FELIETON
Z cyklu „Zygzak na marginesie”
Pusto pod kopułą

Tekst: Michał Wierusz-Kowalski
Foto: Małgorzata Sieradzan

Michal_Wierusz_Kowalski.jpgPrzypadł mi w udziale mozolny los prześmiewcy. Dobrze to czy źle, nie wiem, ale w momencie zwątpienia, spadku odporności, jesiennego splinu, przyszedł z pomocą mój przyjaciel Marek Kasprzyk, nieoceniony urzędnik służby dyplomatycznej i wielkiego serca żeglarz. Czytając me „sympatyczne wspominki hippiczne”, pozwolił sobie napisać: „Masz, chłopie, zacięcie i talent, więc może warto składać te kości do dużej szuflady albo wrzucać na jakiś margines internetowy, rejestrować, spychać, gromadzić. A nuż, widelec, coś się z tego potem samo ułoży!”.

Ci, co kochają życie, chcieliby nie raz, nie dwa wszystko przeżyć ponownie. Pragną, aby im się przytrafił cud ponownego doświadczenia ludzi, zdarzeń, odczuć (pominąwszy oczywiście tragedie, bo nie o to nam tutaj chodzi), czyli zabawy w łamigłówkę pod tytułem kombinacja z nieskończoną ilością wariantów. Ekscytujące, prawda? Tym trudniej zrozumieć osoby, które zamykają się w sobie i kiszonkę czynią z przeżytych chwil... Niby truizm, a zobaczcie, ile takich modeli wokół. Nie chcą czerpać garściami pozytywnej energii, jaką promieniuje choćby nasz olimpijski gladiator Jan Kowalczyk. Ten facet jest zawsze, mimo upływu wiosen, uśmiechnięty!

Zatem dzisiaj, natchniony dobrym słowem m.in. Andrzeja Novaka-Zemplińskiego ad obowiązku ciągnięcia sztafety pokoleń, wracam do nieparzystokopytnych uciekających, dedykując kilka wierszy relacji łączącej świat nauki z praktyką. Od niepamiętnych lat trwa wśród koniarzy spór o wyższość jednych nad drugimi. Naukowcy parający się hipologią mają pretensje, że wyniki ich pracy nie są dostatecznie efektywnie wdrażane do praktyki hodowlanej, natomiast z krwi i kości hodowcy, szczególnie ci z dłuższym stażem, uważają, że czytanie czegokolwiek i uzupełnianie wiedzy na bieżąco bywa stratą czasu ergo czystym nieporozumieniem. Kto dostąpił absolutu olśnienia, tego przynajmniej ja osobiście nie potrafię rozstrzygnąć.

Z tej parafii pochodzi choćby historyjka, jaka miała miejsce podczas zeszłorocznych mistrzostw Polski młodych koni w Gajewnikach. Dla uatrakcyjnienia imprezy zorganizowano serię wykładów. Jeden z nich poświęcono żywieniu koni sportowych. Temat prezentowała mgr inż. Agata Kozierzębska, doktorantka z SGGW. Były ciekawe slajdy oraz pogłębiona merytorycznie prelekcja, której przysłuchiwało się z uwagą zebrane grono praktyków. Nagle padły dwa terminy – mikronizacja i ekspandowanie. Siedzący na sali wybitny ekspert od sportu jeździeckiego i hodowli – nazwiska tutaj celowo nie podaję, bo nie wiem, jak u niego ostatnio z poczuciem humoru – natychmiast ożywiony wszedł w słowo z pytaniem, co to znaczy. Żeby nie wprowadzać zbędnego zamieszania, odezwał się prof. Szczepan Chrzanowski z prośbą, żeby poczekać, bo wyjaśnienie nastąpi później. Jednak żądny wiedzy ekspert naciskał dalej, czym rozbijał zaplanowany porządek spotkania, więc profesor, chcąc uciąć jałową dyskusję i zapobiec chaosowi, sarknął: „Jako absolwent wydziału zootechniki oraz stary praktyk powinieneś te pojęcia znać!”. Na co tamten odpysknął z godną pożałowania szczerością: „Jak ja studiowałem, to tego jeszcze w programie nie było!”.

W guście żartu – dlaczego dzwon jest głośny? Bo ma pusto pod kopułą… Myślę o wykrzykujących i grożących retorsjami kolegach, którzy cierpią na brak sukcesów własnych, tudzież uprawiają środowiskowy populizm. Żądają oni natychmiastowego zamknięcia granic dla koni z importu, a także zakazu wpisywania koni polskiej hodowli do zagranicznych ksiąg stadnych. Ciekawa postać zaprzaństwa prowadząca nas w prostej linii do branżowego wykluczenia, gdzie paleniem kukły konia pod Sejmem Rzeczypospolitej Polskiej nic nie wskóramy… Jasne, okopmy się jako zdradzeni!

Lepiej nabrać zdrowego dystansu i autoironicznie selekcjonować rzeczywistość. Dlatego – płynąc do brzegu – wolę słuchać tych metrykalnie starszych wątków obyczajowych. Przykładowo autorstwa Macieja Świdzińskiego (ponownie go w niniejszym cyklu przytaczam),wszak był to jegomość do wypitki i do wybitki, wielki fachowiec, barwna postać, znakomity i szalenie uważny obserwator, a nade wszystko znakomity praktyk. Dlatego wolno przypomnieć, że kiedy tegoż pana zapytano komisyjnie, podczas ogólnokrajowego okresowego testu standaryzującego kompetencje kadry hodowlanej PRL (lata 80.), o jaki łuk zataczają nogi konia przy postawie podsiebnej i pokazano mu cztery rysunki A, B, C i D, dyrektor Świdziński, chodził już wtedy o lasce z racji swoich problemów z kręgosłupem, sapnął, chrząknął, popatrzył sekund kilka martwo w ziemię, stuknął końcem laski i odparł: „A na ch… cholerę mi to potrzebne…”.