Kowalscy i konie

Kowalski.jpgTekst: Michał Bylicki, Dressage.pl
Foto: Łukasz Kowalski

Tomasz Kowalski to aktualny brązowy medalista Mistrzostw Polski Seniorów w Ujeżdżeniu, który... nie chciał jeździć ujeżdżenia.

Brązowy medal Mistrzostw Polski Seniorów to najnowsze osiągnięcie na Pańskim koncie, wieńczące sezon 2014. O czym myślał Pan, stając na podium?

– Cieszyłem się bardzo z tego ogromnego sukcesu. Na początku roku zacząłem startować Małą Rundę na Ragtimie, przy czym były to jego pierwsze starty w karierze. Chciałem tego konia przygotować na Mistrzostwa, ale nie podejrzewałem, że od razu będziemy walczyć o medale. Sukces cieszy tym bardziej, że konkurencja w roku 2014 na mistrzostwach naprawdę była mocna, dobrzy jeźdźcy i dobre konie.

Zaczął Pan na tym koniu startować w 2014, ale kolejne starty pokazywały, że umiecie powalczyć...

– Nasze charaktery są bardzo zbliżone, lubimy rywalizację. Ragtime podczas startów potrafi się mocno sprężyć i dać z siebie wszystko. Jednakże nie należy zapominać, że jest to młody koń, który mało startował w swoim życiu i wiele elementów jest jeszcze do poprawienia. Jego potencjał jest bardzo duży i satysfakcja z jazdy na tym koniu jest ogromna. Z tygodnia na tydzień da się odczuć poprawę jakości chodów, jak i elementów Grand Prix. Myślę, że sezon 2015 potrafi nam się lepiej dograć i pokazać pełnię możliwości.

Czy dobrze rozumiem, że trafienie na „swojego” konia to połowa sukcesu?

– A może nawet więcej. Sęk w tym, by dobrać konia pod jeźdźca. Ze swojego sporego doświadczenia wiem, że jeśli nie ma chemii pomiędzy koniem a jeźdźcem, to nawet ogrom pracy może nie dać efektów. Czasami zdarza się tak, że jeden koń dla jednego jeźdźca będzie zupełnie bezwartościowy, a dla innego będzie to doskonałe dopasowanie. Każdy zawodowy jeździec ma swój model treningu, do którego jest dobrze dopasować konia. Przyniesie to wtedy bardzo dobre efekty i zarówno koń, jak i jeździec będą odczuwali satysfakcję z treningów i startów.

Jak zatem trafił Pan na Ragtime'a?

– Ragtime został wystawiony na sprzedaż przez poprzedniego właściciela. Postanowiłem go spróbować i była to miłość od pierwszego wejrzenia. W zasadzie od pierwszej jazdy wiedziałem, że to jest koń dla mnie.

Przez pańską stajnię przewinęło się wiele innych zdolnych koni, które obecnie chodzą zarówno w Polsce, jak i za granicą. Dwukrotnie brał Pan udział w Mistrzostwach Świata Młodych Koni. Z tego co wiem, ma Pan obecnie pod siodłem również kilku uzdolnionych młodzieńców. W czym tkwi tajemnica odpowiedniego wyboru, na co zwracać uwagę?

– To temat rzeka, ale postaram się w skrócie. Po pierwsze budowa i dobra motoryka ruchu, a w szczególności zadu. Po drugie rodowód, który wiele nam może powiedzieć, m.in. to, jaki koń będzie w pracy. Mam rodowody ukochane i znienawidzone. Po trzecie temperament i charakter. Po czwarte chemia, o której już mówiłem wcześniej. A po piąte oczywiście badanie weterynaryjne! Koń wyczynowy musi być zdrowy!

Jak wygląda dzień powszedni Tomasza Kowalskiego?

– Zwykle o 7. rano zaczynam swój dzień w stajni w Radzionkowie, gdzie jeżdżę swoje konie, konie klientów oraz prowadzę treningi. Około 14. jeżdżę do innych stajni. Nie koncentruję się tylko na treningach na Śląsku, raz w tygodniu jeżdżę na treningi do Krakowa i do Czech. Zdarza się również, że udzielam treningów w Grecji. Oczywiście, ja, jak wszyscy, też potrzebuję się doszkalać, więc w miarę możliwości czasowych jeżdżę na treningi do Austrii, gdzie trenuję z jeźdźcem z Wiedeńskiej Szkoły Jazdy.

Tym ostatnim mnie Pan zaskoczył. Wiedeńska Szkoła Jazdy nie kojarzy się chyba wprost ze sportem ujeżdżeniowym?

– Może wprost ze sportem nie, ale kwestia dosiadu i użycia pomocy, jak również wykonania elementów, począwszy od łopatki, poprzez ciągi, piaffy, passaże, piruety, zmiany co tempo – jest identyczna. Jest to bardzo klasyczne spojrzenie na trening, aczkolwiek mi osobiście odpowiada, a z samych treningów można wiele wynieść. Bardzo duży nacisk kładzie się na rozluźnienie i dobre samopoczucie konia; daje to dobre efekty w elementach Grand Prix.

Wspomniał Pan o prowadzeniu treningów. Czy wśród stałych jeźdźców nadal jest Pańska żona?

– Żona, Iza, jest sporą podporą mojej codziennej pracy, jeździmy razem codziennie, patrzymy na swoje błędy i się uzupełniamy. Zachęcone moimi ubiegłorocznymi sukcesami do jazdy wróciły również moje dzieci, Gosia i Filip.

Czyli Kowalscy-Konie to co najmniej 4 osoby...

– Głównie to cała nasza rodzina, czyli Iza, Gosia, Filip, ja oraz brat Łukasz, ale także nasi klienci. Moją żonę poznałem również poprzez konie, tak więc teraz zajmujemy się tym razem. Łukasz końskiego bakcyla podłapał siedem lat temu, od tego czasu jest z nami na każdych zawodach, z których dostarcza reportaż fotograficzny. Jego zdjęcia robią zresztą nie mniejszą karierę. Łukasz miał już kilka nominacji w fotograficznych konkursach międzynarodowych. Do tego zajmuje się również stroną menedżersko-marketingową.

Więcej przeczytasz w lutowym numerze miesięcznika "Konie i Rumaki"