Major ze złotym medalem

Ze Zbigniewem Graszką, lekarzem weterynarii zawodowo związanym ze końmi sportowymi oraz opiekującym się wierzchowcami pełniącymi służbę w warszawskiej policji rozmawia Olga Gajda

Graszka.jpgPan doktor urodził się w Warszawie, tam też zdobył wykształcenie i tam mieszka. Przez całą praktykę lekarską pracuje w Stowarzyszeniu CWKS „Legia”, przy ulicy Kozielskiej w Warszawie. Od początku swego istnienia stowarzyszenie to było podporządkowane wojsku, jednak od kilkunastu lat ma charakter cywilny, działa na jego terenie i współpracuje z wojskiem. Zbigniew Graszka za lata opieki nad sportowymi końmi Legii Warszawa dosłużył się stopnia majora.

W Pana przypadku bycie warszawskim lekarzem weterynarii pozwalało cieszyć się uleczaniem nawet beznadziejnych przypadków… Coś àla Karino!

Przez całe życie zawodowe zajmowałem się sportowymi końmi. Jestem lekarzem międzynarodowym FEI i lekarzem Polskiego Związku Jeździeckiego. Lekarz sportowy ma inne zadania niż pozostali lekarze weterynarii zajmujący się końmi. Kiedy etatowo pracowałem na Legii, wojsko nie zgadzało się, by chore konie odsyłać gdzieś do szpitala. Ich leczeniem mieliśmy zajmować się my, czyli zatrudnieni tam lekarze weterynarii. Było nas troje: Ania Smelczyńska, Sławek Kulina i ja. Jedynie w niewyleczalnych przypadkach konia wieziono do kliniki Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego albo Toru Wyścigów Konnych „Służewiec”. Tam przeprowadzano leczenie operacyjne.

Wojskowa Legia stwarzała odpowiednie warunki do leczenia koni?

Ja zastałem tam gabinet weterynaryjny z ambulatorium i przyczyniłem się do jego generalnego remontu. Od samego początku, czyli 30 lat temu, były tam aparaty EKG i RTG. Pierwszą rzeczą, prawdopodobnie na skalę krajową, którą tam wprowadziłem, był laser do leczenia końskich ścięgien. Stało się to za sprawą konia o imieniu Skarbiec. Był on pięciokrotnym mistrzem Polski w skokach i padł dopiero w zeszłym roku, mając 35 lat. Teraz się już tak nie robi, ale jak po raz pierwszy doznał kontuzji, miał palone (blistrowane) ścięgna w szpitalu na Służewcu, u pana doktora Wąsowskiego. Te zabiegi pomogły mu wrócić do sportu, ale na krótko. Potem został odsunięty, bo stwierdzono, że już nie wróci do skoków. Nawiązałem jednak kontakt z panią doktor z Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie i dowiedziałem się od niej, jak leczy ścięgna u ludzi. Wykorzystywała w tym celu lasery. Za moją namową wojsko sfinansowało zakup lasera i przez półtora roku leczyłem nim Skarbca. Pomagała mi w tym pani Ewa Szarska, która pracowała w Wojskowym Instytucie Higieny, również przy Kozielskiej. Koń po tym leczeniu w roku 1990 i 1991 r. zdobył kolejne mistrzostwa Polski. Mogę się pochwalić, że jestem jedynym lekarzem, który posiada złoty medal mistrzostw Polski. Dlaczego? Dlatego, że zawodnik Zbyszek Kościeński, który zdobył go na Skarbcu podczas I Halowych Mistrzostw Polski rozgrywanych w Racocie, w podziękowaniu za moją pracę podarował mi ten medal.

Na czym polega laserowe leczenie ścięgien końskich? I czym różniło się od obecnie stosowanych terapii w tym zakresie?

Obecnie jest wiele nowszych, ciekawszych metod leczenia ścięgien. Teraz już na szczęście nie stosuje się palenia ścięgien. Polegało ono na tym, że goliło się koniom skórę na nogach i w tych miejscach przyżegało się gorącym żelazem. Następnie wykonywano wcierkę odpowiednimi maściami. Robiło się więc ogromny stan zapalny z zewnątrz, który miał za zadanie wyciągać stan zapalny ze ścięgien. Natomiast leczenie laserem jest bezinwazyjne, bo działa on za sprawą biostymulacji biologicznej. Przyśpiesza wymianę jonów pomiędzy zdrową a chorą komórką, w efekcie czego chore ścięgno szybciej się regeneruje i zdrowieje. Ostatnimi laty odstąpiono od laserów przy leczeniu ścięgien. Zastąpiono tę metodę nowocześniejszą terapią, czyli wstrzykiwaniem komórek macierzystych. W efekcie tego zabiegu w chorym miejscu klonują się potrzebne komórki. W Polsce ta metoda leczenia ma zastosowanie w weterynarii od paru lat. Komórki macierzyste stosuje się do odradzania różnych organów.

Proszę opowiedzieć coś więcej o ciężkich przypadkach w Pana praktyce. Na przykład o koniach spisanych na rzeź, które dzięki Pana interwencji wyzdrowiały.

Najcięższy przypadek zdarzył mi się 15 lat temu. Około 23.00 zostałem wezwany na Legię do prywatnego konia, który stał osowiały na czterech nogach, ze spuszczoną głową. Choć miał zachowane wszystkie parametry – wyczuwalne tętno, jego jelita normalnie pracowały– był jednak tak osowiały, jakby nie istniał. Ponadto miał bardzo spuchnięte cztery nogi, od pęcin do stawów skokowych. Dodatkowo zaczęły rosnąć tętno i temperatura po tym, jak założyłem mu kroplówkę, podałem glukozę oraz płyny fizjologiczne. Miał 42 stop. (zdrowy koń – 37,5). Z oczu zaczęła mu niestety także kapać krew. Niesamowity przypadek! Takie objawy ma koń przy arteritis, czyli chorobie zakaźnej koni, która nie występowała w Polsce od czasów II wojny światowej. Skonsultowałem się w sprawie tego konia z panem doktorem Wąsowskim i zastosowałem coś, czego drugi raz chyba bym już nie zrobił. Podałem mu w kroplówce nietypowe lekarstwo, którym zabiłem i potrzebne, i niepotrzebne drobnoustroje. Nie wiadomo było, czy koń to wytrzyma… Właściciel konia mi jednak zaufał i wszystko zakończyło się szczęśliwie. Okazało się, że zwierzę chorowało na posocznicę, czyli ropne zakażenie całego ciała. Nadal przecież ten proces chorobowy często zabija zwierzęta i ludzi. Ten koń wyzdrowiał.

Więcej przeczytasz w lutowo-marcowym numerze miesięcznika "Konie i Rumaki"