytuł. Pomysłów było mnóstwo, ale wygrały „Konie i Rumaki”, ponieważ od początku postawiliśmy na periodyk jeździecko-motoryzacyjny. Po prostu uznaliśmy tę formułę za bardziej interesującą, tym bardziej że był to czas, kiedy w Polsce zaczęły pojawiać się samochody terenowe i sprzedawcy chętnie pokazywali na łamach nowe modele. Konie mechaniczne i konie jako zakodowany w naszej narodowej kulturze synonim szlachetności i piękna.

Cały wywiad znajdziesz w sierpniowym numerze "Koni i Rumaków".