Portret
Faworek. Waleczne serce

Tekst i foto: Małgorzata Odyniec

Martyna_Kowalska_i_Faworek.jpgCharakterystycznie malowany kasztanowaty Faworek służy już kolejnemu pokoleniu młodych amazonek.

Jego pierwsza właścicielka – dziewięcioletnia wówczas Martyna Kowalska, poznała go w leśniczówce w Jawornie w Puszczy Knyszyńskiej, gdzie przyszedł na świat. Jego matką była Fortuna – duży koń, a ojcem kuc walijski Santara Danny’s Boy (Markoak Adante kuc wal. – Penwood Sukina kuc wal. po Penwood Mujib kuc wal.). Niestety jego hodowca, nieżyjący już Krzysztof Jaworski, nie dopilnował dokumentacji hodowlanej i Faworek prezentuje plebejskie pochodzenie NN. Na Martynie od razu zrobiła wrażenie jego uroda, taki przesłodki kucyk w sam raz dla małej dziewczynki. Ale miał diabła za skórą. Pierwsze jazdy odbywały się na lonży, gdy mama Martyny, Katarzyna Mydlak – Kowalska zdążyła wcześniej porządnie go zmęczyć. Dzięki temu można było nad nim zapanować, bo lubi mocno iść do przodu. Sprytnie wiedział, kiedy może popisać się temperamentem, a kiedy musi być grzeczny, bo w siodle siedzi doświadczony jeździec. Pierwsze skoki Martyna wspomina jako „szybkie”. Wysokość przeszkód nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. Z równym entuzjazmem atakował kawaletkę czy prawie półtorametrową stacjonatę. Decyzja o przyszłej karierze w WKKW została podjęta nagle. Któregoś dnia, gdy stacjonował w Paszkowie, Martyna wybrała się w teren. Faworek poniósł ją i najechał na bankiet. Skoczył go bez problemu, a zatrzymał się dopiero wtedy, gdy zorientował się, że nie ma już pasażerki na grzbiecie. Jak się później okazało wybór dyscypliny był trafiony. Bardzo dobrze skacze, świetnie się prezentuje na czworoboku i rewelacyjnie kryje teren w galopie. Pierwsze kroki na krosach Martyna stawiała pod okiem Jerzego Krukowskiego, który ma doświadczenie w dogadywaniu się z dominującymi końmi. Niestety czasem Faworek lubił wtrącić swoje trzy grosze, wyłamać, pokazać, że jednak on rządzi. Paweł Warszawski przemianował go na Ferworka, bo w start boksie i na trasie jest zawsze w ferworze walki. Z czasem jego kariera zaczęła nabierać rumieńców, po rywalizacji kucykowej, przyszedł czas na starty w 1* z dużymi końmi. Braki we wzroście nadrabiał wtedy wielkim sercem i, jak śmieje się Martyna – czasem zbyt dużą, walecznością. Na czworoboku pokazywał się świetnie, mimo że nie jest obdarzony wybitnym ruchem. Punkty zyskiwał na przejściach, rysunku i o dziwo – podporządkowaniu.

Niestety kucyk zaczął w pełni współpracować ze swoją amazonką, gdy ta już z niego wyrosła i przeszła do kategorii juniorów. Dlatego z ciężkim sercem podjęto decyzję o jego sprzedaży. Do kupna przymierzali się już wtedy Ewa i Jarosław Pogodzińscy, ale umiejętności ich córek były jeszcze niewystarczające. Dziesięcioletnia wówczas Zosia zdobyła już swoje pierwsze medale na półbracie Faworka, karym Lando grupy C, ale mogła mieć trudności z opanowaniem lubiącego skakać z mocnego tempa Fawcia. W rezultacie konik trafił w ręce Oli Grzybowskiej, pod którą rozpoczął występy na mistrzostwach Europy kuców. Na pamiętnych ME w Jaszkowie, gdzie mało kto dotarł szczęśliwie do mety, Faworek jako jedyny z polskich koni ukończył zawody i gdyby nie wyłamanie na krosie, moglibyśmy się cieszyć z brązowego medalu. Ola podkreśla, że Faworek też jest zawodnikiem, dokładnie wie, o co chodzi w WKKW i w każdej jego próbie. Gdy wchodzi do start boksu można wyczuć jedynie jego chęć do galopowania i skakania. Jak wiele pracy należy włożyć w jego kierowanie, wiedzą tylko dosiadające go amazonki. – Wspominam to niesamowite uczucie, gdy w danym momencie miałam przed sobą perspektywę skoczenia kombinacji z prędkością światła i z urwanym przy tym foule. To był mój pierwszy poważny kuc. Nauczył mnie wielu rzeczy, które wykorzystuję do dziś. Przede wszystkim pokory i tego, że nie zawsze konie skaczą jak po sznurku (bez łydki i na luźnych wodzach) – opowiada Ola.

Więcej przeczytasz w marcowym wydaniu "Koni i Rumaków".