Teren_1.jpgMoim zdaniem
Czy Polacy kochają konie?

Tekst: Anna Lipczyńska
Foto: Kuba Lipczyński

Zamiłowanie Polaków do koni było w czasach I Rzeczypospolitej powszechnie znane. Nasi wschodni sąsiedzi mawiali: „Lach bez konia jak ciało bez duszy”. Zawsze byliśmy bardzo dumni z naszej husarii, sukcesów kawalerii i do dziś lubimy wspominać o „ułańskiej fantazji”, którą podobno wszyscy mamy w genach. Historia Polski nierozłącznie związana jest z końmi – to ich kopytami miażdżyliśmy wrogów, na ich grzbietach zasiadali wielcy wodzowie, a imiona wielu wierzchowców są równie znane jak imiona ich jeźdźców. I choć z dumą wspominamy nieustraszoną polską kawalerię i na całe gardło śpiewamy przy zakrapianym grillu o ułanie, który przybył pod okienko, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że skutecznie oddzieliliśmy już „ciało od duszy”, a nas od konia. Spójrzmy prawdzie w oczy – mimo gorących manifestacji polskiej miłości do przyjaciela-konia, my, Polacy, nie kochamy koni. Dlaczego?

Od kilku lat pracuję jako instruktor jazdy konnej w nadmorskiej stajni. I niezmiennie spotykam się z wrogością i niezrozumieniem dla mojej pasji i pracy. Wulgarne i chamskie komentarze na temat jeźdźców przestały już na mnie robić wrażenie. I potrafię się już cieszyć, gdy mijani przechodnie nazywają nas „szlachtą, która myśli, że wszystko im wolno”, bo doceniam fakt, że nie padają bardziej dosadne i niekulturalne słowa. Z przykrością przyznaję, że już do tego przywykłam. Nadal jednak boli mnie epatowanie wrogością i nietolerancją, z którą spotykam się na każdym kroku. Bo jakże to – jak śmiem pokazywać się w lesie czy na łące na grzbiecie tego potwora, który zanieczyszcza drogi, roznosi kopytami leśne dukty i płoszy zwierzynę? Jakim prawem wprowadzam to obmierzłe zwierzę między ludzi, grożąc im stratowaniem, bolesną śmiercią pod kopytami tego drapieżnika lub po prostu nagłym kopnięciem, które z pewnością spowoduje natychmiastowe złamanie kręgosłupa? I aby uprzedzić tych, którzy byliby skłonni uwierzyć w stawiane mi zarzuty, zapewniam, że poruszam się konno tylko po ścieżkach wyznaczonych mi przez nadleśnictwo, nie galopuję na duktach leśnych czy polach, jeśli w zasięgu wzroku widzę choć jednego pieszego i zawsze mijam rowerzystów czy spacerowiczów stępem, nierzadko stając i przepuszczając ich na drodze, jeśli widzę, że obawiają się dużego, bądź co bądź, zwierzęcia. Przed wulgaryzmami mnie to jednak nie chroni. Oburzeni piesi wykrzykują o zniszczonej ścieżce i stratowanym szlaku. A przecież wyznaczone dla naszej stajni trasy to szerokie, piaszczyste dukty w lesie wydmowym. Nierzadko wjeżdżają tam służbowe jeepy straży leśnej, poruszają się quady i ciągniki z przyczepami podczas ścinki drzew. Ale to nie szeroka opona pojazdu mechanicznego niszczy drogę – to koń rozrywa łachy piachu, który jest przecież tak miękki, że często zwierzęta zapadają się po pęciny. Nie spacerowicze z modnymi ostatnio kijkami do Nordic Walking dziurawią ściółkę, nie psy rozkopują korzenie drzew w poszukiwaniu nornic, nie grzybiarze parkujący swoje samochody w lesie niszczą trasę oponami, wszystkiemu winien jest koń. I hańba mu!

Czasami, gdy znajdę w sobie jeszcze cierpliwość, tłumaczę to spotkanym awanturnikom. Nierzadko proszę o pokazanie na trasie naszego przejazdu, gdzie też zerwaliśmy poszycie i gdzie odbiły się ślady kopyt, zostawiając uszkodzenia, które się nie zregenerują. A ponieważ wskazanie takiego miejsca jest oczywiście niemożliwe, na moją głowę sypią się gromy z innej strony – przecież koń brudzi i zanieczyszcza las. Tak, zgadzam się, zastęp koni zazwyczaj zostawia za sobą nawóz, który jest przecież w 100% biodegradowalny. Za taki nawóz sprzedawany w naszej stajni w workach działkowicze z pobliskich ogródków płacą i użytkują go do wspomagania upraw. W lesie nawożenie nie jest niezbędne i nie zamierzam tu dowodzić, że konie znacząco wspierają gospodarkę leśną, bo byłoby to skrajnym obiektywizmem. Nie widzę jednak tak wysokiej szkodliwości czynu, by spotkani ludzie z taką zawziętością zwalczali moje prawo do spacerów na końskim grzbiecie. Dlaczego tak bardzo oburza nas koń, będący przecież częścią natury i bliższy dzikiej przyrodzie niż mechaniczny silnik terenowego samochodu funkcjonariusza straży leśnej? Wspomnę przy okazji również o tym, że po trasie mojego przejazdu z grupą wieczorem robi rundę mój mąż na motorze, by usunąć szufelką pozostałości z centralnych części szlaków spacerowych. Chciałabym, by taką gorliwością wykazywali się właściciele psów, które wszędzie zostawiają „twarde dowody” swojej obecności.

Całość przeczytacie w sierpniowym numerze "Koni i Rumaków".