Ares
Koń mego życia

Tekst: Małgorzata Odyniec
Foto: Katarzyna Boryna

Ares.jpgNajwiększa niespodzianka tegorocznych mistrzostw Polski seniorów w skokach przez przeszkody to dziewięcioletni ogier Ares dosiadany przez Grzegorza Psiuka. Nikt, nawet sam jeździec, nie spodziewał się, że z Warki wyjedzie z medalem, pierwszym w życiu. Ich wspólna wędrówka po srebro zaczęła się, gdy Ares miał sześć lat. Koń, z krótką przerwą, mieszka u swego hodowcy i właściciela w Przyjaźni koło Żukowa pod Gdańskiem. Jest to maleńka, trzyboksowa stajenka, przerobiona z dawnej kotłowni. I tam dwa razy w tygodniu dojeżdża zawodnik na treningi. Aresa zajeżdżono, gdy miał cztery lata, a pierwsze starty zaliczał pod Agnieszką Gacką, do klasy N włącznie. Nie był łatwym koniem, za bardzo chciał pracować, zbyt blisko podchodził do przeszkód, nie ciągnął szyją, przód mu wisiał, nie otwierał zadu. Skakał trochę jak zając, z czterech nóg na cztery. Trudno było nad nim zapanować, dlatego na dwa miesiące zawodnik wziął go do siebie, aby móc intensywnie go jeździć. Ten krótki czas wystarczył, aby koń zrozumiał, czego się od niego wymaga, i pozwolił sobą kierować. Następnie wrócił do domu i od tego momentu pod siodłem chodzi dwa razy w tygodniu, a codziennie w karuzeli. Resztę czasu spędza na padoku. Kiedyś nawet spróbował go dosiąść wnuk właściciela, ale nie udało się. Ares ruszył z jeźdźcem jak z katapulty i trzeba było go łapać na hali, bo galopowałby radośnie, dopóki nie poczułby się zmęczony, a energii ma w nadmiarze. Grzegorz Psiuk musiał więc zrezygnować z pomocy i teraz trenuje tylko w poniedziałki i czwartki, a jak są zawody, to i ten rytm jest zakłócony. Ten specyficzny system, jak widać, się sprawdza.

Wydawać się może, że taki trudny koń nie cieszy się sympatią. Nic bardziej mylnego. Jest tak zrównoważony psychicznie, że jego obsługa to czysta przyjemność. Na padoku zachowuje się bardzo spokojnie. Mimo że nadal jest ogierem (choć faktycznie, nie ma wyrobionej licencji i nie kryje), jest nadspodziewanie grzeczny. Na zawody jeździ w jednej przyczepie z koleżanką. Kiedyś omyłkowo przyznano mu boks koło klaczy. Zawodnik go zostawił, tam gdzie wisiała tabliczka, wrócił po dwóch godzinach, a Ares stał spokojnie zapatrzony w konia obok. Nie rżał, nie próbował przejść do sąsiadki, tylko stał i patrzył. Zresztą on nigdy się nie denerwuje, a atmosfera zawodów nie robi na nim żadnego wrażenia. Ciągle jest zrelaksowany i wyciszony. To taki grzeczny i miły koń, że nie potrzeba nawet kantara do prowadzenia. Czasami chodzi tylko trzymany za grzywę czy ucho. To się zmienia diametralnie, gdy poczuje jeźdźca na grzbiecie. Wtedy daje o sobie znać jego nieprzeciętny temperament. Zawsze jest równie ambitny i chętny do walki. Reaguje tak samo, obojętnie czy miał wolne przez miesiąc, czy co tydzień startował w kilkudniowych zawodach. Gdy wchodzi na parkur, to wie, po co. Pod tym względem jest fenomenalny. W każdym konkursie można próbować jechać po zwycięstwo. Zawsze gotów do walki. Jak się śmieje Grzegorz Psiuk – „idzie piecem, ale pod kontrolą, tylko zawsze ręce bolą”. Pomimo tego nie stosuje tak popularnych wśród skoczków „patentów” i Ares chodzi na łagodnym wędzidle oliwkowym, dodatkowo obszytym skórką. Jest tak dobrze wyszkolony, że gros treningów to praca tylko w galopie na drążkach, trochę go wycofująca. Na trzydniowych zawodach, po przyjeździe nie chodzi pod siodłem, ale na lonży, wypięty metodą podpatrzoną u Josa Lansinka. Nawet przed mistrzostwami Polski nie szedł próbnego parkuru.

Więcej przeczytasz w październikowym numerze "Koni i Rumaków".