MOIM ZDANIEM
Nie dajmy się zwariować!

Tekst: Anna Lipczyńska
Foto: Paulina Dudzik

konie_1.jpgDziś znowu usłyszałam rozmowę klientów stojących przed stajnią: „Taki mróz, a te biedne konie stoją na dworze. Ci ludzie nie mają serca! Biedne zwierzęta”. Nie pierwszy raz słyszę krytykę naszego traktowania koni, obchodzenia się z nimi czy wykorzystywania do pracy. Czy kolejny raz mam tłumaczyć, że naszym koniom nie dzieje się żadna krzywda? Mam dość! I proszę – nie uczłowieczajcie koni! Nie oceniajcie samopoczucia koni, stawiając się w ich sytuacji. To, co jest dobre dla ludzi, niekoniecznie musi sprawiać przyjemność zwierzęciu. To, że traktuję konia jak członka mojej ludzkiej rodziny, nie oznacza, że wierzę, że jest człowiekiem i chciałby przykryty puchową pierzyną leżeć przy kominku i oglądać „Familiadę”. Nie dajmy się zwariować!

Oczywiście, nauczona doświadczeniem już czuję się w obowiązku wyjaśnić wszystkim, w jakich okolicznościach nasze konie marzną na dworze. Mamy to szczęście, że do dyspozycji naszych nieparzystokopytnych pozostają rozległe hektary łąk i pastwisk. W związku z tym całe stado jest puszczane już od rana, po porannej dawce owsa i urzęduje na włościach do oporu – to znaczy do czasu, aż łaskawie same zjawią się w stajni, która jest zawsze otwarta. Nie wymrażają więc sobie zadów z konieczności czy musu – gdy tylko poczują, że puchowa sierść zimowa zaczyna przepuszczać zimny wiatr, mogą zameldować się w ciepłej stajni i pokrzepić owsem, który czeka w żłobach. Obowiązkowo spędzamy z pastwiska tylko maruderów, którzy zapomnieli, że nocować lepiej w boksie – po prostu stajenny włącza gniotownik do owsa, a na odgłos pracującej maszyny konie posłusznie stawiają się na kolację. Natomiast tabun haflingerów i hucułów, które wychowywały się w chowie bezstajennym, preferuje pobyt na świeżym powietrzu również nocą. W tym roku tylko dwa razy stadko puszystych koników zdecydowało się stłoczyć w swoich boksach na noc. Zazwyczaj noce spędzają na pastwisku, korzystając z osłaniającej je od wiatru wiaty. Czy naprawdę zasługujemy na gniew pieniaczy, a nasze szczęśliwe, chodzące swobodnie konie na litość? Zarośnięte sierścią zimową jak mamuty, zdrowe, umięśnione od zapewnionej dawki ruchu, bez żadnych problemów oddechowych powodowanych często kurzem stajennym, z bokami tłustymi od kalorycznych mieszanek zimowych, na mocnych kopytach i parskające z zadowoleniem na dworze – tak wygląda stado, nad którym klienci stajni załamują ręce. A ja kolejny raz wyjaśniam ludziom, do których to i tak nie dociera, że bliżej natury konia jest łapanie wiatru w uszy niż stanie w stajni i grzanie zadu o kaloryfer.

W tej zimowej aurze spotykamy się również z innym rodzajem wygrażania nam pozwem do TOZ-u. Okazją do litowania się nad ciężkim losem naszych koni są organizowane przez nas kuligi. Po czym oceniamy, że dwa zaprzęgowe smoki pracują ponad swe wątłe siły? Otóż po parze, która unosi się znad ich spoconych grzbietów! Skoro z konia leci taki dym, to znaczy, że już chyba dogorywa, prawda? Znowu więc tłumaczę cierpliwie, że zgrzany koń parska wesoło i przytupuje z zadowolenia, a nie dlatego, że skarży się na swój marny los i błaga o litość wszystkich wokół. „To może my poczekamy, niech one trochę odpoczną?” – słyszę wzruszone głosy przyjaciół koni. Otóż nie, nie odpoczną, bo zaziębią się nam, stojąc bez ruchu na tym wietrze. Zapraszam Państwa do sań, ale proszę nie ładować się całą trzydziestoosobową grupą na saneczki, bo to już jest przesada. „Jak to? Mamy jechać na dwie czy trzy tury?”. Oburzeni przyjaciele zwierząt już w nosie mają dobro koni, bo czym nas więcej, tym weselej, a przecież koniki pociągną po tym miękkim śnieżku te kilka osób więcej. I z taką logiką przychodzi nam walczyć…

Całość przeczytasz w kwietniowym numerze "Koni i Rumaków".