PSYCHOLOGIA SPORTU
Amator czy wyczynowiec?

Tekst: Marzanna Herzig
Foto: stock.chroma.pl

Wyczynowiec.jpgGdy Piotr zaczynał swoją przygodę z jeździectwem cztery lata temu, będąc jeszcze w szkole średniej, w ogóle nie planował startowania. Chciał tylko trochę pojeździć konno, bo ta forma spędzania czasu wolnego wydała mu się interesująca. Potrzebował też odskoczni od nauki i okazji do poznania nowych ludzi. Ponieważ należy do osób raczej zamkniętych, a nawet nieśmiałych, uznał, że dzięki jeździe konnej łatwiej będzie mu nawiązywać kontakty.

Jak bardzo poważnym problemem dla Piotrka były kontakty międzyludzkie, świadczy przezwisko „Krzykacz”, którego dorobił się w swojej klasie. Został tak nazwany, ponieważ niemal nigdy nie zabierał głosu, a już nikt nigdy nie słyszał, aby Piotrek powiedział coś bardzo głośno. Na studiach także nie stał się duszą towarzystwa i ta sytuacja już mocno mu doskwierała. I faktycznie, luźna atmosfera podczas jazd konnych korzystnie wpłynęła na Piotra i zdołał nawiązać kilka znajomości. Okazało się też, że ma predyspozycje do jeździectwa. Ponieważ przychodził na treningi często i zawsze był skupiony na sobie i na tym, co robi, bardzo szybko czynił postępy. Dlatego – pomimo że zarzekał się, że nie chce startować – w drugim roku jego przygody z jeździectwem trenerka zdołała go namówić na wystartowanie w zawodach skokowych. Pierwszy start był dla niego świetną przygodą: jechał bez obciążeń i w rezultacie zakończył zawody z czwartą lokatą. Ucieszył się niezmiernie tym niespodziewanym sukcesem i nabrał ochoty na dalsze starty. Jednak po kilku kolejnych występach Piotrek zaczął odczuwać coś dla siebie nowego: stres startowy. Nie pomagało tłumaczenie sobie, że to przecież tylko dla zabawy, że nic nie musi, że tak krótko jeździ. Stres stał się jego wiernym towarzyszem. Jego talent jeździecki powodował jednak, że pomimo silnie przeżywanych emocji bardzo często osiągał naprawdę wysokie wyniki. Gdy otworzyła się przed nim możliwość zrobienia III klasy sportowej i startowania w wyższych konkursach (do czego bardzo namawiała go nie tylko trenerka, ale także inni jeźdźcy z klubu), Piotr przeżywał prawdziwe męki decyzyjne. Z jednej strony spodobało mu się startowanie, z drugiej nie to było jego pierwotnym zamiarem. W końcu jednak podjął wyzwanie. I tak z rekreacyjnego klienta stał się zawodnikiem reprezentującym barwy klubu. Ta zmiana znacząco wpłynęła na jego podejście zarówno do treningu, jak i do startów – przestał je traktować z dawnym luzem. Problem w tym, że został nauczony dobrego jeździectwa, ale nikt nie nauczył go równolegle radzenia sobie z obciążeniami, jakie wiążą się ze startowaniem i rywalizowaniem. Przecież to miała być tylko rekreacja…

Być może w tej opowieści wielu Czytelników rozpoznało jakiś fragment swojej własnej historii. A może nawet czyjaś historia jest dokładnie taka sama i ten ktoś – czytając te słowa – właśnie się zastanawia, skąd ja ją znam…

Jeździectwo jest jednym z tych nielicznych sportów, w których nie ma wyraźnego podziału między rekreacją a wyczynem. Co więcej, bardzo często realizowanym scenariuszem jest ten, w którym ktoś zaczyna jeździć dla przyjemności, a z czasem staje się zawodnikiem. Ale wcale nie musi tak być. Bo – inaczej niż w wielu innych dziedzinach sportu – gdy jakiś dzieciak przychodzi do klubu jeździeckiego, raczej nie decydują się wtedy jego losy sportowe. Na przykład w pływaniu – rodzice przyprowadzają swoje dziecko do sekcji pływackiej, żeby „uprawiało jakiś sport”, żeby miało ruch, żeby miało pasję. Dla wszystkich jest od początku jasne, że będzie trenowało po to, aby startować. Natomiast początek przygody z jeździectwem jest często wynikiem dziecięcego zachwytu koniem, rodzicielskiej pasji czy prowadzenia określonego stylu życia. To, czy nowy członek klubu w ogóle będzie startował, jest sprawą przyszłości. Taka sytuacja rodzi pewne problemy i zjawiska.

Przede wszystkim – chodzi o jakość zaangażowania w proces uczenia – nauczania zarówno początkującego, jak i instruktora, na samym początku tego procesu. Wiemy, że początki w nauczaniu ruchu są niezwykle ważne. Pierwsze ślady, jakie pojawiają się w centralnym układzie nerwowym pod wpływem pierwszych wykonywanych ruchów, stanowią podstawę powstawania późniejszego nawyku ruchowego. Jeżeli od początku dba się o jak najbardziej prawidłowy przebieg ruchu, zapobiega się powstawaniu błędnych nawyków i zmniejsza się późniejsze wysiłki konieczne do wyeliminowania błędów. Pewnie niejeden współczesny pięćdziesięciolatek przypominając sobie początki własnej kariery sportowej (które przypadły mniej więcej na lata 70. XX w.), wspomni, że początkujących sportowców wyposażano wtedy w najstarszy i najbardziej zużyty sprzęt. Podstawowe powody takiego postępowania w klubach tkwiły najczęściej w permanentnym niedostatku jakiegokolwiek sprzętu i w ogromnych trudnościach ze zdobyciem czegokolwiek o jakości na przyzwoitym poziomie. Dlatego dobry sprzęt oszczędzano dla tych najlepszych w klubie. Ale nierzadka była także inna motywacja: wychodzono z założenia, że „młody/a” ma się obyć z dyscypliną, nauczyć w ogóle ruszać, a potem dopiero może dostać dobre wyposażenie. Problem w tym, że nowicjusz, który musiał walczyć nie tylko ze swoim ciałem, ale często także ze sprzętem, w wyniku tej nierównej walki albo zniechęcał się do sportu i odchodził, albo nabywał sporo niekorzystnych nawyków. Szukając jakiejś drogi samodzielnego poradzenia sobie, stosował sposoby przynoszące doraźne efekty, utrwalał błędy i wykonywał niepotrzebne ruchy dodatkowe. Te nabyte we wczesnym etapie szkolenia błędy potem uporczywie odnawiały się i nawet intensywna praca nad techniką nie eliminowała ich całkowicie. Współcześnie zjawisko to nie jest może już tak powszechne, ale niemniej występuje nadal i nie służy prawidłowemu szkoleniu i osiągania wysokiego poziomu sportowego.

Więcej przeczytasz w sierpniowym wydaniu miesięcznika "Konie i Rumaki".