Umiarkowany sukces, niejednoznaczna ocena, czy spektakularna klęska?

 

Tekst: Marta Borowska

Foto: Ewa Imielska-Hebda

 

Nowa definicja klęski brzmi „umiarkowany sukces”. Tak nazwała wynik nagłośnionej w mediach, a zakończonej spektakularną klapą, aukcji w Michałowicach, jedna z komercyjnych stacji radiowych, patron medialny tego wydarzenia.

 

Po szumnych zapowiedziach (m.in. obszerne wywiady z organizatorami) wydawałoby się, że o końcowym efekcie aukcji, która odbyła się 10 września w Klubie Jazdy Konnej „Szary” pod Krakowem, powinniśmy dowiedzieć się czegoś więcej. Niestety, w tej sprawie zapadła znacząca cisza, jedynie tu i ówdzie napomknięto o „umiarkowanym sukcesie” lub „niejednoznacznej ocenie”.

 

Ale po kolei. W drugi weekend września odwołane na początku 2016 r. ze swoich stanowisk w państwowej hodowli osoby (Anna Stojanowska, Jerzy Białobok, Marek Trela – który, choć nie figurował na oficjalnej stronie imprezy, przyznawał się do bycia jej współorganizatorem) wraz z Barbarą Mazur z firmy Polturf, organizującej w latach 2001–2015 aukcję Pride of Poland, zaprosiły hodowców na afiliowany przez ECAHO pokaz, a następnie na aukcję koni arabskich. Dołożyły starań, by wydarzenie to wyglądało na odpowiedź fachowców na niepowodzenie sierpniowej janowskiej aukcji Pride of Poland. Program stwarzał wrażenie powtórki z rozrywki. Nawet dobór gości wskazywał na próbę odtworzenia jeden do jednego dawnych aukcji Pride of Poland: niczym zjazd absolwentów hala pełna była niegdysiejszych stałych bywalców Janowa, nie wyłączając Shirley Watts, kreowanej na zbawicielkę polskiej hodowli. Aukcję poprowadził bardzo dobry aukcjoner, znany z janowskich aukcji Irlandczyk Andrew Nolan, ale i on, jak się wkrótce okazało, nie był w stanie sprzedać koni, gdy nie było na nie kupców.

 

A przecież zaczęło się nieźle: ładna pogoda, przyjemne miejsce, spora publiczność. Jednak pokaz odbył się w cieniu ukrywanego przez organizatorów skandalu związanego z naruszeniem zasad ECAHO, wskazujących na możliwe konflikty interesów pomiędzy wystawcami a tzw. osobami oficjalnymi. Zastrzeżenia wysunięte przez Stadninę Koni Michałów, która wycofała 13 koni z pokazu w obawie przed tego typu konfliktem, ostatecznie okazały się słuszne. Wprawdzie to nie konie elektryzującej polskie media Shirley Watts wzięły udział w konkursie, lecz innego hodowcy reprezentowanego przez jedną z osób oficjalnych, ale konflikt pozostał.

Zgrzytem, o którym publiczność się nie dowiedziała, było uniemożliwienie przedstawicielowi SK Michałów wejścia do strefy VIP. Jak nazwać zachowanie organizatorów, którzy niemal wyrwali uprawnionej osobie z ręki zaproszenie, pomimo wniesienia przez stadninę wszystkich opłat? Pamiętamy krzyk, jaki podniósł się, gdy ANR odmówiła wydania bezpłatnych wejściówek na Pride of Poland niektórym z organizatorów aukcji w Michałowicach (w tym Jerzemu Białobokowi). Nikt jednak nie odmawiał nikomu prawa do zakupu biletów i skorzystania z nich. W Michałowicach zakup biletu nie równał się wpuszczeniu na pokaz.

 

Dzięki niewielkiej liczbie koni w klasach w ręku (54, wraz ze źrebiętami i wałachami) pokaz przebiegał sprawnie, choć sędziowskie werdykty bywały krytykowane przez obserwatorów. Znany z udanych występów ogier Eternal (hodowca i właściciel: SK Mała Wieś) na pokazie tak niskiej rangi (C-National) zajął zaledwie trzecie miejsce, przegrywając z ogierem Atius O, z którego właścicielem, stadniną Regina Arabians, związana jest, jak wynika z podawanych w sieci informacji, Irena Cieślak pełniąca na pokazie funkcję członka Komisji Dyscyplinarnej. Inny hodowca, Andrzej Wójtowicz, wystawił urodzoną w Michałowie klacz El Omarissę. Wygrała klasę, ale już w czempionacie wypadła poza strefę medalową. Swoją drogą trudno zrozumieć, czego w Michałowicach szukał ktoś, kto powszechnie uważany jest (słusznie albo nie) za współsprawcę gwałtownych zmian w państwowej hodowli w 2016.

 

Po pokazie nadszedł czas na sprzedaż. Poczatkową radosną atmosferę ostudził powrót do stajni pierwszych czterech niesprzedanych koni. Kolejny sprzedał się wprawdzie, ale za połowę ceny wywoławczej, tj. za 10 000 euro. Ostatecznie nabywców znalazło osiem koni na 29 wystawionych, a końcowy wynik aukcji wyniósł zaledwie 73 tys. euro.

 

Po buńczucznych deklaracjach taki rezultat trudno uznać za coś innego niż za miażdżącą klęskę. Przecież po licznych i głośnych zarzutach kierowanych do obecnych zarządów stadnin państwowych miała przyjść pora na uwiarygodnienie się dawnej „ekipy państwowej” i zdobycie prywatnego rynku. Okazało się jednak, że pomimo wielu lat bycia w branży, znajomości i pozycji (organizatorzy to sędziowie międzynarodowi, a także członkowie zarządu ECAHO) na wolnym rynku handlu końmi nie tak łatwo się odnaleźć. Anonsowany szeroko „profesjonalizm” rozbił się o mur… niekompetencji? twardych reguł rynku?

 

Marek Trela, były prezes Janowa Podlaskiego, publicznie gromił promocję Pride of Poland – tymczasem organizatorzy imprezy w Michałowicach podążyli niemal identyczną ścieżką, która także nie przyniosła założonego rezulatatu. Jerzy Białobok skomentował w prasie wynik michałowickiej aukcji słowami, które w odniesieniu do aukcji Pride of Poland spotkały się z lekceważeniem i drwinami: „Rynek nie odpowiedział”. Trudno nie zauważyć, że były prezes Michałowa, który w swych wypowiedziach nie zostawiał suchej nitki na liście koni wystawionych na Pride of Poland, chyba nie był w stanie pochylić się krytycznie nad listą swojej własnej aukcji. Co wspólnego z ochroną i promocją polskiego rynku ma wystawianie na sprzedaż niewysokiej jakości koni importowanych z USA, Włoch czy Kataru? Po co ściągać z zagranicy konie, które nie mają szans na zaistnienie? Aukcję Pride of Poland nazywano na Facebooku pogardliwie „Shame of Poland”, ale aukcję w Michałowicach w mediach społecznościowych określono w sposób równie mało subtelny: „Trash of Poland”.

 

Nasuwa się refleksja, że wykorzystano skomplikowaną sytuację rynkową do uderzenia w Pride of Poland, po czym zignorowano tę sytuację przy organizacji własnej imprezy. Czas więc chyba, by zakrzyknąć niczym dziecko w bajce Andersena: „Król jest nagi!”. Niewielkie i dość zamknięte środowisko hodowców koni arabskich, zapewne ze względu na ochronę własnych interesów, woli się nie wychylać, ale swoje zdanie ma. Nie jest rolą biznesmenów ucierać innym nosa – i wszyscy się o tym właśnie boleśnie przekonali. Powtarzane wielokrotnie zdanie „burzyć jest łatwo, a budować trudno” organizatorzy imprezy w Michałowicach mogą dziś odnieść do siebie. Mało wiarygodnie brzmią tłumaczenia Anny Stojanowskiej, która mówi: „Zaczynamy po prostu coś zupełnie od nowa. Czuliśmy się dzisiaj, jak na początku drogi, powoli raczkujący z numeru startowego”. Po wielomięsięcznym nadymaniu balona fachowości za późno na takie deklaracje. Czar nazwisk już nie działa, teraz przychodzi płacić rachunki. Organizacja michałowickiego pokazu i aukcji oraz ich wynik pokazują, że udowadnianie na siłę swojej wyższości nie zawsze musi zakończyć się powodzeniem. Prywatni hodowcy, którzy zaufali organizatorom, odarci ze złudzeń oraz sporych pieniędzy wydanych na udział w imprezie, zmuszeni byli zapakować swoje konie do koniowozów i odwieźć je do macierzystych stajni.

 

Choć trudno nie przyznać, że zwolnienie prezesów stadnin arabskich odbyło się w mało elegancki sposób i można mieć uzasadnione wątpliwości co do słuszności tamtego posunięcia, to histeria, jaką to wywołało, nadal budzi zdziwienie, zwłaszcza w świetle opisywanych wydarzeń. Tak czy inaczej na razie to państwowa hodowla musi pozostać lokomotywą dla całej branży w Polsce. Należy mieć nadzieję, że siła polskiej hodowli koni czystej krwi, z jej kilkusetletnią tradycją, wysiłkiem pokoleń hodowców i efektami ich pracy, okaże się decydująca i że odejście nawet bardzo doświadczonych menedżerów nie będzie w stanie jej zaszkodzić. Szkoda, że ludzie ci, będąc u progu wieku emerytalnego, nie tylko nie pokusili się o pozostawienie godnych następców, ale znaleźli czas na zwalczanie tych, co przyszli po nich. Czy rzeczywiście można nazwać to profesjonalizmem, to temat na dłuższą dyskusję.