Na zachodzie (Irlandii) bez zmian – konie, ocean i wrzosowiska.

Tekst i foto: Marzena Józefczyk

Znacie to uczucie, gdy jakieś miejsce staje się na tyle bliskie sercu, że zwrot „jadę do X” nie wiadomo kiedy zamienia się na „wracam do X”? Dla mnie takim zaczarowanym miejscem jest irlandzka wyspa Achill, z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli znajomymi pubami, serdecznymi ludźmi i chwytającymi za serce widokami. Nawet wyjątkowo paskudnym klimatem, chociaż jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe. Do dobrodziejstwa należy też zaliczyć stajnię koni Calveys of Achill. W  krótkie, deszczowe, irlandzkie lato udało się wpasować kilka słonecznych wycieczek wokół wyspy, dzięki czemu do archiwum przybyło zdjęć, a do głowy wspomnień.

W tym roku po raz pierwszy wybrałam się konno do opuszczonej, zrujnowanej wsi u stóp góry Slievemore. Ze względów organizacyjnych z turystami wyjeżdża się najczęściej w trzy sprawdzone trasy: wokół jeziora, na wydmy oraz na galop po plaży w kierunku klifów Minaun. Ruiny kamiennej wioski można zwiedzać konno tylko na specjalne życzenie i za dodatkową opłatą. Turyści raczej nie wybierają tej opcji – początkujący idą na konny spacer wokół stajni, szczęśliwi, że w ogóle ruszyli się poza padok, a zaawansowani wybierają galop po plaży – i trudno im się dziwić. Konie dobrze znają trasy wycieczek, co ułatwia prowadzenie zastępu naprawdę początkujących jeźdźców – cokolwiek by na grzbiecie konia robili, zastęp i tak pójdzie właściwą ścieżką. Wieś nie należy do standardowych wycieczek, więc Elton trochę się na mnie boczyła. Co kilka kroków sprawdzała, mniej albo bardziej nachalnie, czy na pewno chcemy iść w TAMTĄ stronę. W okolicach cmentarza położonego na początku szeregu ruin chciała wracać do stajni. Dopiero po zejściu na gruntową, kamienistą drogę zaakceptowała nową przygodę. I tak od podnóża Slievemore w kierunku Craughaun, przez kwitnące wrzosowiska, słońce i deszcz, tęcze i wiatr we włosach oraz grzywie… Może zdjęcia coś więcej dopowiedzą.

Fotografowanie koni rodziny Calveys na Achill sprawia mi równie wielką frajdę co sama jazda. I ku temu nadarzyło się kilka okazji: a to przypadkiem napotkane dziewczyny galopujące po plaży, a to umówiona sesja zdjęciowa dla dzieciaków z obozu jeździeckiego (w strugach deszczu!). Ale największą niespodziankę sprawił mi Marty, właściciel ulubionego pubu. Okazało się, że on również jest właścicielem kucy Connemara – czterech dorodnych (troszkę upasionych) klaczy w wieku od 4 do 10 lat. Poprosił mnie o ujeżdżenie ich i chociaż tłumaczyłam, że nie podołam ze względu na brak czasu, celowo wpuścił je na pastwisko dokładnie naprzeciw okien mojego pokoju. No i pasły się tam, bawiły, odpoczywały, a ja czułam wyrzuty sumienia, że czasu nie mogę rozciągnąć. Ale dzięki temu piękny widok na wydmy, zatokę, klify i górę na horyzoncie został wzbogacony o siwe jabłkowite klacze w najróżniejszych konfiguracjach. Też fotogenicznie!

Cały reportaż znajdziesz w lutowo-marcowym wydaniu miesięcznika „Konie i Rumaki”.