"Małymi krokami do wymarzonego celu"

Z dresażystą Mateuszem Cichoniem o codziennych treningach, planach i celach rozmawia Marta Borowska.

Foto: Piotr Filipiuk

Mateusz_Cichon.JPG

Mateusz Cichoń – zawodnik KJ Lider Radzionków, ma 22 lata, od ponad 14 lat jeździ konno, w tym od ok. 10 zajmuje się ujeżdżeniem, w którym startuje obecnie jako senior na poziomie Grand Prix. Jest także studentem prawa dziennych studiów na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, gdzie właśnie jest na ukończeniu sesji letniej zbliżającej go do IV roku.

 

Mateuszu, spotykamy się w waszym rodzinnym ośrodku jeździeckim w Radzionkowie, opowiedz krótko, co to za miejsce?

Ośrodek jeździecki w Radzionkowie stanowi siedzibę aktywowanego przez nas przed laty Klubu Jeździeckiego LIDER. Jest to miejsce, które powstało z myślą o profesjonalnym treningu ujeżdżeniowym, w związku z deficytem takich obiektów na Śląsku. Obecnie stacjonuje tu ok. 30 koni, z czego 90% to w mniejszym lub większym stopniu konie związane ze sportem.

Mówiąc „nas”, kogo masz na myśli?

Ujeżdżenie jest niestety sportem wymagającym dużych nakładów finansowych, którym nie każda osoba chcąca się nim zająć w sposób profesjonalny jest w stanie sprostać. Stąd też uważam, że narzekania na małą liczbę osób trenujących ujeżdżenie czy też ogólnie jeździectwo kierowane w stronę środowisk sportowych są nieuzasadnione, przyczyną bowiem jest najzwyczajniej brak wystarczających środków, które dodatkowo nie stanowią tu inwestycji, która może się spłacić, ale czysty koszt… Ja mam to szczęście, że moi rodzice podzielają moją pasję i aktywnie mnie w niej wspierają. Nie tylko finansowo, ale także własnymi działaniami. Mój tata zajmuje się prowadzeniem gospodarstwa rolnego, które dostarcza paszę, siano i słomę dla naszych koni, moja mama z kolei pomaga mi w załatwianiu spraw związanych z różnego rodzaju formalnościami i dokumentami. Ponadto od niedawna prowadzi działającą na terenie ośrodka restaurację Riding Club, która powoli staje się naszym drugim domem.

 

Czy w takim razie to rodzice pierwszy raz zaprowadzili Cię do klubu jeździeckiego i namówili do spróbowania jazdy konnej?

Pierwszy raz jeździectwa zakosztowałem niejako przypadkiem, bowiem całkiem spontanicznie wybrałem się w wakacje do szkółki jeździeckiej w pobliskim parku i zapisałem się na kilka jazd. Od dziecka bardzo lubiłem zwierzęta, stąd też kontakt z końmi wydawał mi się czymś fascynującym. Dość szybko i jeszcze większym przypadkiem stałem się też posiadaczem pierwszego konia! Z nikomu do końca nieznanych przyczyn mój dziadek postanowił kupić pewnego dnia dwa konie: 3-letnią klacz rasy sp i 4-letniego ogierka w typie kuca. Swoich sił miał na ogierze spróbować mój kuzyn (który nigdy wcześniej nie siedział na koniu), który niestety do dziś wspomina ten przykry i jak się okazało krótki epizod. Krnąbrny kuc został sprzedany, natomiast klaczka o wdzięcznym imieniu Urocza trafiła do mnie, także dostarczając mi nieraz sporych emocji.

To były początki, skąd jednak zamiłowanie do ujeżdżenia, a nie np. do skoków?

Po pierwsze, jak pewnie myśli sobie każdy skoczek, który przeczyta ten wywiad, bałem się skakać. Głównie w związku z kilkoma wizytami na oddziale urazowym w pierwszych latach „jeździeckiej kariery” miałem spory respekt do koni. Po drugie jednak, ujeżdżenie zafascynowało mnie podczas letnich obozów w klubie Lewada, kiedy pierwszy raz miałem możliwość oglądania treningów sportowych na poziomie Grand Prix. Od tego czasu nigdy nie miałem wątpliwości co do tego, czym chcę się zajmować.

I tak w swojej młodzieńczej fascynacji wytrwałeś przez wiele lat, dochodząc aż do klasy Grand Prix…

Sam czasem w to nie wierzę – ale tak właśnie jest. Obecnie startuję w kategorii Grand Prix i rywalizuję z innymi seniorami, często dużo starszymi i bardziej doświadczonymi. Pierwsze kroki w tej klasie stawiałem już jakieś dwa lata temu za sprawą mojego wspaniałego konia profesora Dreamdancera, który pozwolił mi nauczyć się wszystkich elementów i przejechać pierwsze konkursy. Wciąż jednak uważam się za całkowitego nowicjusza w tej dziedzinie. Klasę Grand Prix od nawet małej rundy dzieli przepaść: stopień trudności poszczególnych elementów, ich szybkie zmiany, skomplikowane sekwencje na czworoboku… Z zawodów na zawody nabieram jednak doświadczenia i rutyny, co owocuje też coraz lepszymi wynikami.

Cały wywiad przeczytasz w lipcowym numerze "Koni i Rumaków".