REPORTAŻ
Grzechotniki w Sierra Madre Occidental

Tekst i foto: Marzena Józefczyk

Sierra.jpgO tym, co można zobaczyć w górach meksykańskiego stanu Chihuahua i dlaczego warto oglądać to z siodła.

Po dwóch tygodniach mieszkania w Hermosillo, meksykańskim stanie Sonora, zaczęło ciągnąć mnie gdzieś dalej, na spotkanie z kolejną przygodą. Tym razem wybór padł na jedną z najbardziej spektakularnych tras kolejowych na świecie – podróż pociągiem El Chepe z Las Mochis w stanie Sonoyta do stolicy stanu Chihuahua przez pasmo gór Sierra Madre Occidental. O samej podróży pociągiem można by pisać bardzo długo, ponieważ trasa prowadzi górskimi wąwozami, nad przepaściami i w otoczeniu szczytów górskich. Ale miłośników koni szczególnie powinien zainteresować kilkudniowy przystanek w Creel, nieopodal kanionu Barrancas del Cobre. Już po kilku godzinach na ostatniej platformie pociągu dał się zauważyć wyraźny kontrast pomiędzy krajobrazami Sonory a górami Chihuahua. Jeszcze chwilę temu w środowisku pustynnym i półpustynnym, w klimacie Arizony, Teksasu i westernów z Clintem Eastwoodem, nagle znaleźliśmy się w innym świecie, innym Meksyku. Doba jazdy autobusem i pociągiem zamieniła pustynię w wysokogórskie lasy sosnowe, a 35-stopniowy upał w kolorową jesień na wysokości przeszło 2300 m n.p.m..

Najbardziej spektakularnym miejscem na trasie pociągu jest kanion Barrancas del Cobre, słynący z wielkości (rozległością i głębokością przewyższa słynny amerykański Kanion Colorado) i charakterystycznej roślinności porastającej jego stoki (stąd jego nazwa w dosłownym tłumaczeniu brzmi „Miedziane Przepaście"). Planujemy ponad dwa dni w pobliżu kanionu, ponieważ region ma wiele do zaoferowania.

Już pierwszego dnia po przybyciu spontanicznie decydujemy się na konie. My, czyli An Ho, który towarzyszy mi jako tłumacz i przyjaciel (nigdy wcześniej nie siedział na koniu ani… w pociągu), i Kylie, poznana w podróży Australijka. Z pomocą właścicieli hoteliku szybko znajdujemy Josego, który zajmuje się turystyką konną. Całe życie był ranczerem, a jego głównym źródłem utrzymania było poszukiwanie zagubionego w górach bydła i zaganianie go. Pewnego dnia wyczuł dobrą koniunkturę na usługi turystyczne i zaczął oferować wycieczki i rajdy konne. Na samym początku negocjujemy cenę. Wyjściowa stawka dla „gringos" to 150-200 pesos (ok. 7,5-10 dolara) za godzinę jazdy, w zależności od tego, jak obcokrajowiec zostanie „wyceniony” na pierwszy rzut oka. Po ciężkich rozmowach w dwóch językach (angielskim i hiszpańskim) dochodzimy do kwoty 600 pesos za 6 godzin jazdy. Mówiąc szczerze, tę kwotę można było spokojnie zbić o 1/3 wartości albo przy zachowaniu umówionej kwoty wydłużyć rajd o 2 godziny. Warunkami byłyby posiadanie dobrego tłumacza, posługiwanie się językiem hiszpańskim nieco bardziej biegle niż wówczas. Jednak pomimo tego wszyscy jesteśmy zadowoleni z wyniku negocjacji, a z naszym Jose od razu przypadamy sobie do gustu, pod wieloma względami. Podoba mi się jego podejście do życia, do ludzi i do treningu koni, a jemu to, że nie jesteśmy typowymi turystami, jakich spotyka się w Creel.

W umówionym miejscu zastajemy już osiodłane konie. Jose pyta o nasze doświadczenie jeździeckie, przydziela konie i ruszamy. Jest wczesny poranek, więc mijamy po drodze wiele kobiet z indiańskiego plemienia Raramuri (inaczej Tarahumara) w tradycyjnych strojach. Zmierzają one w pobliże największych atrakcji turystycznych regionu, które przyciągają najwięcej turystów. Będą tam przez cały dzień sprzedawać pamiątki, jedzenie i gadżety. I my zmierzamy w tym kierunku – ku Dolinie Grzybów (El Valle de los Hongos) i Dolinie Mnichów (El Valle de los Monjes). Są to rezerwaty niezwykłych formacji skalnych, przypominających trochę nasze rodzime Błędne Skały i Szczeliniec Wielki lub czeskie Skalne Miasto Adrspach. Od ich europejskich odpowiedników różni je skala wielkości, która ma się mniej więcej tak jak powierzchnia Polski do powierzchni Meksyku.

Więcej przeczytasz w styczniowym numerze miesięcznika "Konie i Rumaki"