Meksykańskie cabalgaty
Pochód konny, słońce, fiesta i piwo w lodzie zamiast sakw

Tekst i foto: Marzena Józefczyk

Meksyk.jpgTak mi się życie poukładało, że z końcem września znalazłam się w Meksyku. Jak to się stało – zbyt długo by pisać. Za to opowieści, co się w tym czasie wydarzyło, starczy na dwa, trzy fotoreportaże na łamach „Koni i Rumaków". Na początek zapraszam do udziału w meksykańskiej cabalgacie.

Pod koniec września 2016 r. zupełnie niespodziewanie wylądowałam w Hermosillo, stolicy stanu Sonora na północy Meksyku. W ostatnich miesiącach w ogóle nie nadążam za tempem wydarzeń w moim życiu, więc przybyłam słabo przygotowana merytorycznie. Na myśl o Meksyku w mojej głowie pojawiały się wizje ogromnych sombrero, muzyków mariachi, litrów tequilli i palm na plażach Zatoki Kalifornijskiej. Tymczasem znalazłam się w stanie do złudzenia przypominającym Teksas czy Arizonę, czyli raczej amerykański western niż meksykańska telenowela. Wrażenie było tym silniejsze, że podobieństwo nie kończy się na pustynnym krajobrazie urozmaiconym kaktusami saguaro. Potęgują je liczni kowboje „vaqueros" pracujący na ranczach, styl życia, bycia i ubierania, a także kojoty, grzechotniki, skunksy i cała reszta menażerii dobrze znana z filmów z Clintem Eastwoodem. Jak się później okazało, również miejscowe zwyczaje są niezwykłą kombinacją tradycji meksykańskich z tymi powszechnie znanymi z westernów.

Jeszcze zanim rozpakowałam plecak po 35-godzinnej podróży z Polski, zaczęłam wypytywać miejscowych o wydarzenia w regionie związane z końmi i jeździectwem. Wszyscy byli zgodni i entuzjastyczni – nie mogłam trafić do Sonory w lepszym momencie, gdyż październik jest miesiącem pielgrzymek konnych, w języku hiszpańskim cabalgat. Cabalgata jest popularnym w wielu regionach krajów latynoamerykańskich (i nie tylko! ) rodzajem procesji ku czci świętych. Każda miejscowość paraduje ku czci innego świętego, przy czym w Sonorze najpopularniejsi są święci Juda Apostoł i Franciszek. Tak się szczęśliwie złożyło, że obaj mają „swoje" dni w październiku, a ja i mój aparat byliśmy wtedy na miejscu...

W świątecznym pochodzie biorą udział wszyscy: jeźdźcy, piesi, zmotoryzowani i cykliści, młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety. W mniejszych miasteczkach jest to zwykle kilkaset osób, w większych nawet kilka tysięcy. Wszyscy są odświętnie ubrani, czasami przebrani, ale nie to jest najważniejsze – najistotniejszy jest udział. Cały ten wystrojony, radosny tłum paraduje z góry ustaloną trasą o długości od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów. Na początku marszruty jest msza, a na zakończenie... taneczna fiesta. Właśnie to najbardziej różni meksykańskie cabalgaty od polskich procesji religijnych – radosna i luźna atmosfera, głośna muzyka, tańce i ogólne przyzwolenie na spożywanie alkoholu. Mało tego – podczas cabalgaty wolno o wiele więcej niż w normalny dzień: lokalna policja nie wlepi nam mandatu za spożywanie napojów wyskokowych w miejscu publicznym i nie upomni za podróżowanie na pace pick-upa w sposób niedozwolony (czyli siedząc na masce lub stojąc).

Więcej przeczytasz w grudniowym numerze miesięcznika "Konie i Rumaki"