Hubertus – z czym to się „je”?

Tekst: Wiktoria Łakoma
Foto: Piotr Filipiuk

Już od końca września czuć atmosferę wyczekiwania i napięcia. Wybierane są nowe owijki, czapraki, a nawet ogłowia. Jeźdźcy zastanawiają się, czy może przypadkiem nie okuć swoich koni na TEN dzień, i – najważniejsze – czy mają już białe bryczesy… A z ust do ust na stajennych korytarzach przekazywane jest tajemnicze słowo: „hubertus”. Dla młodych (stażem) bywalców ośrodków jeździeckich jest to niezrozumiałe poruszenie, starszych (znów stażem) kolegów nie wypada spytać, by nie narazić się na śmieszność. Zupełnie niepotrzebny jest ten wstyd, ale liczba pytań dotyczących hubertusów jest spora. Tak więc dzisiejszy tekst w całości poświęcony jest temu wydarzeniu.

 Kto może zrobić hubertusa, czy każda stadnina?

Symboliczna pogoń za lisem organizowana jest na cześć św. Huberta. Można porównać tę uroczystość do obchodzenia imienin. Portale jeździeckie pełne są zaproszeń na hubertusa, czy jest to to samo wydarzenie? Każda rodzina, grupa przyjaciół czy znajomych może wyprawiać imieniny dla swojego bliskiego niezależnie od uroczystości w sąsiednim domu. A jako że święty Hubert jest patronem wszystkich jeźdźców, każda stajnia, czy to ogromna stadnina czy miniszkółka może urządzić pogoń za lisią kitą. Stąd mnogość imprez o tej samej nazwie, ale odbywających się w różnych miejscach.

Na czym polega gonitwa?

 Jeden z jeźdźców przyczepiony ma lisi ogon do swojego rękawa. Ucieka on galopem przed innymi konnymi, którzy chcą „upolować” lisa, czyli zerwać rudą kitę. Oczywiście panują pewne zasady, jak np. zakaz zajeżdżania drogi, łapanie tylko z lewej strony czy odpoczynek „lisa” w norze. Szczegółowe zasady danej gonitwy omawia master, czyli prowadzący i zarazem sędzia całego wydarzenia. Jest on również odpowiedzialny za bezpieczeństwo podczas bezkrwawego polowania i może w każdym momencie przerwać gonitwę np. w sytuacji upadku z konia któregoś z uczestników.