Nie idę pod prąd

samosiuk_1.jpgRozmowa ze Sławomirem Samosiukiem, specjalistą od odnowy biologicznej i terapii sportowej dla koni. Współpracuje z doskonałymi jeźdźcami w Polsce i za granicą. Sympatyczny i zawsze uśmiechnięty absolwent kursu w Akademii Sportu Michaela Baxtera w Holandii opowiada o swojej pracy Katarzynie Bawłowicz.

Foto: Dorota Mućko

Skąd takie zamiłowanie i jak to wszystko się zaczęło?

Historia jest dość ciekawa. Wiele lat temu pojechałem z koleżanką do Holandii na wakacje i pytając o drogę, zaczepiliśmy przypadkowo nieznanego nam mężczyznę. On zaś, zupełnie znienacka zaproponował nam pracę. Początkowo nas to zdenerwowało, bo przecież mieliśmy inne zamiary, ale tak nalegał, że wreszcie się zgodziliśmy. Planowo miało to trwać tylko 4 dni. Gdy z nim pojechaliśmy, okazało się, że ma swój ośrodek jeździecki i zajmuje się końmi. Był to sam Gabriel Coumans, doskonały zawodnik i trener. Ja miałem wtedy 18 lat i niewiele wiedziałem o koniach. Mój dziadek był co prawda wojskowym i jeździł konno, ale nie zaraził mnie wtedy swoją pasją. Po kilku dniach u Gabriela okazało się, że praca bardzo przypadła nam do gustu i w rezultacie zostaliśmy tam aż na 3 miesiące. Trochę odpoczywaliśmy, trochę pracowaliśmy, a mi trafiła się funkcja „złotej rączki”. Swoją pracę rozpocząłem od naprawy traktora. Byłem w tym czasie uczniem technikum samochodowego, więc niechętnie wróciłem do domu i skończyłem szkołę. Po maturze ponownie udałem się do Holandii. Nie władałem jeszcze dobrze językiem, więc zostałem stajennym. Od razu rzucili mnie na głęboką wodę i dostałem 18 koni pod opiekę. Musiałem się nimi zajmować i sprzątać im boksy. W tym czasie przyglądałem się różnym osobom, uczniom z pobliskiej szkoły, którzy zajmowali się końmi. Ich wiedza zdecydowanie przewyższała moją, więc koniecznie chciałem wszystkiego się szybko nauczyć. Gabriel też wchodził już na najwyższe szczeble kariery i podglądałem profesjonalne luzaczki, które u niego pracowały. Wymagania względem mnie wzrastały i stale musiałem się doszkalać. Pewnego dnia w naszej stajni pojawiła się Leslie Howard, znana zawodniczka, a prywatnie klientka i przyjaciółka Gabriela, wraz z Antonio, Meksykaninem, któremu wiele zawdzięczam. Stosował wiele nieznanych mi maści i preparatów, pokazał mi różne techniki ich stosowania. Przecierałem oczy ze zdumienia, ale wciąż chciałem więcej. Moja wiedza się ugruntowała i stawała się coraz bardziej profesjonalna. Dowiedziałem się, że nie wystarczy zwykła szczotka, by wyczyścić konia. Trzeba konia masować i tym samym – relaksować. Byłem nauczony, że koń stoi w boksie, trzeba mu było posprzątać, a jeździec go trenował i tyle. A okazało się, że wszystkie sportowe konie muszą wyjść na spacer i na słońce, muszą być regularnie masowane i praktycznie zajęty mają cały dzień przeróżnymi zabiegami. Ja miałem początkowo 18 koni, a ci profesjonalni luzacy po 3. Zdarzyło się nawet, że jedna luzaczka zajmowała się tylko jednym koniem i była bardziej zajęta niż ja. Codzienne wielokrotne spacery, inhalacje, masaże i inne zabiegi pielęgnacyjne zajmowały jej wiele godzin. Czasami chodziło tylko o to, by pójść z koniem na trawę. Konie sportowe nie wychodziły na padoki albo wychodziły bardzo sporadycznie. A wiadomo, że im więcej komfortu, tym koń będzie się lepiej czuł i tym lepsze wyniki będzie osiągał. Bo prawda jest taka, że profesjonalny luzak powinien zajmować się wszystkim. Wkładaliśmy nawet końskie nogi do małego jacuzzi, woda tam sobie bulgotała i je masowała. I tak mijały kolejne dni.

Pewnego razu do naszej stajni przyjechała ponownie Leslie Howard ze swoim masażystą. Był to znany Kanadyjczyk Michael Baxter. Pracował nad wszystkimi naszymi końmi. Zasadniczo nazywamy to terapiami sportowymi dla koni. Poza masażami są gimnastyki, trochę akupresury, elektrycznej stymulacji mięśni i stretchingu, ale nie takiego typowego, tylko rozciągnięcia mięśni i podniesienia pleców. Mieliśmy np. problematycznego młodego konia o imieniu Okido, który dopiero rozpoczynał starty na wysokim poziomie. Był moim oczkiem w głowie, ale i koniem problematycznym. Michael zaczął się nim zajmować i wtedy naprawdę zrobił na mnie ogromne wrażenie, bo rezultaty były bardzo widoczne. To mnie zainspirowało. W międzyczasie okazało się, że Michael potrzebuje asystenta, ponieważ nie radził już sobie z tak dużą liczbą koni. I tak kończąc pracę u Gabriela po godzinie 17, wyruszałem w drogę i po okolicznych stajniach uczyłem się innego fachu. Z czasem nabierałem doświadczenia i gdy Michael wyjeżdżał, to ja go zastępowałem. Ludzie wiedzieli, że nie jest to jeszcze tak efektywna praca jak w wykonaniu mojego nauczyciela, ale dawali mi szansę. Wtedy też zaczęło się to rozkręcać, a ja starałem się temu sprostać. Pracowałem głównie na koniach znajomych mojego szefa, ale i ludzie z zewnątrz też zaczęli zauważać, co robię.
Dzięki temu, że potrafiłem masować, awansowałem i nie miałem już 18 koni do pracy. Wtedy też stałem się profesjonalnym luzakiem. Czterdzieści cztery weekendy w roku spędzaliśmy na zawodach, więc praktycznie żyliśmy na walizkach. Wciąż z kraju do kraju. Pewnego razy byliśmy w Arezzo we Włoszech. Obok naszych koni swoje boksy miał sam Jos Lansink i to właśnie on poprosił mnie, żebym zajął się jego koniem. Popracowałem z nim najlepiej jak umiałem i z wrażenia powiedziałem jakąś niebotyczną sumę za swoje usługi, czego później bardzo się wstydziłem. Jednak ludzie zauważyli, że pracowałem z tak doskonałym jeźdźcem i to była dla mnie doskonała promocja. Jos podjechał do mnie, gdy stałem obok rozprężalni i poprosił mnie o poradę co do jazdy na tym koniu. To był punkt zwrotny w mojej karierze. Ludzie zaczęli widzieć, a przede wszystkim czuć, efekty mojej pracy. Wszyscy nagle chcieli ze mną pracować. A ja nadal jeździłem po świecie…
Co skłoniło mnie do powrotu do Polski? To kolejna historia. Byłem na Sunshine Tour w Hiszpanii z ekipą z Izraela. Tam na rozprężalni dostrzegłem Jacka Zagora. Ucieszyłem się, gdyż dawno nie widziałem żadnego rodaka. Przywitałem się i zaczęliśmy rozmawiać. Jacek miał tam konia o imieniu Dario. Krzywił on zad na skoku, co zauważyłem od razu. Zaproponowałem więc swoją pomoc, mimo iż Jacek tłumaczył, że nie jest to jego podstawowy koń i nie wiąże z tym startem zbyt dużych nadziei. Ale ja widziałem w nim spory potencjał. I tak codzienną, dwutygodniową pracą doprowadziliśmy go aż do finału Rundy Młodych Koni, które zresztą by wygrał, gdyby nie zrzutka na ostatniej przeszkodzie. Jacek był pod wrażeniem i mówił, że takich fachowców w Polsce nie ma. Dałem się więc namówić, bo szczerze tęskniłem już za ojczyzną i wybrałem się na zawody do Leszna. Tam pomagałem Jackowi przy Kilianie, który jako starszy koń wymagał szczególnej opieki. Już na tych właśnie zawodach dostrzegł mnie Artur Gołaś z Olą Lusiną, a następnie Rinaldo Kiecoń. I w zasadzie od tego się zaczęło. To było jakoś 5 lat temu, po wielu latach spędzonych w Holandii. Zacząłem współpracę z coraz większą liczbą jeźdźców. Było dość łatwo, bo ludzie widzieli efekty. Na dzień dzisiejszy ciężko mi już nadążyć z moją pracą.

Jak często należy masować konie?

W stajni u rodziny Kieconiów byłem raz w tygodniu i nasza współpraca przynosiła doskonałe efekty. Ta systematyczna praca dała oczekiwane rezultaty. Pracowałem np. z Urbane. Zawsze była rozluźniona i zregenerowana po ciężkich startach. A tak to wszystko jest kwestią ustaleń w zależności od konia i intensywności jego treningu. Masuję też konie przed startami i wieczorem po wysiłku. Za moimi stałymi klientami jeżdżę po wszystkich zawodach.

Więcej o tajnikach terapii sportowej dla koni przeczytasz w marcowym numerze "Koni i Rumaków".