Vacat JP
Waleczny do końca

Tekst i foto: Małgorzata Odyniec

Vacat.jpgDwa lata temu ukazał się na łamach „Koni i Rumaków” portret Vacata JP. Powstał tuż po jego doskonałym debiucie w pełnej próbie 3*. W Strzegomiu wygrał wtedy kros, pokonując konie dosiadane przez gwiazdy światowego WKKW i jako jedyny docierając na metę w normie czasu. Ostatecznie zajął 3. miejsce. Potem jako jedyny z koni polskich zawodników ukończył kros na mistrzostwach świata w Normandii. Po dłuższej przerwie wracał do startów na poziomie trzech gwiazdek. W lutym, podczas Cavaliady w Lublinie, znów zachwycał formą i wygrał II eliminację CLAAS Eventing Tour. Z tym powrotem wiązano duże nadzieje, przed nim miały być mistrzostwa Polski seniorów, potem może wyjazdy na większe imprezy. Po karierze sportowej pewnie służyłby jeszcze najmłodszej latorośli rodziny Gierliczów – Jasiowi, jako koń profesor, by w końcu dożyć swych ostatnich dni na zasłużonej emeryturze w Sulbinach, pod troskliwą opieką Marty Dziak-Gierlicz, z którą był związany od swych najmłodszych lat. Nie udało się, 7 sierpnia nagle i niespodziewanie odszedł na wiecznie zielone pastwiska. Jego sylwetkę warto jeszcze raz przypomnieć.

Gdy miał dwa i pół roku, został kupiony dla szesnastoletniej wówczas Marty. Urodził się w Janowie Podlaskim, ale ze względu na potężną wadę zgryzu – niedorozwój żuchwy – wybrakowano go i po wykastrowaniu trafił do sprzedaży. Na przetargu wypatrzył go Paweł Dziak, tata zawodniczki, i dokonał ryzykownego zakupu. Nowy duet miał małe szanse na dobre wyniki – młoda, niedoświadczona amazonka i młodziutki koń, który nic nie umiał. Marta go sama zajeździła i wszystkiego nauczyła. Wspólnie się rozwijali. Mimo że Vacat był bardzo płochliwy i mimo że próbował odskakiwać od człowieka wdrapującego mu się na grzbiet, zajeżdżenie nie stanowiło najmniejszego problemu. Marta wsiadła na niego i pojechała jak na starym koniu. – Od samego początku był koniem bardzo układnym i pełnym zapału do pracy, co bardzo ułatwiało mi sprawę. Zauważyłam, że ma talent do skoków. Szanował drągi, był odważny, choć przy tym bardzo ostrożny i zawsze z uwagą przyglądał się temu, co skacze. Niestety, treningi ujeżdżeniowe nie były już taką frajdą. Vacat ruszał się dość przeciętnie i był nerwowy, co niestety nigdy nie ułatwiało nam zrobienia dobrego wyniku na czworoboku. Poza tym jak wchodził na czworobok, to się nie mobilizował, wiedział wręcz, że mógł mnie wykorzystać i zaczynały się pojawiać problemy. Za to kros zawsze był jego ulubioną próbą. Uwielbiał szybko galopować i przy okazji jeszcze skakać. Od początku nie był jezdny, był sztywny i źle noszący. Ale ja się cieszyłam, że mam swojego młodego konia. Sądziłam, że wszystkiego go nauczę, co akurat na tamtym etapie mojego życia jeździeckiego nie było takim słusznym założeniem. Jakoś przebrnęliśmy przez te złe chwile – opowiada zawodniczka.

Vacat bardzo długo dojrzewał. Dopiero w 8. roku życia zaczął wykazywać równą formę. Paradoksalne, na krosie był odważny, skakał wszystko, a z drugiej strony potrafił wszystko zauważyć i nawet maleńki kwiatek mógł stać się dobrym pretekstem do wyłamania. Bardzo nie lubił, gdy mu się ingerowało w pysku i każde kiełzno powodowało, że się jeszcze bardziej niż zwykle usztywniał. Dlatego na parkurze jego znakiem rozpoznawczym było hackamore.

W codziennej obsłudze był bezproblemowy, ale miał swoje fobie. – Na co dzień był bardzo kochanym koniem, ale należało wiedzieć, jak do niego podejść. Nie pozwalał przeszkadzać sobie podczas posiłków, na widok igły wpadał w panikę, równie histerycznie reagował na golarkę i wszelkiego rodzaju „psikadła”. Był bardzo delikatny i nie znosił ostrych szczotek. Był takim „panem Foszkiem”, niedotykalskim i „nabzdyczonym” – wspomina Marta. Dodatkowym problemem była jego wada zgryzu. Kiedyś zaczepił szczęką o krawędź boksu i wyrwał sobie ząb. Nie potrafił pić z poidła, więc musiał mieć stały dostęp do wody w wiadrze. Tylko z jedzeniem radził sobie doskonale. Nawet opracował autorską metodę zrywania trawy. Mimo że całe życie był koniem sportowym, to nie znosił podróży. Bał się dużych samochodów, ciężarówek i bardzo przeżywał każdą wyprawę w przyczepce. Najlepiej czuł się w koniowozie. Poza tym rozpaczał gdy zostawał sam, bo był bardzo towarzyski. Miał świetny charakter, nie był agresywny i jeśli coś mu się nie podobało, potrafił to jasno zakomunikować, dlatego inne konie bardzo go lubiły. W stajni pełnił funkcję padokowej mamki. Wychodził razem z młodymi ogierkami, wychowywał je, a one go uwielbiały. Psów, a tych u Marty i Artura zawsze jest dużo, nie znosił. Wściekał się, tulił uszy, ale nigdy żadnego nie kopnął. Za to małemu Jasiowi pozwalał się gładzić i nawet sam wkładał głowę do wózka. Często się „zawieszał”. Stał zapatrzony w jeden punkt i nad czymś głęboko rozmyślał.

Więcej przeczytasz we wrześniowym numerze miesięcznika "Konie i Rumaki"